Dobre bo polskie. Jeszcze lepsze bo stare - poznajcie 'Hydrozagadkę'! - guy_fawkes - 16 sierpnia 2012

Dobre, bo polskie. Jeszcze lepsze, bo stare - poznajcie "Hydrozagadkę"!

Od dobrych kilku lat wyprawa do kina na autentycznie śmieszną i świeżą komedię polskiego pochodzenia, która nie kopiuje jakiegoś popularnego na Zachodzie pomysłu to prawdziwe mission: impossible. Oprócz przypływu naiwnych romansideł rozbijających się o falochrony bezlitosnych recenzji, raczy się widza humorem zdecydowanie  niskich lotów i nawet szanowane nazwiska w obsadzie nie gwarantują wybicia się ponad miernotę. Weźmy taki Weekend Cezarego Pazury – dobry aktor komediowy (rola w Nic śmiesznego to moim zdaniem najlepsza jego kreacja) i niezły kabareciarz całkowicie zawiódł na stołku reżysera. Ciacho także okazało się żałosne, Wyjazd integracyjny nie miał nic, co przykułoby moją uwagę, a Kac Wawa to tylko gwóźdź do trumny rodzimej śmiesznoty, zwłaszcza w kontekście zarzutów producenta filmu wobec krytyków, rzekomo robiących mu negatywną reklamę. Gdzieś tam na tym filmowym polskim durszlaku, przez który nie przelatuje chyba tylko kino poważne (głównie martyrologiczne, ale ileż można…?) osiadło kilka całkiem przyjemnych produkcji, ale nie zmienia to faktu, że złote czasy polskich komedii minęły bezpowrotnie. I choć z pewnością przychodzą Wam już na myśl nazwiska Barei i Piwowskiego, dziś zaproponuję coś z zupełnie innej beczki, mianowicie Hydrozagadkę Andrzeja Kondratiuka.

Ten liczący sobie już ponad 40 lat film pierwszy raz obejrzałem dopiero kilka dni temu i naprawdę nie jestem w stanie sobie przypomnieć, bym kiedyś natknął się na niego w polskiej telewizji. Możliwe, że TVP niechętnie podchodzi do jego emisji, gdyż nie jest to obraz prosty w odbiorze, zbudowany na łatwo zauważalnych żartach i motywach – w Hydrozagadce komizm jest wszędzie, choć trzeba umieć go dostrzec. Nie pada w nim ani jedno obraźliwe słowo; ba – postacie posługują się specjalistycznymi określeniami, przeważnie żargonem socrealu, czasem też mówią wierszem i generalnie prezentują budzące podziw obycie i erudycję – tu nawet pijany dróżnik potrafi zadeklamować ustęp z Hamleta. Już od pierwszych minut seansu czuć, że jest to coś diametralnie odmiennego od tych wszystkich „kurka, no nie… Boże, czy Ty to widzisz…?!”*, które obecnie zdominowały sale kinowe**.

Co świadczy o wielkości tego filmu? Kpina zarówno z fascynacji zachodnią popkulturą, jak i ówczesnej, polskiej rzeczywistości, choć uczyniono to w zawoalowany sposób, by sprytnie umknąć cenzurze, niczym pamiętny wiersz Czesława Miłosza. Nie mam zamiaru tutaj ściemniać, że znam peerelowską codzienność jak własną kieszeń, bo gdy się rodziłem, drzewo na Okrągły Stół mniej więcej już czuło zbliżający się topór. Pewne znaki są jednak łatwe do odczytania i interpretacji, jeśli tylko nie postrzega się filmu jako zlepku przypadkowych scen, gdyż taka momentami może się pozornie wydawać Hydrozagadka.

Dalsze zapuszczanie się w rozważania na temat majestatu Hydrozagadki nie obejdzie się bez przybliżenia jej fabuły: mamy Warszawę lat 70., w której pewnego upalnego dnia w tajemniczych okolicznościach zabrakło wody. Tę niesamowitą zagadkę próbuje rozwikłać  profesor Milczarek (Wiesław Michnikowski), lecz nawet tak wielki umysł to za mało - prosi więc o pomoc Asa, w godzinach swej normalnej egzystencji Jana Walczaka (granego przez Józefa Nowaka). W zasadzie od razu wychodzi na jaw, że za całym zamieszaniem stoi niejaki doktor Plama, noszący się z zamiarem odparowania wody i przetransportowania jej do Kaburu, pustynnego kraju Maharadży, któremu chce ją sprzedać. Zgromadzono tutaj zatem wszystko, co definiuje superbohatera: arcywroga, demoniczny plan i samego herosa, na co dzień mającego inną tożsamość, lecz wystarczy, by zdjął okulary i przywdział swój trykot, stając się legendarnym obrońcą ludzkości. Pachnie Supermanem i jest to oczywiście trafny strzał tym bardziej, że Asem fascynuje się niczym Lois Lane koleżanka z pracy Jana – panna Jola (grana przez Ewę Szykulską – trzeba przyznać, że wygląda w tym filmie bardzo seksownie…).

Czy jednak As jest wyłącznie satyrą na Człowieka ze Stali? Nie, abowiem w równym stopniu w niemy sposób krytykuje ówczesną rzeczywistość. Pijanemu dróżnikowi puszcza formułkę o przestrzeganiu przepisów BHP w pracy, a sam zaś jest niczym innym, jak dowodem na to, że ówczesne władze zamykały się na Zachód przekonane, że są w stanie dostarczyć obywatelom wszystko, co im potrzebne krajowego pochodzenia – bo As jest wybitnie polski. Tę tezę popierają również pojedyncze kwestie różnych postaci, np. panny Joli o posiadanej przez znajomych Syrence, którą pojadą za miasto w weekend czy parasolce – najnowszym nabytku produkcji krajowej, kupionej w Centralnym Domu Handlowym. W ten sposób podtrzymywano propagandę, że Polak również może wieść życie nie gorsze od imperialistów.

Playboy i kobieta opierająca się jego "konsumpcyjnemu stosunkowi do życia". Nie zdejmie kapelusza

W Hydrozagadce znalazło się także sporo niemalże montypythonowskiego absurdu, groteski, pozornego dysonansu i niepotrzebnych scen – dla przykładu tradycyjną czołówkę z napisami zastąpiono prezentacją kelnerki (Igi Cembrzyńskiej), która w specyficzny, różnoraki sposób intonuje poszczególne nazwiska przywodząc na myśl aktorstwo nie filmowe, a teatralne, utrzymujące większy kontakt z widzem; podobnie jest z resztą filmu. Komizm wyciągnięto również z nietypowych sytuacji, jeszcze silniej skorelowanych ze słynną brytyjską grupą – As pomimo nadludzkich zdolności podróżuje taksówką, złapaną absolutnie cudownym zbiegiem okoliczności, a to jeszcze nie koniec - taryfiarz (grany przez Wiesława Gołasa)  od razu, sam z siebie dostarcza mu cennych informacji. Specyficznego feelingu dodaje też wyraźnie słyszalne podkładanie wielu kwestii nagranych w warunkach studyjnych. Ów dubbing okraszono fantastycznie dobraną muzykę, chętnie sięgającą do klasyki; czasami także za tło dźwiękowe  służy nucenie jakiejś postaci.

Nieco ponad godzina poświęcona na rozwiązanie Hydrozagadki to wspaniale spędzony czas. Film należy do najwybitniejszej kategorii filmów zawsze aktualnych, gdyż ma się wrażenie, że wystarczyłoby zmienić dekoracje i pokolorować obraz by nikt się nie domyślił, jak długą brodę ma zawierająca go taśma celuloidowa. Dzieło Andrzeja Kondratiuka to, „stosując nomenklaturę międzynarodową, Superman”** wśród komedii. Gorąco polecam.

*oczywiście oryginalny cytat brzmi deczko inaczej

**niestety, ale Hydrozagadka była filmem wyłącznie telewizyjnym

***cytat z Hydrozagadki

guy_fawkes
16 sierpnia 2012 - 14:47
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
17.08.2012 07:47
sinbad78
sinbad78
152
calm like a bomb

Komary rypią

17.08.2012 10:08
guy_fawkes
odpowiedz
guy_fawkes
24
Pretorianin

UP: Wejdźmy do środka.

17.08.2012 11:12
SpecShadow
odpowiedz
SpecShadow
83
Silence of the LAMs

Zdarzyło mi się raz obejrzeć na Kino Polska.
Jak dla mnie mogliby nadawać to częściej niż np. Nie ma róży bez ognia, które wymęczyłem raz a które jest nadawane chyba dwa razy w tygodniu.

17.08.2012 11:35
NewGravedigger
odpowiedz
NewGravedigger
142
spokooj grabarza

Film może i nafaszerowany metaforami, ironią, sarkazmem i różnymi innymi trudnymi do zrozumienia obrazami, jednak śmieszyć to tam zbytni nie ma co. W sumie pamiętam tylko dwa dobre elementy - achtung achtung!! i właśnie Panna Szykulska, której oczy są wręcz hipnotyzujące.

17.08.2012 13:02
guy_fawkes
odpowiedz
guy_fawkes
24
Pretorianin

@ SpecShadow: Tego jeszcze nie widziałem. Może niebawem znów wyemitują.
@ NewGravedigger: To zależy, na co się nastawiłeś i jakie masz preferencje. Mnie w "Hydrozagadce" śmieszyło właściwie wszystko, zaś momenty o których wspomniałeś są po prostu najbardziej oczywiste. Muszę zgłębić twórczość Kondratiuka, bo ponoć inne jego filmy też są utrzymane w podobnym duchu.