Wrażenia po Hobbicie... - evilmg - 15 lutego 2013

Wrażenia po Hobbicie...

Hobbita obejrzałem dopiero wczoraj. Tak, z filmami też jestem ostro do tyłu. Z relacji znajomych wyzierał jakiś mocno okaleczony i zdeformowany stwór zrobiony tylko dla kasy i adresowany dla nie wiadomo kogo. Recenzji w sieci zapobiegawczo nie czytałem, ale znajomych podjaranych filmem ciężko zignorować, zwłaszcza jeśli się jedzie z nimi w jednym tramwaju. Na szczęście spoilerów raczej nie byli w stanie zrobić. W każdym razie przekazali mi mocno niepochlebną opinię o filmie. Opinię, którą przyszło mi wczoraj skonfrontować z rzeczywistością...

Dobra, nie będę was trzymał w niepewności, moim zdaniem film jest świetny. Nie wybitny, ale trzyma poziom i w zasadzie jest niemal dokładnie tym czego oczekiwałem po tej ekranizacji. Od pierwszej minuty z ekranu wylewa się charakterystyczny klimacik Śródziemia, który dano nam poczuć w poprzedniej trylogii Jacksona. Klimacik ten jest co prawda trochę inny niż to co można poznać na kartach powieści, ale kto by się tam szczegółami przejmował. Zresztą w historii kinematografii chyba tylko jedna ekranizacja była lepsza od pierwowzoru („Lśnienie”).

 

Jak zwykle świetnie wypadają krajobrazy, scenografia i efekty specjalne, ale czasem połączenie tych wszystkich elementów wypadało nieco dziwnie i widać było, że spece od efektów specjalnych nieco się napracowali przy poprawianiu malowniczych scenerii. Nie będę tutaj jednak rozwodzić się nad technicznymi detalami i nowinkami wprowadzanymi przez Hobbita (49 fps), bo się na tym znam jak na fizyce jądrowej, a i film widziałem w tej bardziej tradycyjnej formie. Pozwolę sobie zatem przejść do tego co najbardziej raduje moje serducho czyli właściwej zawartości filmu.

 

Cała przygoda rozpoczyna się... od końca. Bilbo kończy spisywać wspomnienia, pogawędka z Frodem, który jeszcze ma komplet palców i szybki przeskok w przeszłość gdzie dane nam będzie wrzeszczcie poznać głównych bohaterów tego filmu czyli prócz Bilba, towarzyszyć nam będą jeszcze krasnoludy: Balin, Dwalin, Bifur, Bofur, Bombur, Fili, Kili, Nori, Ori, Oin, Gloin, Dori, Nori i Thorin. Kurde, ale jestem nerdem, wypisałem ich wszystkich z pamięci! Właśnie w tym towarzystwie Bilbo wyruszy niespodziewanie dla siebie na wyprawę, która jak mu powiedziano zmieni go na zawsze... o ile uda mu się z niej powrócić. Tutaj należy zwrócić szczególną uwagę na Martina Freemana, który świetnie wcielił się w postać Bilba dzięki czemu naprawdę widać przemianę miłującego spokój hobbita w... coś innego :P

 

Skoro była już mowa o krasnoludach to muszę powiedzieć, że spoglądając na materiały promocyjne towarzyszące filmowi nieco się bałem. Dlaczego? Bo te krasnoludy były jakieś takie mało... brodate, ale film na szczęście szybko rozwiał moje wątpliwości. Mimo podejrzanie mało „krasnoludzkiego” wyglądu szybko okazało się, że małogabarytowa kompania nadrabia zaległości genialnym charakterem, który został nieco podkolorowany w stosunku do książki. I bardzo dobrze, bo z takim wyglądem mogłyby być problemy.

 

Jeśli już o różnicach względem pierwowzoru mowa to trzeba jednoznacznie powiedzieć: „Są i to sporo”. Na szczęście, poza jednym wątkiem, nieźle wpasowują się one w klimat oryginału. Nie mówię tu oczywiście o elementach zaczerpniętych z innych książek tego autora, ale o tych motywach, które twórcy dokleili na zasadzie licentia poetica. Przedobrzono tylko raz, ale za to tak, że szczęka mi opadła – RADAGAST. Ten czarodziej miał być nieco szurnięty, ale to co zrobiła z niego ekipa Jacksona powinno zostać zamknięte szczelnie w jakiejś wieży w sercu piekła i nigdy nie wypuszczone na świat. Radagast wygląda jak jakiś patologiczny przypadek druida z D&D, łazi obsrany przez ptaki, które mają gniazdo pod jego czapką, wozi się saniami zaprzężonymi w króliki i zachowuje się jakby zawsze był na haju. Zresztą w pewnym momencie Saruman mówi o tym wprost...

 

W oryginale Radagast był nieco dziwnym opiekunem przyrody w Śródziemiu, który jednak miał dość mocny kontakt z rzeczywistością i w razie kryzysu można było na nim polegać (np. to on wysłał orła, który wyciągnął Gandalfa z niewoli u Sarumana w pierwszej części Władcy Pierścieni), a tu mamy szaleńca, który tylko czasami stoi na tyle blisko rzeczywistości, że jest w stanie się komunikować z jej mieszkańcami. Brak słów, ale i tak spotkał go lepszy los niż dwóch pozostałych magów, których imion Gandalf... zapomniał. Jak się bawimy w wierne ekranizacje to chyba do końca, a nie urywamy w połowie.

 

Wiele osób narzekało na brak mrocznego klimatu w Hobbicie, ale ja siedzę i nie mogę sobie przypomnieć gdzie takowy był w książce. Trudno spodziewać się mroku i rzezi w ekranizacji książki dla młodszych czytelników. Gdy przeglądałem komentarze w internecie ludzie śmiali się, że mordowane gobliny nie zafundowały nam efektów znanych z filmów akcji z świętego gaju. Wiecie: flaki latające na prawo i lewo, fontanny krwi i poucinane kończyny. Nie wiem czego ci ludzie się spodziewali – to nie jest „Piła” tylko ekranizacja książki, która jest cholerną lekturą w pierwszej klasie gimnazjum! To nie ma być trylogia, której cały sens opiera się na mordowanych ludziach (tudzież orkach) i hektolitrach krwi lejących się z ekranu. Z drugiej strony czasem Jackson przeginał w drugą stronę i kilka scen przypominało „Piratów z Karaibów”, a krasnoludy skakały z miejsca na miejsce jak wytrawni akrobaci. Nie podobało mi się to za cholerę, ale ostatecznie mogę przymknąć na to oko z uwagi na panujące obecnie trendy... ten film miał też zarobić.

 

Teraz patrzę na napisane przed chwilą słowa i stwierdzam, że jest to prawie samo narzekanie (znowu!), a na początku stwierdziłem, że film mi się podobał. Wypadałoby więc powiedzieć co mi się podobało... Na początku bałem się, że ta historia rozbita na trzy filmy będzie rozwleczona do granic możliwości, a tymczasem ogląda się to bardzo fajnie. Na ekranie zawsze się coś dzieje nie ma momentów, które wydawały się być jedynie zapychaczami (chyba, że kolejne części będą czymś innym niż to czego się spodziewam). Bardzo podobała mi się idea rozbudowania postaci Azoga (w książce go praktycznie nie ma, bo zginął z ręki kogoś innego dużo wcześniej) co pozwala polubić bardziej Thorina. Swoją drogą wydaje mi się, że do ekranizacji wepchnięto Azoga zamiast jego syna Bolga.

 

Ciężko coś powiedzieć jeszcze o wątku króla czarnoksiężnika. Niewiele go na razie było i cała historia została przyćmiona przez „cudownego” Radagasta, ale historia wodza Nazguli jest na tyle dobra, że chyba nie da się jej spieprzyć i pozostaje jedynie czekać na więcej...

 

 

evilmg
15 lutego 2013 - 13:27