Niesprawiedliwości rynku gier - Kibi - 17 maja 2013

Niesprawiedliwości rynku gier

Przez ostatnich 16 lat śledzę uważnie rynek gier komputerowych. Być może stwierdzenie „śledzę” dla wtedy 6cio latka jest nieco na wyrost jednak każda kwestia związana z tym zagadnieniem interesowała mnie na tyle mocno, że z całą stanowczością mogę stwierdzić „tak, od 16 lat jestem na bieżąco”. Przez pryzmat tego co widziałem i tego co z grami przeżyłem nie do końca jestem zadowolony z kierunku, jaki rynek ten obrał i czym jest obecnie. Proszę, nie zrozumcie mnie źle. Gry to moja największa pasja, zawsze nią były i z całą pewnością zawsze nią będą jednak jest kilka aspektów, które aż same się proszą o usprawnienie, wymianę lub porzucenie i powrót do systemu, który istniał kiedyś. Wyjaśniając poszczególne zagadnienia będę poruszał zarówno sprawy ogólne jak i szczegóły bo jak myślę rozgraniczenie ich mija się z celem.

 

1. Podłączenie konsol stacjonarnych do sieci nie tylko pozwoliło graczom zasmakować w rozgrywce online ale także otwarło twórcom gier drogę do łatwego i niemałego zarobku. Mowa tu oczywiście o istocie DLC (downloadable content), czyli zawartości do pobrania. Nowe misje, bronie, mapy, wdzianka dla naszych bohaterów- to wszystko otrzymujemy przez Internet za dodatkową opłatą. Ale uno momento. Czy nie wystarczy już zapłacić i tak niemało kasy za samą grę? Widać twórcy mają graczy za dojne krowy czy jak kto woli portfel bez dna i wyciągają od nich ile tylko się da. Osobiście uważam, że kupując grę w ładnym pudełku, z elegancką, drukowaną na kredowym papierze instrukcją powinienem otrzymywać wszystko co jest w danym momencie dostępne dla danego tytułu. Kiedyś, gdy dostęp do Internetu nie był jeszcze tak powszechny jak jest dzisiaj, najzwyczajniej w świecie wydawano dodatki na płytach. Pewnie wiele osób nie będzie widziało różnicy w dodatku wydanym cyfrowo oraz takim, który kupowaliśmy w sklepie na krążku. Otóż te dodatki zawsze wnosiły coś więcej niż dzisiejsze DLC. Każdy z nich był hucznie zapowiadany, a gracze czekali z wypiekami na twarzach na premierę rozszerzenia ich ulubionych tytułów. Nazwa „rozszerzenie” była adekwatna do zawartości jaką otrzymywaliśmy w zamian za nasze pieniądze. Nie wspominam już o bezczelności jaką jest wrzucanie DLC na płycie z grą, a do którego nie mamy dostępu. Naturalnie jestem świadom, że niektóre DLC także wnoszą sporo dobrego do gier. Niestety mnogość gniotów i w zasadzie nikomu nieprzydatnych bzdetów wyrobiły instytucji zwanej DLC dosyć nieprzychylną markę. A szkoda bo winni temu są nie tylko twórcy ale także gracze, którzy nabywając DLC oddają swoje pieniądze lekką ręką za produkt, który powinni byli dostać od razu. Na walkę z tym już niestety jest za późno. DLC jest jedną z oznak upływu czasu i ewolucji na rynku. Ewolucji niekoniecznie w dobrym kierunku.

2. Oczywiście DLC nie jest jedynym sposobem wyciągania od graczy pieniędzy. Większość z głośniejszych i bardziej oczekiwanych tytułów poddawanych jest bardzo podobnemu procesowi. Po wydaniu gry przez pewien czas ukazują się do niej dodatki w formie wspominanego powyżej DLC. Kiedy zarabianie na nich się kończy następuje chwila przerwy i po roku/dwóch/pięciu gra ukazuje się w wydaniu GOTY (Game Of The Year), czyli w wolnym tłumaczeniu jest to podstawowa wersja zawierająca wszystkie dodatki DLC, które ukazały się w sieci. Z jednej strony rozumiem – twórcy „niby” dbają o graczy, którzy nie mają podłączonej konsoli do sieci. Napisałem „niby” bo powiedzmy sobie szczerze, żaden gracz oczekujący na dany tytuł nie będzie czekał kolejnych kilku lat by zagrać we wszystkie dodatki tylko kupi wersję podstawową gdy ta ujrzy tylko światło dzienne. Kowalski chcąc zagrać w dodatki, a nie mając konsoli podłączonej do Internetu będzie musiał jeszcze raz wydać sporą sumkę na grę, którą już przecież posiada, a twórcy nie będą wydawać samych dodatków za niższą cenę gdy mogą zrobić wersję „GOTY”, „Deluxe” czy inną wciskając do tego wersję podstawową zgarniając pełną cenę.

3. Ceny gier na konsole to kolejna bolączka rynku gier. Ile to już razy musiałem odmawiać sobie przyjemności wyjścia ze sklepu z upatrzoną grą bo jej cena była zwyczajnie za wysoka? A no było trochę tego. Pytam się dlaczego gry na konsole nie kosztują tyle samo co gry na komputery osobiste? Bo ciężej się je programuje? Tytuł będąc zapowiadany oraz tworzony jest od razu przystosowywany zarówno do komputerów jak i konsol. Nawet dopasowywanie softu do odpowiedniej maszynki, na której gra ma działać nie wydaje się czynnikiem, który powinien podnosić cenę produktu gdyż jakby nie patrzeć jest to zadanie leżące w interesie twórców oraz ich chęci dostarczenia danego tytułu na zaplanowane konsole. Tak samo nikt mi nie wmówi, że takim problemem jest nagranie gry na płytę typu Blueray czy Dual Layer. Bo w zasadzie to czym tytuł się różni od swojego pecetowego odpowiednika? Poza nośnikiem niczym. Tak samo mamy pudełko, tak samo mamy instrukcję. A cena niestety jakby z kosmosu. W wypadku naszego państwa śmiem twierdzić, że cena jest czynnikiem odpowiedzialnym za ilość ściąganego nielegalnego oprogramowania. Przeciwko temu procederowi staje już najczęściej tylko moralność jednostek, które chcą wspierać twórców w tym co robią, a nie po prostu ich okradać.

4. Ten punkt będzie bardzo osobisty z racji takiej, że posiadam maszynkę Microsoftu Xboxem 360 zwaną jednak posiadacze tej konsoli zrozumieją mnie w zupełności. Nikt nie zaprzeczy, że Microsoft jest korporacją odpowiedzialną za to czym komputery osobiste są dziś. Nawet nie wiem czy byłbym w stanie policzyć ilość zer przy sumach znajdujących się na ich kontach bankowych. Ale czy to znaczy, że M$ dalej musi doić z graczy? Niestety dokładnie to robi każąc płacić sobie za dostęp do usługi Xbox Live. Naturalnie postrzegając to z perspektywy człowieka zdrowego na umyśle myślałem, że poza pieniędzmi liczy się także szacunek dla lojalnego klienta i odbiorcy. Sony w pewnym stopniu to propaguje oferując darmowe usługi internetowe w PS3. Także dlaczego nie Microsoft? Dlaczego płacąc za grę dokładnie tyle samo ile kosztuje ona na PS3 muszę jeszcze opłacać abonament by móc grać z innymi ludźmi online? Rozstrzygnięcie tej sprawy jest niestety poza mną i w ogóle tego nie rozumiem.

5. Że branża gier komputerowych jest niesprawiedliwa powszechnie wiadomo. Nie chodzi tylko o relację na linii twórca-odbiorca ale także o relację twórca-twórca. Jak długo istnieje człowiek i społeczeństwo wiadomo, że są równi i równiejsi. I stosunek ten nie omija także moich kochanych gier komputerowych, gdzie duże, znane ze swoich produkcji studia nieraz nie dają nawet szans pokazania się tym niewielkim i niezależnym mającym niejednokrotnie bardzo ambitne i dojrzałe plany. Należy dodać, że tworzenie gier nie jest sprawą tanią. Dlatego w ostatnim czasie zaczynają powstawać inicjatywy wsparcia małych studiów takie jak Kickstarter czy Steam Greenlight. Obecnie już widać efekty pomocy jaką oferują sami gracze, gdyż to oni wpłacają pieniądze potrzebne do stworzenia zaprezentowanego w tych serwisach tytułu. Mam szczerą nadzieję, że takie akcje oznaczają powolny zgon, tudzież reorientację targetu hegemonów tego rynku. Bo przecież ile idzie grać w kolejne Call of Duty czy Assassin’s Creed’y. No litości.

 

Zagłębiając się dalej w temat tego co mnie boli w rynku gier mógłbym tego artykułu tak naprawdę nigdy nie skończyć. Jest to temat rzeka, a powyżej opisałem tylko pięć moich bolączek i mam wrażenie, że nie tylko moich. Rozmawiając z moimi znajomymi czy ludźmi związanymi z branżą gier komputerowych odnoszę wrażenie, że w mniejszym lub większym stopniu wszystkim nam przeszkadzają podobne kwestie. Być może gdyby gracze śmielej dawali wyraz swojemu niezadowoleniu z wyzysku jakiemu są poddawani przyszłość branży gier komputerowych wyglądałaby inaczej. Jednostka z rynkiem niestety nie wygra, a w głębi serca wiem, że z tymi problemami nie borykam się sam. Powyższy tekst to tylko moje przemyślenia i naturalnie nie każdy musi się z nimi zgadzać. W kwestii developingu nie mam najszerszej wiedzy jednak nie wiem, czy jest mi ona potrzebna do wysnucia tak podstawowych wniosków. Tymczasem idę pograć w Tetrisa. Przynajmniej nikt nie każe mi płacić za każdy kolejny spadający klocek.

Kibi
17 maja 2013 - 14:01