Glukhovski vs. Diakow - Kto jest królem 'Metra'? - Kibi - 20 maja 2013

Glukhovski vs. Diakow - Kto jest królem "Metra"?

Z racji, że niedawno swoją premierę miała najnowsza gra, której akcja dzieje się w uniwersum Metro 2033 postanowiłem rzucić okiem na dwie książki także osadzone w tym post-nuklearnym świecie. Nie mam jednak zamiaru pisać i oceniać książek autorstwa Dmitry’a Glukhovskiego gdyż nie ma to najmniejszego sensu. Te pozycje wyrobiły sobie własną markę poważaną przez wielu polskich i światowych czytelników i pisano już o nich wystarczająco dużo więc pozwólcie, że w swoich rozważaniach odsunę je nieco na bok. Glukhovski oprócz dwóch fenomenalnych powieści stworzył także zupełnie nowe otoczenie, które obecnie jest wykorzystywane przez innych autorów. Projekt pod jakże wdzięczną nazwą „Uniwersum Metro 2033” nakłania do spróbowania własnych sił i stworzenia własnej powieści.

W Polsce obecnie możemy nabyć 6 pozycji związanych z uniwersum Dmitry’a Glukhovskiego. Poza „Metro 2033” i „Metro 2034” wydane zostały także „Piter” autorstwa Szymuna Wroczka, niedawno wydane „Korzenie niebios” włoskiego pisarze Tullio Avoledo oraz „Do światła” i „W mrok” Andrieja Diakowa. I na dwóch ostatnich pozycjach chciałbym się skupić ponieważ spośród wszystkich wymienionych przeze mnie książek uważam, że powieści Diakowa są dowodem na to, że można o tym uniwersum pisać z równym oddaniem i fantazją jak Glukhovski. Chciałbym w tym tekście przedstawić ogólny zarys fabuły obu powieści, może wytłumaczyć powód mojej fascynacji całym światem metra i poddać ocenie książki Diakowa w odniesieniu do arcydzieł (nie boję się tego słowa) Glukhovskiego.

Akcja tym razem nie rozgrywa się w moskiewskim metrze. Wydaje mi się, że jest to zrozumiałe, fabuła książek Glukhovskiego stała na najwyższym poziomie i inna powieść rozgrywająca się w tym samym miejscu miałaby niezwykle wysoko postawioną poprzeczkę. Dodatkowo osadzenie akcji w Moskwie nieco by ograniczało autora gdyż wszelkie stacje musiałyby wyglądać tak jak opisane w Metro 2033 i Metro 2034. Dlatego Diakow wybrał Sankt Petersburg, jego rodzinne miasto.

Czytając „Do światła” poznajemy dwóch bohaterów: nastolatka Gleba, który po śmierci swoich rodziców czuje się samotny i nie umie sobie znaleźć miejsca w życiu oraz Tarana, uznanego w całym metrze stalkera. Jak to zwykle bywa, ich losy splatają się kiedy Taran w zamian za wykonaną robotę nie żąda naboi (naboje są walutą w metrze) ale pragnie dostać Gleba. Przez całą książkę obserwujemy zmieniające się relacje pomiędzy oboma mężczyznami, z początkowo chłodnych do coraz bardziej przyjacielskich. Jednak łączące ich emocje są tłem do misji, którą obaj muszą podjąć, czyli zbadania razem z grupą żołnierzy tajemniczego miejsca, z którego jak donoszą podróżni sprzedawcy, dobiegają dziwne sygnały świetlne.

Wybaczcie mi ten pobieżny zarys fabularny jednak nie potrafię zrobić tego lepiej. Czytając ten opis może się wydawać, że dostajemy historię jakich w dzisiejszej literaturze pełno jednak jest to wrażenie bardzo mylne. Każde kolejne słowo dodane do powyższego opisu byłoby najzwyczajniej w świecie spoilerem, a tego chcę bardzo uniknąć bo przecież nie oto chodzi by psuć komukolwiek zabawę, a zachęcić do lektury. Diakow bardzo umiejętnie buduje atmosferę zaszczucia w metrze oraz w niezwykły sposób zarysowuje profile psychologiczne naszych wojaków tworząc z nich bardzo barwną grupę. Każdy z nich to niezwykle ciekawy okaz reprezentujący swoim zachowaniem odmienne wartości.  

Z kolei „W mrok” jest nieco bardziej dojrzałą wersją swojej poprzedniczki z nieco ciekawszym sposobem przedstawienia akcji. Podobnie jak „Do światła” podzielona jest na trzy części jednak fabuła pozwala na to by jedna część była całkowicie poświęcona działaniom Tarana, kolejna poczynaniom Gleba, a ostatnia przedstawia połączone losy obu bohaterów. W tej powieści Gleb zostaje porwany, a Taran stara się za wszelką cenę go odszukać. Dodatkowo prowadzi on śledztwo dotyczące użycia bomby nuklearnej na ostatniej oazie ludzkości żyjącej na powierzchni. I tutaj podobnie jak w przedstawieniu fabuły „Do światła” nie mogę powiedzieć nic więcej gdyż nikomu nie chcę psuć zabawy. Diakow potrafi w sposób wyjątkowy rozwinąć fabułę z takiej, która na samym początku wydaje się błaha i nieciekawa do takiej, która nie pozwala się oderwać od książki ani na sekundę.

W tym miejscu zadaję sobie pytanie czy powieści Diakowa mogą się równać z tymi od Glukhovskiego. Myślę, że „Do światła” i „W mrok” trzymają bardzo podobny poziom jak „Metro 2033” i „Metro 2034” i już tylko od osobistych preferencji zależy czyje powieści przypadną czytelnikowi bardziej do gustu. Dla mnie minimalnie wygrywa jednak Diakow. Jego twórczość w ujęciu całościowym jest nieco bardziej spójna, a bohaterowie ukazani bardziej emocjonalnie.

Cieszy mnie niezmiernie, że „Uniwersum Metro 2033” odnosi sukces światowy, a także zyskuje swoją wierną rzeszę czytelników w Polsce. Zabieg pozwalający innym autorom tworzyć pod jednym szyldem był prawdopodobnie najlepszym co można było z tą tematyką zrobić. Obecnie zaczynają powstawać powieści obrazujące co stało się poza Rosją, a kto wie, może kiedyś doczekamy się tytułu ukazującego post-nuklearną Polskę. Przykład Tullio Avoledo i jego „Korzeni niebios” pokazuje, że nawet „Uniwersum Metro 2033” może dziać się poza metrem.

Kibi
20 maja 2013 - 21:38

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
28.04.2014 23:43
Lupus007
13
Legionista

Nie oceniałbym, który autor lepszy. Trzeba na to spojrzeć inaczej: jak podeszli do tematu. Glukhovsky rozpoczął i skupił się bardziej na opisie świata i jego motywacjach, społecznym i psychologicznym obrazie ludzkości po wybuchu. Z kolei Diakow i nie tylko on rozwinęli te wątki i zaczęli świat rozwijać i budować wokół niego fabuły. Zwłaszcza udało się to właśnie Diakowowi, który w swojej trylogii stworzył kapitalną powieść z wartką akcją, historię konkretnego celu, a wszystko przy pełnej kontroli i zachowaniu klimatu i wymiaru dwóch pierwszych powieści z cyklu. Inna sprawa jest w kwestii pisania: osobiście bardziej preferowałem styl Diakowa, niż Glukhovsky'ego. Bliski, wręcz kopiujący styl Glukhovsjy'ego miał Wroczek ("Piter"), pomiędzy zaś można by postawić Tullio Avoledo ("Korzenie Niebios"), który z kolei nie do końca podołał. Pozostałych tomów jeszcze nie czytałem. Jednak gdybym miał kto jest królem "Metra" to postawiłbym na Glukhovsky'ego, a następnie na Diakowa jako wicekróla. :)