Amerykanie tylko partolą? Oryginał kontra remake! - Jędrzej Bukowski - 9 grudnia 2013

Amerykanie tylko partolą? Oryginał kontra remake!

Amerykanie po prostu nie mogą zostawić oryginalnych produkcji w spokoju i muszą zrobić po swojemu. Muszą! Tak jak teraz w przypadku "Oldboya", który grasuje w kinach. Bo przecież oni wiedzą lepiej, bo przecież ich widzowie inaczej nie obejrzą tej historii, bo przecież można zarobić kolejne miliony na odgrzewanym kotlecie. No dobra, trochę pomarudziłem, jacy to amerykanie źli, ale zdarzają się im również wartościowe produkcje.

 

Przed Wami przegląd filmów oryginalnych oraz ich... amerykańskich odpowiedników.

 

Gotowi? No to bez zbędnego przedłużania - jedziemy!

 

Krąg japoński vs. Krąg amerykański

 

Zacznijmy może od żelaznego już klasyka. Wszyscy wiedzą, że "Krąg" to japoński horror, który zapoczątkował modę na długowłose milczące dziewczynki straszące głównych bohaterów, jednak odnoszę wrażenie, że większość publiczności obejrzała tylko mocno wypromowaną wersję amerykańską.

 

Wynika to z tego, że jesteśmy przyzwyczajeni do narracji horrorowej, jaką znamy z Hollywood - ma być w miarę logicznie, sprawnie i w odpowiednim momencie serce ma nam stanąć w gardle. Z kolei japońska wersja jest zdecydowanie bardziej surrealistyczna, powodująca ciągły niepokój i skupiająca się na ciężkiej atmosferze. Taki sposób przedstawiania historii nie dla każdego jest strawny. W moim przekonaniu, obie wersje zasługują na pochwały.


 

Siedmiu samurajów vs. Siedmiu wspaniałych

 

Jeśli mowa o remake'ach to obowiązkowo należy wspomnieć o dwóch filmach, które nastałe zapisały się w historii kinematografi, czyli "Siedmiu samurajów" Akiry Kurosawy oraz amerykańskiej wersji zatytułowanej "Siedmiu wspaniałych" Johna Sturgesa. Oczywiście hollywoodzki twórca klasyczną fabułę przeniósł w realia Dzikiego Zachodu.

 

Oba filmy to dzisiaj kamienie milowe i dyskusja o wyższości jednej wersji nad drugą jest wg pozbawiona wszelkiego sensu. Jeśli jeszcze nie widzieliście - czas najwyższy obie pozycje nadrobić!


 

Infernal Affairs vs. Infiltracja

 

Martin Scorsese stworzył znakomite kino gangsterskie, które zgarnęło między innymi Oscara za "najlepszy film", zaś końcowa strzelanina przeszła do historii kina.

 

Niewiele osób jednak wie, że całość została oparta na filmie zatytułowanym "Infernal Affairs" rodem z Hong Kongu. Produkcja ta została okrzyknięta w Azji jako jeden z najlepszych kryminałów i można zaryzykować stwierdzenie, że w pewnych kręgach jest bardziej kultowym dziełem niż mainstreamowa "Infiltracja".


 

Filar vs. 12 Małp

 

Ten film Terry'ego Gilliama do dzisiaj zaskakuje swoja wieloznacznością i wzbudza dyskusje wśród miłośników science-fiction. Podóże w czasie, apokaliptyczna wizja i słynne sceny w wariatkowie są wykorzystaniem i zarazem rozwinięciem krótkometrażowej fabuły francuskiego filmu zatytułowanego "Filar" z 1962.

 

Dzisiaj to już bardziej ciekawostka, jednak dla fanów rzecz warta odnotowania.


 

La Totale! vs. Prawdziwe kłamstwa

 

Mogłoby się wydawać, że ta sensacyjna komedia z połowy lat '90 z gwiazdorską obsadą (Arnold Schwarzenegger, Jamie Lee Curtis) to typowy amerykański pomysł. Nic bardziej mylnego!

 

Amerykanie po prostu postanowili zrobić własną wersję francuskiego filmu sensacyjnego "La Totale!" z 1991 roku. I trzeba przyznać, że wyszło im nad wyraz udanie.


 

Pozwól mi wejść szwedzkie vs. Pozwól mi wejść amerykańskie

 

Skandynawowie mają w sobie coś mrocznego. To u nich powstają najlepsze kryminały, ale są również dobrzy w tworzeniu nastrojowych i niepokojących filmów grozy. Tak było w przypadku słynnego horroru, który wniósł wiele świeżości w skostniały już nieco wampirzy gatunek. Znakomite zdjęcia, mroźna i mroczna atmosfera - takie coś można było nakręcić tylko na północy mroźnej Europy.

 

Jednak amerykanie postanowili wykorzystać ten sam pomysł i zrobić swoją wersję z ich nową gwiazdeczką - Chloe Moretz. I co tu wiele mówić... Ktokolwiek jeszcze pamięta tę produkcję "made in USA"?


 

REC vs. Kwarantanna

 

Hiszpańki horror na nowo zdefiniował gatunek mockumentary. Mogłoby się wydawać, że po "Blair Witch Project" powinien nastąpić wysyp dokumentalno-podobnych produkcji, jednak to właśnie "REC" okazał się być przebojem, który na nowo spowodował modę na "filmy ostatniego tchnienia".

 

W USA postanowiono zrobić "Kwarantannę" z główną rolą Jennifer Carpenter (to Debra Morgan z serialu "Dexter"). Zrobili praktycznie wszystko tak samo - te same ujęcia, ten sam montaż, ta sama fabuła... Ja się pytam po co, do jasnej ciasnej?!


 

Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet vs. Dziewczyna z tatuażem

 

Seria Millennium żyję już praktycznie własnym życiem - wpierw książki, potem szwedzka adaptacja, a potem amerykański remake. I wiecie co? W każdym przypadku jest naprawdę dobrze!

 

Szwedzka wersja filmu posiada niesamowitą Noomi Rapace, zaś amerykańska - Daniela Craiga. I tu, i tu mamy mroczny i ciężki klimat. No dobra - dla wersji hollywoodzkiej muzykę zrobił Trent Reznor, więc niech będzie, że podobała mi się bardziej wersja od Davida Finchera ;-)




Podobają Ci się moje wpisy? Zachęcam do zaglądania na stronę, którą prowadzę:


 

Jędrzej Bukowski
9 grudnia 2013 - 15:58

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
09.12.2013 16:38
Amazing_Maurice
Amazing_Maurice
92
Pretorianin

O kurczę.. Ten pierwowzór 12 Małp muszę nadrobić. Film z Willisem uważam za jeden z najlepszych obrazów s-f. A w zestawieniu jako ciekawostka mógł wylądować Funny Games (swoją drogą też znakomity, ale widziałem tylko.. hm, "oryginał").

09.12.2013 16:52
Mastyl
odpowiedz
Mastyl
161
Za godzinę pod Jubilatem

A co z tym hamerykańskim Oldboyem? Kicha, średniak czy OK?

09.12.2013 19:04
odpowiedz
ubersniper
92
Pretorianin

Szwedzkie Millenium jest nudne, aktorsko toporne i wielokrotnie więcej razy nie trzyma się książki niż Fincherowski film. Poza tym nie ma tam w zasadzie w ogóle muzyki.
Ludzie lubią smarować błotem to co amerykańskie (nie rzadko słusznie) i dlatego Fincherowi się oberwało. Zdecydowanie nie słusznie.

09.12.2013 19:24
sekret_mnicha
odpowiedz
sekret_mnicha
209
fsm

GRYOnline.plTeam

Mi się amerykański "Pozwól mi wejść" bardzo podobało. Strasznie bardzo. Okrutnie wręcz. Inna sprawa, że nie widziałem oryginału, więc mojej ocenie bez wątpienia brakuje istotnego czynnika.

Z kolei Ring USA w starciu z Ringiem JAP też wygrywa, ale tutaj mam porównanie. Jeden z najstraszniejszych filmów, jakie widziałem kontra pomysłowa, ale dziwna i dosyć monotonna historia o "duchu". A książka jest jeszcze inna - stoi gdzieś po środku :)

Ale żeby było sprawiedliwie - bardziej podeszło mi Infernal Affairs - Infiltracja jest zacna, ale za długa. Oryginał jest krótki i skoncentrowany, a przez to lepszy.

09.12.2013 19:43
phase83
odpowiedz
phase83
59
Pretorianin

Infernal Affairs vs. Infiltracja - obydwie produkcje wspominam bardzo pozytywnie! Infiltracje oglądałem jako pierwszą. Później dowiedziałem się o oryginalnej produkcji. Natknąłem się na nią jakoś w TV i nie żałuję.

09.12.2013 20:00
Mastyl
odpowiedz
Mastyl
161
Za godzinę pod Jubilatem

ubsersniper - gdybyś przeczytał całość tekstu, to może zauważyłbyś, że amerykańskie Millenium mu się podobało bardziej, niż szwedzxkie.

09.12.2013 22:53
odpowiedz
ubersniper
92
Pretorianin

Mastyl.
Czytałem, czytałem. Autor raczej unika jedno znacznej, poważnej oceny.
Abstrahując - Moją ocenę odnoszę bardziej do ogólnej oceny wystawionej temu filmowi zarówno przez krytyków ale i zasłyszanej wśród znajomych czy w internetowych komentarzach.

11.12.2013 15:39
promilus1
odpowiedz
promilus1
94
Człowiek z Księżyca

Jednak amerykanie postanowili wykorzystać ten sam pomysł i zrobić swoją wersję z ich nową gwiazdeczką - Chloe Moretz. I co tu wiele mówić... Ktokolwiek jeszcze pamięta tę produkcję "made in USA"?

Oczywiście. Amerykańska wersja była dużo ciekawsza, lepiej nakręcona i miała lepszą wampirzycę. Amerykanie dodali trochę dynamiki, co filmowi wyszło tylko na plus.

Mi się amerykański "Pozwól mi wejść" bardzo podobało. Strasznie bardzo. Okrutnie wręcz. Inna sprawa, że nie widziałem oryginału, więc mojej ocenie bez wątpienia brakuje istotnego czynnika.

Może coś w tym jest, który się film zobaczy jako pierwszy. Ja widziałem najpierw wersję amerykańską, a dopiero później pierwowzór. Amerykanie wygrali.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze