Wyrwani z Columbii - recenzja BioShock Infinite: Burial at Sea - Episode One - guy_fawkes - 29 kwietnia 2014

Wyrwani z Columbii - recenzja BioShock Infinite: Burial at Sea - Episode One

guy_fawkes ocenia: BioShock Infinite: Burial at Sea - Episode One
70

Dostawszy w pakiecie z BioShockiem Infinite Season Pass liczyłem, że ten miły prezent za rzekomy brak spolszczenia przekona mnie do zatrzymania zeszłorocznego hitu na dysku. Tymczasem po paczce broni Irrational Games wypuściło skoncentrowane na rozwałce, wyzute z fabuły Clash in the Clouds, jak gdyby kompletnie olewając niosący ze sobą ogromny potencjał finał podstawki. Na szczęście potem wyszło na jaw, że autorzy najlepsze zostawili na deser. I tak dostaliśmy dwuodcinkowe DLC Burial at Sea, którego pierwszym epizodem zajmiemy się właśnie dzisiaj. Cierpiącym na klaustrofobię radzę dać sobie na wstrzymanie, ponieważ zejdziemy na samo dno oceanu.

DETEKTYW, KTÓRY SIĘGNĄŁ DNA
Tak jest moi drodzy – Columbia poszła w odstawkę, by wrócić do znanego już, wielbionego przez fanów Rapture. Z racji bezpośredniego związku z zakończeniem Infinite stanowczo odradzam sięganie po to DLC bez zamknięcia tamtej historii, bowiem w przeciwnym razie dodatek sprzeda ogromny, aczkolwiek może nie do końca zrozumiały, spoiler. Wynika to z faktu, że choć pozornie obecność Bookera i Elizabeth w podwodnym mieście wydaje się irracjonalna (w końcu jaki pan, taki kram, czyż nie?), ma to solidne zagnieżdżenie w uniwersum. Protagonistę spotykamy w jego zatęchłym, ciemnym biurze w Rapture, przywodzącym na myśl klimaty noir: pełna starych petów popielniczka zdaje się prosić o skrócenie męki, a leniwie, niemal przestraszone, sączące się przez szpary w żaluzjach światło ledwo rozprasza mrok, obnażając puste butelki i bałagan na biurku. To nie może być miejsce pracy poukładanego mężczyzny bez nałogów; to raczej nora, do której mimo wszystko nie bała się wstąpić ponętna młoda kobieta, szukająca człowieka do wykonania ważnego zadania. Szybko rozpoznajemy jej tożsamość – to Elizabeth, lecz już nie taka dziewczęca i niewinna, jak w chwili pierwszego zetknięcia z Bookerem w Columbii. Wystarczy przelotne spojrzenie, by się o tym przekonać już w chwili przypalania jej papierosa.

Mogę się założyć, że Szczebiot nie byłby teraz dla niej żadnym problemem

KOBIETA, KTÓRA ZA NIM NA NIE PODĄŻYŁA
Elizabeth nie traci czasu i od razu przechodzi do sedna: trzeba odnaleźć pewną, zaginioną przed laty dziewczynkę, która znana jest również DeWittowi. Wyraża się przy tym dość enigmatycznie, jak gdyby wiedziała o wiele więcej, niż sam detektyw, co dodaje pikanterii historii: czego tak właściwie oczekuje? Jaki jest jej prawdziwy cel? Na dociekaniu zlatują ok. 3 godziny potrzebne na ukończenie pierwszego odcinka i choć wydaje się, że banalne do rozgryzienia wizje protagonisty świadczą o równie przewidywalnym finale, tak nie jest – kończy się bowiem frapującym cliffhangerem, budzącym gigantyczny apetyt na drugi epizod. I to jest właśnie rola tego odcinka: bycie przystawką do zapewne głównego, smakowitego dania. Ken Levine i spółka przyzwyczaili mnie do zgrabnych, świetnych zwrotów akcji, więc i teraz udzielam im kredytu zaufania, ponieważ zwieńczenia opowieści jeszcze nie tknąłem. Tym niemniej EP1 zapadło mi w pamięć dzięki możliwości ujrzenia podwodnej metropolii jeszcze przed stadium rozkładu, kiedy wszystko błyszczało wypucowane na wysoki połysk, zaś mieszkańcy oddawali się dyskusjom na ważkie tematy na promenadach zdradzając, że Andrew Rayan faktycznie nie wpuścił do miasta nikogo, kto na to nie zasługiwał, gromadząc samą śmietankę. Naukowcy, artyści, myśliciele – Rapture rzeczywiście wydaje się enklawą dla inteligencji, wyzbytej uprzedzeń rasowych trawiących świat na powierzchni niczym rak.

Jak widać, BioShock przedstawia mocno alternatywną wersję historii

MIASTO, KTÓRE JUŻ NA NIM BYŁO
A pośród tych wszystkich znamienitości znalazł się Booker DeWitt. Wrak człowieka z problemami alkoholowym i hazardowym, kompletnie niepasujący do reszty miasta, a przynajmniej tej wciąż przy jako takich zdrowych zmysłach. Mamy bowiem rok 1958: Ryan zdążył już poprztykać się z Fontainem, przejąć jego fabryki i jednocześnie zamienić w więzienie część metropolii. Mimo to już pierwsze sekundy po opuszczeniu ciemnego biura budzą lawinę wspomnień: widoki za grubymi oknami, niepowtarzalny art deco stanowiący o finezji Rapture, a nawet takie detale, jak znajoma muzyka w automatach handlowych, przywołująca na myśl jednoznacznie pozytywne skojarzenia. Równocześnie developerzy postanowili wprowadzić nieco zmian, korzystając z głównego motywu napędzającego Infinite, stąd pojawiły się m.in. wzorowane na wigorach plazmidy, a przede wszystkim niebhak (tutaj zwany lotochwytakiem) i wstęgi, nieco rozciągające w pionie w gruncie rzeczy płaskie lokacje podwodnego miasta. A że towarzyszy nam Elizabeth, nie mogło się obejść bez wyrw i zamków do otworzenia za pomocą znalezionych wytrychów; dziewczę prowadzi także tutejszy ostry dyżur. Nie da się więc uciec od stwierdzenia, że to jednak nie to samo Rapture, jakie zapamiętaliśmy. Naleciałości z Infinite pasują tutaj nie na każdej płaszczyźnie, bo jednak hakowanie czy toniki znakomicie pogłębiały gameplay, zaś Burial at Sea ograniczyło nawet ulepszanie broni, choć na szczęście darowało sobie drastyczne zminimalizowanie liczby przenoszonych pukawek – niby na podorędziu są dalej 2, ale resztę kitramy do plecaka i możemy dobyć ich w każdym momencie. Cieszy fakt, że plazmidy są tutaj użyteczniejsze, niż wigory w Columbii (umożliwiają dostęp do ukrytych zasobów), zaś walka premiuje ataki z zaskoczenia – Booker zadaje wtedy znacznie większe obrażenia. Początkowo DLC zdaje się mieć survivalowy charakter, ale dość szybko się to zmienia, bo za pomocą wyrw Elizabeth potrafi sprowadzić nie tylko amunicję czy apteczki, lecz i wieżyczki prosto z latającego miasta.

Reklama wigoru. Tfu, plazmidu. Plazmidu Elektryczny Dżokej....?

HOUDINI W SPÓDNICY
Taki mix elementów znanych z obu metropolii sprawia wrażenie nie do końca koherentnego. Dwie odsłony w Rapture ukształtowały pewien pogląd na rozgrywkę: możliwość dostosowania plazmidów, toników (teraz elementów stroju) i broni pod własny styl rozgrywki; ba – nawet hakowanie w formie mini-gierki dawało radość. Infinite, a tym samym Burial at Sea w pewnym stopniu spłyciło ten aspekt. Krótki żywot pierwszego DLC nie pozwolił też zbytnio rozwinąć skrzydeł – spotykamy na swej drodze w zasadzie 1 personę dowodzącą, w jakim kierunku zmierza Rapture i choć jest to niewątpliwie scena godna klimatu poprzedników, wyraźnie czuć, że to wszystko tylko tło dla historii Bookera i Elizabeth, kolejna sceneria do ukazania relacji pomiędzy nimi z innej perspektywy. Summa summarum daje to dobre rokowania dla drugiej części, skłaniając mimo tutejszych braków do udzielenia jej kredytu zaufania. Tym niemniej czuję się lekko zawiedziony obecnością baboli, jakich w Infinite nie uświadczyłem. Elizabeth, do tej pory ruchliwa i znakomicie znajdująca sobie miejsce na polu bitwy, by nie plątać się pod nogami, teraz potrafi zablokować wąskie przejście. Ba – w wyniku działania perfidnego buga może zniknąć w istotnym fabularnie momencie, co zawiesi skrypt pchający akcję do przodu i zmusi do restartu całej przygody. Poza tym nie zawsze podąża za Bookerem – czasem po prostu się teleportuje za plecami, co również negatywnie wpływa na odbiór całości, podobnie jak atak klonów na promenadach. Skąd my to znamy…?

"How to become a Big Boss for dumbs"

IT’S GOOD TO BE HOME
Pierwszy epizod Burial at Sea przypomniał mi o wszystkim, co kocham w tamtych BioShockach: niepowtarzalnym stylu artystycznym, spójnej wizji Rapture, pięknej muzyce towarzyszącej eksploracji miasta i jednocześnie kontraście, jaki w starciu z nimi wywoływało zezwierzęcenie jego mieszkańców i wypaczenie wszelkich wartości. I właśnie dlatego smutna historia Bookera i Elizabeth doskonale pasuje do tego czyśćca. Mam nadzieję, że druga część okaże się tylko lepsza.

Trailer BioShock Infinite: Burial at Sea - Episode One / youtube.com/user/gamespot

Jeśli ktoś ma ochotę śledzić mnie na Twitterze, zapraszam tutaj: https://twitter.com/guy_fawkes_gt

Zapraszam również do mojej strony na FB, gdzie zamieszczam wszystkie linki do publikowanych przeze mnie treści i ciekawostki: http://www.facebook.com/GuyFawkes88

guy_fawkes
29 kwietnia 2014 - 13:19

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz