Recenzja The Prodigy - The Day Is My Enemy. Jest dobrze! - fsm - 2 kwietnia 2015

Recenzja The Prodigy - The Day Is My Enemy. Jest dobrze!

Zanim napiszę, że The Day Is My Enemy to nowy album The Prodigy, na który czekaliśmy aż 6 lat (i zanim użyję innych obowiązkowych wstawek w ramach otwarcia tekstu), wspomnę o czym innym. Gdy sobie wyobrażam, co Liam Howlett, Keef (wcześniej Keith) Flint i Maxim odpowiedzieli na pytanie "jaka ma być ta płyta", na myśl przychodzi tylko jedno: więcej mocy! More firepower! Cios za ciosem! Atak! Szaleństwo! Czyli w sumie więcej, niż jedno. Ale chyba rozumiecie, o co chodzi? The Day Is My Enemy to wielka ogromna bomba imprezowa.

Wróćmy teraz do porządku obrad. Poprzednie dzieło The Prodigy - całkiem solidne wydawnictwo Invaders Must Die, ukazało nieco ponad 6 lat temu. Wyposzczeni fani rzucili się na dobre utwory w rodzaju Omen czy Take Me To The Hospital i wybaczyli kilka słabszych momentów, wszak jeden album wcześniej nie było wcale tak fajnie. Always Outnumbered, Never Outgunned pojawił się w 2004 roku (5 lat wcześniej) i zawiódł, bo miał niezwykle wysoko postawioną poprzeczkę w postaci nadal najlepszego w dyskografii grupy albumu The Fat of the Land (czerwiec 1997 roku, 7 lat przerwy!). Jak widać, miłośnicy agresywnej elektroniki, wgniatającego w ziemię basowego rytmu ożenionego z rozebranymi na czynniki pierwsze gitarami spod znaku The Prodigy nie mają łatwego życia. 3 pierwsze albumy pojawiły się na przestrzeni 5 lat, zaś kolejne 3 to okres niemal dwóch dekad. Ale nie ma co ryczeć, wszak The Day In My Enemy już tu jest i każdy chętny może się przekonać, że (czy) warto było czekać.

Te kilka lat przerwy zaowocowało czternastoma premierowymi kompozycjami, z których spora część została już skutecznie przetestowana na koncertowych poligonach. Pierwszym utworem zaprezentowanym oficjalnie był Nasty, wyposażony w ciekawy teledysk. Pierwsze wrażenie: niezły, energetyczny numer, ale trochę za bardzo stara się być taki, jak stare hiciory. Następna odsłona albumu - utwór tytułowy. Pierwsze wrażenie: no, to rozumiem - bębnowa ekstaza, świetne! Później dostaliśmy jeszcze Wild Frontier - kawałek "oldchoolowy", ale bardzo fajny i z drugim pełnoprawnym, absolutnie prześwietnym teledyskiem. Czwartą zajawką była kończąca płytę petarda, mocarny Wall of Death ze zmaltretowanymi gitarami w tle. 3 trafione numery na 4 udostępnione nastawiły mnie bardzo optymistyczne do całej płyty. I słusznie!

The Day is My Enemy to takie Prodigy, jakiego oczekiwali fani po The Fat of the Land. Co prawda nie jest to jeszcze ten sam poziom, ale bez wątpienia pan Howlett i drużyna zrobili duży krok w dobrym kierunku. Płyta w udany sposób miesza ewolucję starych motywów (wspomniane już The Day Is My Enemy z gościnnym wokalem od koleżanki Tricky'ego, Martiny Topley Bird czy spokojne, ale niesłychanie klimatyczne Invisible Sun) z utworami żywcem wyrwanymi z jakiegoś rave party z 1995 roku (Destroy, które mimowolnie wywołuje szeroki uśmiech na twarzy słuchacza, czyli mojej). A jest tutaj dużo więcej dobra.

Ibiza pędzi na złamanie karku dzięki zacnemu rytmowi żywej perkusji i samplowaną gitarą ukrytą za rapowaniem Sleaford Mods. Instrumentalny Beyond the Deathray dzieli dwie naładowane kilowatami połowy płyty (utwór wstawiony w doskonałym miejscu na złapanie oddechu), a Get Your Fight On to kolejna partia nie dających się rozpoznać elektrycznych gitar postawionych obok epileptycznego rytmu. Muzyczne adhd w najlepszej formie. Ale żeby nie było tak słodko - nie wszystko się udało. Rok-weiler byłby świetny, ale przeszkadza drażniący me ucho wyszczekiwany refren. Z kolei Rhythm Bomb i Roadblox, które otwierają drugą połowę płyty, brzmią nijako i brakuje w nich iskry bożego natchnienia. Takie telepanie się dla samego telepania (choć może tu działa efekt "zbytniej fajności" pozostałych utworów, prze których te dwa wypadają blado).

W ogólnym rozrachunku The Day Is My Enemy jest tym, czego oczekiwałem. Powiewem z przeszłości, odświeżonym i doładowanym przez pełnego pasji twórcę. Muzyczną bombą żywiącą się subwooferami, koncertową amunicją godną 2015 roku i płytą zasługującą na wydanie 3 lub 4 dyszek w sklepie. Na ile przemawia teraz przeze mnie nostalgia, okaże się za kilka miesięcy. Na razie słucham i słuchać będę.

fsm
2 kwietnia 2015 - 10:51

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
02.04.2015 16:47
Kozok
25
Chorąży

The Day Is My Enemy, Rok-Weiler i Roadblox to najlepsze kawałki na płycie! Rok-Weiler to czysty, muzyczny orgazm. Szkoda, że nie jestem w stanie podzielić się tym utworem na fejsbuku z yt, czy innej strony, żeby mogli znajomi posłuchać. Jeszcze oczywiście Wild Frontier. Nasty jest fajne, ale bez fajerwerków, za bardzo przypomina IMD.

02.04.2015 17:48
odpowiedz
sekret_mnicha
191
fsm

GRYOnline.plTeam

Jesteś drugą osobą, która dziś napisała, że Roadblox jest takie super. Ja jakoś tego (jeszcze) nie słyszę. Wszystko niby jest na miejscu, szybkie tempo i energia, ale takie następne na liście Get You Fight On uważam, za dużo DUŻO lepsze :)

02.04.2015 18:35
odpowiedz
legrooch
169
MPO Squad Member

Nie, to już nie jest Experience ani Jilted. Sorry, ale im dalej od Fata tym gorzej.
Jeszcze Nasty ma coś w sobie, reszta pikuje w dół. Głównie przez Keitha głos. Ograny do bólu i jakby na siłę wciskany.

02.04.2015 19:47
odpowiedz
sekret_mnicha
191
fsm

GRYOnline.plTeam

Ja tam się bardzo cieszę, że to nie Experience. Ta płyta brzmi dzisiaj strasznie płasko i plastikowo. Jest tam kilka killerów, ale dla mnie Prodigy naprawdę zaczęło się na Jilted Generation i osiągnęło szczyt na Fat. Teraz znowu jakość idzie w górę, moim zdaniem. Nasty jest spoko, energetyczne i dobrze wprowadza w klimat starego-nowego Prodigy, ale na tym albumie jest masa lepszych kawałków. Sam wokal zawsze grał dla mnie drugą rolę - najważniejsza była i jest w Prodigy muzyczna anihilacja głośnika :)

02.04.2015 21:52
odpowiedz
Kozok
25
Chorąży

ja już chyba jestem takim fanbojem, że wszystko od nich łyknę ;) (jak od Rammsteina i NIN). Płyta świetna, energiczna, taka na wakacje. Mimo, że minęło 6 lat, to na The Day Is My Enemy jest dużo odrzutów z IMD. Nasty to przerobione Mescaline, Roadblox to First Warning, a Rebel Radio to demo Heatwave Hurricane.
https://youtu.be/KGsY2_W1iQY
Mimo wszystko nie rozumiem ludzi hejtujących nowy album. Naprawdę nie widzę formy spadkowej.

02.04.2015 23:38
😃
odpowiedz
Kaszalot
62
Pretorianin

Myślę, że fenomen The Prodigy polega właśnie na niezbyt częstym wydawaniu nowych albumów. Nikomu nie podobały by się później te połamane rytmy, które stety, niestety są w każdym chyba utworze. A tak raz na parę lat słucham z wielką przyjemnością twórczości Howlett'a i reszty. Skłaniam się również do opinii o wzroście formy w porównaniu do poprzednich dwóch albumów. Czuć i słychać w nowych kompozycjach ducha początku lat 90 ale teraz z większą mocą i głębią(chyba to zasługa dużo lepszych sprzętów, na których teraz tworzy się elektroniczną muzykę). Kawałki szczególnie działające na moje ucho to: Destroy za super stopę i denerwujące elektroniczne saksofony?, Beyond... za klimat Orbitalowski, Roadblox - esencja Prodigy, Medicine - no kto nie zwrócił uwagi na bliskowschodnie/żydowskie zapożyczenia. No i Invisible Sun niczym kompozycja od pana Reznora, bardzo przyjemna głęboka stopa i efekt sonaru/echa, jeden z lepszych utworów na lisiej płycie.

p.s. czy w Wild Frontier też słyszycie dokładnie ten sam rytm co w Breathe tyle, że nieco szybszy?

03.04.2015 20:16
👍
odpowiedz
ElvenArcher
31
Black Arrow

Krążek jest genialny. Nie rozumiem krytyki niektórych osób.

04.04.2015 18:33
odpowiedz
ElvenArcher
31
Black Arrow

Krążek zbiera przeciętne recenzje w polskich serwisach (np. ostatnio w... Magazynie Gitarzysta :D), a nieco lepsze w zachodnich mediach. Ja sobie dla porównania ostatnio przypomniałem MFTJD. Nie odczuwam wielkiej różnicy jakościowej. Brzmienie nowego krążka jest lepsze, co oczywiste, a MFTJD zawiera więcej ciekawszych pomysłów. W każdym razie TDIME postawiłbym niedaleko tego materiału. Z każdym przesłuchaniem odkrywam coś nowego, ostatnio porwał mnie Roadblox, a Wild Frontier to już od jakiegoś czasu potężny hicior. Mój wpis nie jest przez nikogo sponsorowany, po prostu uważam, że The Prodigy nagrali zajebisty materiał, a nie słucham tego składu od wczoraj.

07.04.2015 13:36
odpowiedz
sekret_mnicha
191
fsm

GRYOnline.plTeam

Jak napisał Łucznik powyżej. Słucham, cieszę się, również uważam TDIME jako rzecz bliską jakościowo i energetycznie do Jilted Generation. I mimo tego, że do Roadblox jeszcze się nie przekonałem, to i tak jest bomba (imprezowa).

08.04.2015 23:33
odpowiedz
charmandre
1
Junior

Słucham tego zespołu od 5roku życia, bo gdy moje dużo starsze rodzeństwo zachwycało się FoTL, to siłą rzeczy bawiłem się klockami do Breath czy Firestarter xD Słucham wszystkich albumów i nigdy nie mogę zrozumieć dlaczego ludzie nie lubią AONO. Przecież Girls, You'll be under my wheels, Spitfire, Hotride, Medusa, Memphis Bells, Action Radar, The way It Is to zajebiste kawałki (większość albumu), a reszta też jest nawet ok.
Co do nowego albumu to wypada zajebiście. WF, Medicine, Nasty, Roadblox, Rhythm bomb i tytułówka chyba najlepsze. Jak dla mnie bije się teraz o trzecie miejsce na podium albumów z Experience. Chociaż robienie takich rankingów to głupota, bo każdy album jest unikatowy i ma w sobie coś, przez co chce się do niego wracać przez lata. To właśnie fenomen tego zespołu :)

17.04.2015 14:59
odpowiedz
Amiga4ever
81
Konsul

Ja również od małego obcowałem z The Prodigy wszak to mój ulubiony zespół :) TDIME jest genialne. Najbardziej mi jednak podeszła pierwsza połowa. Utwór Medicine najmniej mnie przekonał, zaś tytułowy kawałek, Destroy, Ibiza, Beyond the dwathray i Wild Frontier to petardy :) w maju lecę na ich koncert..
Pozdrawiam prawdziwych fanów.

17.04.2015 15:09
odpowiedz
nagytow
146
Firestarter

Poczatkowo wiekszosc utworow nie robilo na mnie wrazenia, ale im wiecej slucham, tym bardziej lubie. Dalej uwazam, ze Nasty jest zwyczajnie slabe, a Wild Frontier i Medicine to moje dwa najlepsze kawalki (Medicine za totalnie inny styl). Jak na razie nie stawiam go na rowni MftJG i TFotL (i pewnie tak sie nie stanie, nostalgia and stuff), ale jest bardzo dobrze.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze