Prodigy - The Fat of the Land. 20 lat minęło... - fsm - 2 sierpnia 2017

Prodigy - The Fat of the Land. 20 lat minęło...

30 czerwca 1997 roku na muzycznym rynku pojawiło się dzieło, które zatrzęsło posadami tego, co wówczas było znane jako muzyka popularna. Album The Fat of the Land grupy The Prodigy (na potrzeby tego wydania nazwa zgubiła "the") stał dosyć daleko od gatunków, z którymi kojarzono tę markę. Big beat? Rave? Techno? Jasne, to tam było, gdzieś w środku, ale to organiczność żywych instrumentów i gościnne występy sprawiły, że ta płyta to coś dużo większego i lepszego, niż mogło się wydawać. Prawdziwa elektroniczna alternatywa!

W połowie lat 90-tych mainstreamowy rock pomału dogorywał. Grunge się wyczerpał, a nowa fala ciężkiego grania, z nu-metalem na czele, dopiero raczkowała. Rynek potrzebował czegoś nowego, atrakcyjnego, co zbudowałoby pomost między muzycznym podziemiem a szczytami list przebojów. W 1992 roku parkiety dostały świetne Experience, za pomocą którego Liam Howlett czarował fanów rave i jungle. W 1994 roku Music for the Jilted Generation dodało jeszcze tłustsze rytmy okraszone okazjonalną gitarą. Ewolucja osiągnęła szczyt w 1997 roku - wtedy zadebiutowało dzieło niemal kompletne, muzyczne ciasto wyrastające z najlepszych składników, będące więcej niż tylko sumą części składowych.

The Fat of the Land to jeden z ważniejszych współczesnych rozrywkowych albumów i jedna z "moich" najlepszych płyt w historii (zajrzyjcie na listę top 10). Miniona rocznica dwudziestolecia to doskonały moment by wspomnieć o tym wydawnictwie, które nadal brzmi zaskakująco świeżo.

Do dzisiaj najlepsza płyta The Prodigy to 10 kompozycji, które odważnie łączyły sample z całego muzycznego spektrum i generowały nową jakość. Jakość nieoczywistą, przekraczającą standardy typowych hitów z list przebojów, szczególnie jeśli spojrzy się na wykonawców okupujących czołowe pozycje najpopularniejszych singli w tamtym czasie: Celine Dion, Puff Daddy, Aqua, Hanson, R Kelly, Spice Girls... Gdzie tu miejsce dla takich odszczepieńców? Widzieliście, jak Keith Flint wygląda w teledysku do Breathe? Widzieliście. Jasne, że widzieliście. I chyba to też był jeden z powodów sukcesu. Odpychający, ale pociągający dzicy faceci i ich dzika muzyka.

Pierwszym singlem z TFOTL był Firestarter, który zadebiutował niemal półtora roku przed premierą albumu. Efekt? Pierwsze miejsce wśród brytyjskich singli pod koniec marca 1996. W listopadzie zaatakował Breathe z podobnym efektem (szczyt listy). Już po debiucie albumu promocji doczekał się utwór Smack My Bitch Up (tym razem bez pierwszego miejsca w UK), a wszystkie te 3 numery to absolutne hiciory, w idealny sposób łączące zapotrzebowanie na dynamiczne, dyskotekowe kompozycje, przy których dobrze będą się bawić zarówno fani muzyki tanecznej, jak i cięższych brzmień. Dodatkowy bonus - kontrowersyjny teledysk do Smack My Bitch Up w czasach "internetu na telefon" był doskonałą okazją, by obejrzeć dorosłą imprezę z nagimi biustami. Ja w 1997 roku miałem 13 lat, a Wy? :)

Pozostałe 7 piosenek to godny zestaw - Kool Keith zapewnia gościnny rap na mocarnym Diesel Power, Maxim czaruje na świetnym Mindfields (kariera tego utworu została dodatkowo podkręcona mieszczeniem na ścieżce dźwiękowej do pierwszego Matriksa), a pędzący Serial Thrilla może pochwalić się riffem pożyczonym z młodszego o dwa lata utworu Selling Jesus grupy Skunk Anansie. Na TFOTL mamy jeszcze występ pani z niegdyś prawie popularnego zespołu Republica (utwór Fuel My Fire, który jest coverem piosenki grupy L7 - dowiedziałem się o tym dopiero pisząc ten tekst), solidne Funky Shit ("oh my god, that's the funky shit" pochodzi z utworu Beastie Boys i podobno kosztowało wytwórnię XL Recordings równe 3000 funtów) i jedyny średni kawałek, jakim jest Climbatize. Szczytem szczytów zaś jest dla mnie Narayan - tak brzmi progresywna muzyka w wydaniu elektronicznym. Cudowne, transowe, długie i z jeszcze jednym istotnym gościnnym występem - wokalistą zespołu Kula Shaker.

The Fat of the Land sprzedało się w ponad 10 milionach egzemplarzy na całym świecie, było też najszybciej sprzedającym się albumem grupy w ojczyźnie (ponad 316 tysięcy egzemplarzy w pierwszym tygodniu - dla porównania ostatni album, The Day is My Enemy, również hit i pierwsze miejsce w UK, osiągnął sprzedaż 45300 egzemplarzy w ciągu pierwszych 7 dni). The Fat of the Land to fabryka hitów i "rozszerzacz" muzycznych horyzontów dla wszystkich łaknących nowych rzeczy. Jeśli jakiś cudem słuchacie tej płyty po raz pierwszy, na pewno nie jesteście w stanie powiedzieć, że brzmi staro. A teraz wyobraźcie sobie, jak dobrze musiało to brzmieć 20 lat temu. Rewelacyjny album bez dwóch zdań i prawdziwa szkoła łączenia sampli - niech poniższy tutorial budowania Smack My Bitch Up posłuży za przykład.

fsm
2 sierpnia 2017 - 11:25

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze
02.08.2017 12:14
U.V. Impaler
155
Hurt me plenty

Gust to zabawna rzecz, bo Climbatize to dla mnie najlepszy numer z tej płyty :)

02.08.2017 12:22
odpowiedz
aope
112
Corporate Occult

UVI - piąteczka :]

02.08.2017 12:25
odpowiedz
2 odpowiedzi
Yoghurt
55
Legend

Po pierwsze - tak staro nie poczułem się chyba nigdy.

Po drugie - Aż bym chciał sobie teraz włączyć piracki sygnał niemieckiej Vivy, gdzie Mola Adebisi zapowiedziałby Firestarter po raz osiemnasty w ciągu ostatniego kwadransa.

Po trzecie - moje dziecko dostanie w spadku oryginalną kasetę z krabem, jeden z moich największych skarbów, już ja o to zadbam.

02.08.2017 12:26
Matt
177
I Am The Night

Hmm... kilka lat temu powywalałem wszystkie kasety VHS, ale te magnetofonowe chyba jeszcze mam, wsrod nich takze TFotL ....ale czy z hologramem? ;)

02.08.2017 20:32
pabloNR
37
Pretorianin

Sam kiedyś miałem oryginalną kasetę magnetofonową, ale Bóg jeden raczy wiedzieć gdzie ją zapodziałem? Szkoda, byłaby fajna pamiątka. Eh, człowiek był młody i głupi.

02.08.2017 12:47
odpowiedz
sekret_mnicha
175
fsm

Mam przepraszać, że poczuliście się staro przez mnie? :) Widać, kto komentuje. Wszyscy zasłużeni! Ja niestety oryginalną, zahologramowaną, kasetę TFOTL zapodziałem gdzieś w tzw. międzyczasie. A co do jakości Climbatize - jego "średniość" w moim odczuciu wynika głównie z tego, że otoczony jest takimi petardami, że po prostu najmniej mnie rajcuje z całego albumu. Ale i tak jest dobry. Jak i cała płyta.

02.08.2017 20:31
odpowiedz
pabloNR
37
Pretorianin

O cholera, ale żeście mi tera zafundowali mały powrót do przeszłości. W 1997 miałem 10 lat, mój kuzyn (już niestety nieżyjący, zginął tragicznie), wielki fan muzyki dał mi do posłuchania tego albumu. Teledyski z tej płyty były wówczas niemal czymś zakazanym, jakimś tabu :D szokującym, a jednocześnie elektryzującym. Dość powiedzieć, że dziś takiej muzyki raczej nie słucham, ale TFOTL nadal słucha się znakomicie i od czasu do czasu sobie go zapodaję, tak dla przyjemności.

post wyedytowany przez pabloNR 2017-08-02 20:31:32
02.08.2017 21:15
odpowiedz
Eu Humano
6
Pretorianin

Płyta #Legend, miałem ją jeszcze zanim wiedziałem, co to jest muzyka. Breathe absolutne mistrzostwo. Swoją drogą zauważone przeze mnie w 30Ton... wyobrażacie sobie?

https://www.youtube.com/watch?v=rmHDhAohJlQ

Idę słuchać. Jebać Pendulum.

07.08.2017 18:57
odpowiedz
zvr
55
Pretorianin

To już 20 lat? To cholerstwo się chyba nigdy nie zestarzeje.

07.08.2017 20:37
odpowiedz
NoBraiN
129
Konsul

Mam na CD!!!

Płyta ponadczasowa. Świetnie słuchało się tego 20 lat temu i świetnie słucha się teraz. Pamiętam, że miałem fazę na Narayan. W sumie, każdy z utworów miał swój moment ;)

W sumie ta płyta to pewnego rodzaju brzemię dla The Prodigy, wybitne wydawnictwo, które było/jest odniesieniem do ich całej twórczości.

post wyedytowany przez NoBraiN 2017-08-07 20:47:54
07.08.2017 21:35
odpowiedz
sekret_mnicha
175
fsm

Cieszy mnie odzew. Gratuluję gustu :)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie komentarze