Gra z jajem ale bez jaj - recenzja Toki Tori - guy_fawkes - 14 sierpnia 2013

Gra z jajem, ale bez jaj - recenzja Toki Tori

Nintendo Wii ma opinię konsoli dla casuali, na której próżno szukać produkcji dla hardkorowców, zaś sprzedaż napędziły jej kontroler ruchowy oraz paczka gier z nim związanych. Jest w tym sporo prawdy, aczkolwiek familijna otoczka czasem bywa tylko kamuflażem dla pełnej wyzwań treści. Mniej więcej tak mają się sprawy z Toki Tori: na pierwszy rzut oka to śliczna platformówka z urokliwą muzyką i słodkim pisklakiem w roli głównej, lecz wystarczy nieco przy niej posiedzieć, by dostrzec prawdziwe intelektualne piekło ukryte między wierszami.

SŁODKA OPOWIEŚĆ Z CREEPY ENDEM
Jajko, z którego wykluł się rezolutny protagonista, zniesiono lata temu, w czasach GameBoya Color, wzorując się na Eggbercie. Na handheldzie Nintendo Toki Tori imponowało oprawą graficzną, dobra muzyką, a przede wszystkim zagadkami. Kilka lat temu pojawiła się współczesna wersja na Wii, a potem dała przerzuty na smartfony, w końcu lądując na PC. Pomimo wędrówki po rozmaitych platformach, Toki Tori nie straciło nic ze swojego charakteru – nadal rzuca rękawicę szarym komórkom. Nieco zmodyfikowano „fabułę”, a raczej scenkę po sprostaniu ostatniej zagadce – jest mocno zaskakująca, powiedziałbym nawet, że na swój sposób… chora. Autorzy ewidentnie puszczają w niej oko do gracza, śmiejąc się z całej misji pisklaka, ale moim zdaniem delikatnie przesadzili. Dorosły odbiorca weźmie to za żart, natomiast dziecko może się złapać za głowę. Z drugiej strony nie takie rzeczy przechodziły w Disneyowskich kreskówkach…

To dopiero początek. Nic nie zwiastuje nadchodzącego horroru...

MORDOR BEZ PRZEMOCY
Szczerze mówiąc jednak wątpię, by latorośle podołały szalonemu poziomowi trudności ostatnich plansz – i mam tutaj na myśli normalne, bo poza nimi są jeszcze wyzwania „hard” dla każdej z czterech podstawowych lokacji oraz bonusowe, co razem daje ponad 80 układów do zaliczenia. Ich odfajkowanie wymaga zebrania wszystkich obecnych na mapie jaj – na początku jest to proste, ale wierzcie mi, to tylko rozgrzewka. Gameplay zbudowano na fundamencie dostępnej w poszczególnych wyzwaniach określonej ilości konkretnych gadżetów, która musi wystarczyć do osiągnięcia sukcesu. Startujemy od mostków, pomocnych w łączeniu oddalonych platform – kurczak nie potrafi bowiem skakać, nie da się nim również manewrować podczas swobodnego opadania, co wymusza konstruowanie schodków i wspomnianych przejść. Dalej gra zapoznaje odbiorcę z teleportem, przenoszącym bohatera na niewielki dystans. Swoją drogą to trochę absurdalne, że ptaszyna niezbyt dobrze opanowała sztukę samodzielnego poruszania się, ale za to dysponuje takimi zabawkami, choć oczywiście nie uznaję tego za wadę. Następnie mamy karabin zamieniający wrogie zwierzaki w kostki lodu – służy nie tyle do samoobrony (aczkolwiek bez niego każde zetknięcie z nimi kończy się źle), co… stworzenia prowizorycznej kładki. Poza tym istnieją jeszcze m.in. pułapki na duchy i możliwość dryfowania w bańkach. Akurat te dwa ficzery są właściwe konkretnym lokacjom – nawiedzonemu zamkowi i rafie koralowej.

... w którym najtrudniejsze levele przechodzi się z duszą na ramieniu

POZORY MYLĄ
Wnioski nasuwają się zatem same: wszystkie mechanizmy podporządkowano zbudowaniu sobie takiej ścieżki przez dany level (niestety z reguły jedynej, słusznej, przewidzianej przez twórców), by zebrać komplet jajek nie blokując się nigdzie po drodze, o co diabelnie łatwo. Pierwsze oznaki sakramencko trudnych łamigłówek pojawiają się w trzecim świecie – kanałach, gdzie poziomy zaczynają się poważnie rozrastać, co wymusza układanie coraz bardziej skomplikowanych planów. Czasem któryś z gadżetów jest nielimitowany, lecz przeważnie trzeba sobie radzić przy pomocy ściśle ograniczonych środków. Na szczęście w sukurs przychodzi wprowadzona w pecetowej konwersji możliwość dowolnego cofania czasu, skracająca cierpienia. Bez niej resetowanie każdego levela po źle ustawionym klocku szybko doprowadziłoby co wrażliwsze osoby do szewskiej pasji - i nie mam tutaj na myśli robienia butów. Generalnie projektantom należą się ogromne brawa: każda lokacja rządzi się swoimi prawami, np. w wodzie zamrożeni przeciwnicy unoszą się do góry, a zamkowe duchy odpowiednio pokierowane utorują drogę do jajek. Pokonywanie kolejnych etapów opiera się na główkowaniu, choć niekiedy zdarzy się moment wymagający szczególnej zręczności, by jakoś zmieścić pisklaka w ciasnej luce pomiędzy dwoma jeżozwierzami i nie dać się zabić. Trudy zaś wynagradza zarówno ogromna satysfakcja płynąca z wykombinowania rozwiązania, jak również urokliwa, śliczna grafika i przyjemna muzyka. W momentach szczególnego lasowania mózgownicy oprawa powinna się zmieniać niczym w Giana Sisters, bo pod tymi słodkimi piórkami ewidentnie tkwi diabeł.

Jeszcze trochę i będzie kurka wodna

STILL ALIVE
W porównaniu do oryginalnej wersji z Wii nie zmieniło się praktycznie nic we wspólnych poziomach – czasem tylko jakiś drobiazg, aczkolwiek wymuszający opracowanie innego sposobu na przejście levelu. Poza czterema oryginalnymi lokacjami jest jeszcze dodatkowa, związana z kampanią reklamową Portala 2. To raptem kilka plansz, ale za to okraszonych zabawnymi odwołaniami do dzieła Valve. Do szczęścia zabrakło mi tylko zastąpienia jajek Kostkami Towarzyszącymi i zwierzaków wieżyczkami, ale i bez tego trudno się było nie domyślić, że GlaDOS szykuje wielki powrót. Summa summarum miło, że developerzy z Two Tribes nie usunęli tych poziomów po zakończeniu eventu, w który było zaangażowanych sporo innych gier niezależnych. Poza tym gracze nadal głodni wyzwań mogą tworzyć własne korzystając z edytora, choć mogącego odstraszyć laików – nie jest bowiem narzędziem in-game’owym, tylko klasyczną aplikacją. Na domiar tego nie obsługuje Steamowego Warsztatu, pozwalającego na dzielenie się własnymi pomysłami ze społecznością, lecz tutaj wypada nadmienić, że gra jest starsza, niż ta usługa, więc to raczej zrozumiałe. Koniec końców jesteśmy też po premierze sequela, naprawiającego te dyskusyjne niedogodności.

Portalowy level z Kostkami Oziębiającymi

GRA Z JAJEM, ALE BEZ JAJ
Na pomaganiu małemu kurczakowi spędziłem ponad 10h. Nie obrosłem w piórka, jaj innego rodzaju niż te do zebrania także nie uświadczyłem. Ogólnie Toki Tori to niezwykle kompetentna platformówka stawiająca na logiczne myślenie, jakkolwiek teleportujący się pisklak by temu nie przeczył. Polecam.

Jeśli ktoś ma ochotę śledzić mnie na Twitterze, zapraszam tutaj: https://twitter.com/guy_fawkes_gt

Zapraszam również do mojej strony na FB, gdzie zamieszczam wszystkie linki do publikowanych przeze mnie treści i ciekawostki: http://www.facebook.com/GuyFawkes88

guy_fawkes
14 sierpnia 2013 - 01:04

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
14.08.2013 17:49
Sasori666
Sasori666
133
Korneliusz

Delma: The Video Game

15.08.2013 12:03
create
odpowiedz
create
14
Chorąży

A gdzie Dizzy?

16.08.2013 12:33
guy_fawkes
😊
odpowiedz
guy_fawkes
24
Pretorianin

@ Sasori666: Do tego tytułu bardziej pasuje Castle Story. :)
@ create: Dizzy to faktycznie dobre porównanie, aczkolwiek znacznie bardziej pasujące do Toki Tori 2, niż pierwszej części - sequel nie ma bowiem zamkniętej struktury poziomów w formie pojedynczych wyzwań, tylko oferują ciągłą wędrówkę przez świat gry.