Tydzień Led Zeppelin #2. Krótka historia gigantów rocka. - Bartek Pacuła - 4 czerwca 2014

Tydzień Led Zeppelin #2. Krótka historia gigantów rocka.

Tydzień Led Zeppelin to moja mini-akcja na Gameplay’u. O co w niej chodzi? W tym tygodniu do sklepów trafiły remastery pierwszych trzech albumów legendarnych ZeppelinówI, II oraz III. Z tej okazji przygotowałem pięć (sześć z tekstem wstępnym) artykułów o tym zespole. Zapraszam na drugi wpis z tej serii, w którym przybliżam (w skrócie oczywiście) historię gigantów rocka, którym udało się zmienić oblicze tego nurtu muzycznego i w pewnych aspektach zdetronizować samych Beatlesów.

Historię Led Zeppelin powinno zacząć się opowiadać właściwie od roku 1966. To właśnie wtedy do grupy The Yardbirds, która łączyła w sobie granie bluesowe i rockowe, dołączył młodziutki basista Jimmy Page. Muzyk ten szybko przerzucił się jednak na granie na gitarze elektrycznej, nie pomogło to jednak samej grupie, która w tym samym roku utraciła swojego najważniejszego członka – Jeffa Becka.  The Yardbirds upadli dwa lata później, w roku 1968, mając jednak pewne zobowiązania koncertowe Page ruszył z niekompletnym składem do Skandynawii, by spełnić wszystkie obietnice jakie zespół złożył. W tym czasie dogorywające Yardbirds tworzyło dwóch ludzi – Jimmy Page oraz Chris Dreja. Gitarzysta zaczął więc szukać wokalisty oraz perkusisty, co bardzo szybko mu się udało. Na jego drodze stanął bowiem utalentowany Robert Plant, członek Band of Joy, który jednocześnie polecił mu „swojego” perkusistę Johna Bonhama. W międzyczasie Chris Dreja się wykruszył, a na wolny wakat basisty wskoczył, za namową żony, John Paul Jones. Przed wyjazdem na mroźną Północ  grupa zdążyła zmienić jeszcze nazwę (na The New Yardbirds), a także znaleźć menedżera, którym został Peter Grant. Zespół zaliczył bardzo udaną trasę, a po powrocie do domu zabrał się za nagrywanie debiutanckiego krążka. Z powodów prawnych trzeba było jednak zmienić nazwę, a w wyniku wypowiedzi członków The Who oraz zabiegów Petera Granta i Page’a powstała nazwa, którą znamy do dziś, czyli Led Zeppelin (Ołowiany Sterowiec). Została ona przyjęta w październiku 1968 roku. W tym samym miesiącu Grant po raz pierwszy jako menedżer Zeppelinów pokazał swój prawdziwy geniusz i wynegocjował z wytwórnią Atlantic Records 200 tys. dolarów zaliczki, co było wówczas rekordową sumą daną debiutanckiej grupie.  Szybko okazało się jednak, że ta suma szybko się zwróci – grupa zaczęła bowiem zyskiwać szaloną popularność w USA, gdzie koncert po koncercie zjednywała sobie co raz więcej i więcej ludzi. Chociaż Led Zeppelin, póki co, występował najczęściej jako suport innych, większych zespołów, to niejednokrotnie udawało mu się całkowicie przyćmić headlinerów (i to nie byle jakich, bo mowa tu np. o Iron Butterfly czy Vanilla Fudge, które w latach 60. cieszyły się sporą popularnością). Na porządku dziennym były sytuacje, w których ludzie po koncercie Zeppelinów opuszczali miejsce koncertu, nie czekając nawet na to, co miała zaserwować gwiazda wieczoru. Nie dość, że Ledzi dawali prawdziwego czadu, to jeszcze swoimi występami zmieniali formułę koncertów. W latach 50. (Elvis) oraz 60. muzycy zajmujący się ostrzejszymi brzmieniami grali nie dłużej, niż… 30 minut. Page i spółka zaczęli dawać koncerty trwające czasami pięć razy tyle, co nie pozostało niezauważone przez inne zespoły, które śladem Zeppelinów zaczęły podążać. Na przeciwległym biegunie stały jednak koncerty, które zespół dał w swoim rodzimym kraju, czyli Wielkiej Brytanii. Powiedzieć, ze grupa została przyjęta co najmniej chłodno, to nie powiedzieć nic. Atmosferę wokół zespołu, jaka panowała na Wyspach świetnie podsumowują rozgoryczone wypowiedzi Page’a i Planta, którym zdarzyło się swoich rodaków porównywać do owiec.

Ta płyta zepchnęła z 1. miejsca Abbey Road Beatlesów, symbolicznie kończąc epokę ich niepodzielnego panowania.
Zeppelinowskie opus magnum, czyli Led Zeppelin IV.

W roku 1969, przez wielu uważany za najbardziej przełomowy w historii grupy, zespół nadal zdobywał świat koncertami, a także wydał swoje dwa pierwsze albumy zatytułowane po prostu Led Zeppelin I oraz Led Zeppelin II. Oba były potężnymi trzęsieniami ziemi w świecie rocka, II udało się nawet zepchnąć z 1. miejsca list sprzedaży album rozpadających się Beatlesów Abbey Road, co stanowiło symboliczne i dość wymowne przejęcie korony królów rocka. Rok później zespół zawiesił na chwile koncertowanie i skupił się na nagrywaniu kolejnego albumu, czego efektem jest trzeci doskonały krążek w dorobku grupy, czyli Led Zeppelin III. Chociaż komercyjnie rzecz biorąc album ten okazał się ogromnym sukcesem, to artystycznie już nie do końca – recenzenci i publika w większości przypadków nie potrafili docenić trochę innego oblicza grupy, przez co III nie dostała tak wysokich ocen, na jakie zasługiwał. Dlatego też przy nagrywaniu kolejnego albumu (Led Zeppelin IV) na okładce nie będzie żadnego tytułu oraz nazwy zespołu, co miało ich chronić przed ewentualną niesłuszną krytyką ze strony recenzentów. IV ukazała się w listopadzie 1971 roku i była to płyta, która artystycznie zmiotła swoją konkurencję. Genialne utwory (Black Dog) mieszały się z kawałkami arcygenialnymi (Stairway to Heaven), a zespół bez wątpienia sięgnął samych wyżyn swoich artystycznych możliwości.  To właśnie od premiery IV o Zeppelinach czaczęto pisać „giganci” czy „bogowie” – i są to pochlebstwa zupełnie zasłużone. Po premierze tego krążka Ledzi byli największym zespołem rockowym na świecie, zostali chodzącymi legendami, które od tej pory mogły zrobić wszystko i nie przejmować się krytykami. Dlatego też następne krążki Ledów mają już „pełnoprawne” tytuły. Chociaż zarówno Houses of the Holy, jak i Physical Graffiti nie zbliżyły się nawet do komercyjnego czy artystycznego sukcesu IV, to były to wciąż rzecz znakomite, pokazujące, że szał na Zeppelinów nie był przypadkowy. Lecz chociaż na zewnątrz statek zwany Led Zeppelin prezentował się majestatycznie i potężnie, to w środku powoli gnił, grożąc rozpadem w każdym momencie. Muzycy byli totalnie wyczerpani kolejnymi trasami koncertowymi, ich życie prywatne de facto było ruiną, a John Paul Jones postanowił odejść z zespołu. Peter Grant przekonał go jednak do pozostania, a grupa znacznie ograniczyła liczbę swoich występów, częściej odpoczywając i udając się na (w pełni zasłużone) wakacje.

W roku 1975 Robert Plant wraz z żoną miał wypadek samochodowy, zespół więc nie mógł jeździć w kolejne trasy. Efektem tej przymusowej przerwy był jednak kolejny krążek Zeppelinów, zatytułowany Presence, który został wydany w marcu 1976 roku. I temu dziełu nie można odmówić wysokiej jakości, chociaż jasnym już było, że to na swoich pierwszych czterech albumach Ledzi osiągnęli swe artystyczne wyżyny możliwości. Trwająca wciąż rekonwalescencja Planta była dość długa, dlatego czas ten postanowiono wykorzystać na produkcję filmu The Song Remains the Same, którego soundtrackiem (wydanym pod tym samym tytułem) miał być zapis koncertów, które grupa dała w Nowym Jorku w 1973 roku. Dwa lata po wydaniu tego krążka i po setce kolejnych koncertów (czyli w roku 1978) Ledzi udali się do Szwecji, by nagrać swój następny, i ostatni jak się później okazało, krążek, czyli In Through the Out Door. Według relacji Johna Paula Jonesa wszyscy muzycy, prócz niego, byli non-stop całkowicie zalani, co niestety odbiło się na jakości tego krążka, który stał się pierwszym albumem sygnowanym nazwą Led Zeppelin, którego jakość była, będąc niezłośliwym, mocno dyskusyjna. Muzycy w tym czasie wypijali niebotyczne ilości alkoholu, a największą cenę za taki styl życia zapłacił perkusista Bonham, który we wrześniu 1980 roku zmarł po wypiciu kilku litrów (!) wódki. Tak też zakończy się tryumfalny pochód Ołowianego Sterowca, który tym razem okazał się za ciężki, by wznieść się po raz kolejny. W następnych latach zespół co prawda pojawiał się na kilku koncertach (np. w 1985 roku na totalnie nieudanym występie z okazji wydarzenia nazwanego Live Aid), jednak panowie już nigdy nie weszli do studia, by nagrać coś nowego. Zamiast tego zaczęli rozwijać swoje solowe projekty, a także dbać o spuściznę Led Zeppelin, wydając kolejne remastery, wznowienia i kolekcjonerskie boksy, z których warto wymienić Mothership czy wydane w 1990 roku pudło Led Zeppelin Box. W 2007 roku Ledzi wystąpili po raz ostatni, dając historyczny koncert w londyńskiej O2 Arenie. Chęć kupienia biletów wyraziło ponad 25 milionów (!) osób, wśród których rozlosowanych zostało 20 tys. biletów. W 2012 roku do sklepów na całym świecie trafiło kolejne wydawnictwo koncertowe Zeppelinów, zatytułowane Led Zeppelin: Celebration Day. Ostatnim rozdziałem w historii tej legendarnej grupy jest rok 2014 i wydanie remasterów trzech pierwszych albumów, wraz z wydaniem różnych niepublikowanych dotychczas kawałków.  Słyszy się także ciągle o możliwej reaktywacji koncertowej Zeppelinów, jednak Robert Plant konsekwentnie mówi „nie”, co zapewne jest jego ostatnim słowem w tej sprawie.

Ostatnie "normalne" wydawnictwo Zeppelinów, czyli zapis koncertu z londyńskiej O2 Areny z 2007 roku.

Led Zeppelin to zespół, który zmienił oblicze nie tylko samego rocka, ale i popkultury w ogóle. To pod wpływem grania Planta i reszty swój styl grania zmieniali m.in. Deep Pruple czy Black Sabbath, to przez rozbuchane koncerty pod przewodnictwem Page’a inne zespoły musiały grać dłużej, mocniej, lepiej. Zespół ten jest jednym z najważniejszych zespołów w historii rocka i metalu i z powodzeniem może konkurować o miano najlepszego ze wszystkimi. A czy jest najlepszy? Tą ocenę pozostawiam już do indywidualnego rozpatrzenia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie jednak kwestionował wielkości Zeppelinów. To byli i są prawdziwi giganci rocka, a my mamy zaszczyt żyć w czasach, w których oni żyją.

To streszczenie kariery Ledów powstało dzięki pomocy trzech źródeł – Led Zeppelin Po całości, czyli wydawnictwa od pisma Teraz Rock, książki Kiedy giganci chodzili po ziemi oraz zasłużonej Wikipedii

Edycja kolekcjonerska II.

PS. Jutro na moim facebookowym fanpage’u ruszy konkurs, w którym do wygrania będzie jedna koszulka Led Zeppelin. Warto zalajkować, warto śledzić, bo koszulki są naprawdę fajne, wysokiej jakości i kolekcjonerskie.

PS2. Już jutro na łamach Gameplay’a ukaże się kolejny artykuł z serii Tydzień Led Zeppelin. Będzie to recenzja wspomnianego w tekście wydawnictwa Celebartion Day.

Bartek Pacuła
4 czerwca 2014 - 11:20

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
04.06.2014 22:24
Ukito
9
Legionista

Fajny tekst. Szkoda, że tak krótko i dość ogólnie, ale tak czy siak dobra robota. Nie zgodzę się tylko ze stwierdzeniem, że album "In through the outdoor" był kiepski. Może nie było to dzieło przełomowe jak ich poprzednie albumy, ale jednak w moim odczuciu w żaden sposób im nie ustępował. Co prawda nie wszystkie utwory miały "moc", ale były bardzo zróżnicowane(nawet bardziej niż zawsze) co się chwali. Dodatkowo na krążku znalazł się jeden z lepszych i najbardziej uczuciowych utworów jakie stworzyli czyli "All my love". Przy okazji taka mała ciekawostka: album miał aż 6 różnych wersji okładek z których każda miała po dwa zdjęcia(z przodu i z tyłu albumu) tej samej sceny w barze. Oczywiście album był tak zapakowany że kupujący nie wiedział jaką wersje dostanie. Dodatkowo zdjęcia po przemyciu wodą z czarnobiałych stawały się kolorowe. Gratka dla kolekcjonerów.

04.06.2014 23:19
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Dzięki za dobre słowa!

Co do długości tekstu - pisałem kiedy na Gameplay'u "Historię Pink Floyd". Miała ona osiem części, każda z nich była dłuższa od tego tekstu. Jednak to było potwornie czasochłonne, a także rozwalone na 16 tygodni - wpisy z tego cyklu pojawiały się co 14 dni. Ten tutaj miał być po prostu krótką historią dla mniej wtajemniczonych i miał na celu nakręcić nas wszystkich jeszcze bardziej na Ledów.

A co do tej płyty - mi się bardzo nie podoba, ale tego info z okładkami nie znałem - dzięki wielkie za tę ciekawostkę :)