Tydzień Led Zeppelin #3. Recenzja albumu koncertowego Celebration Day. - Bartek Pacuła - 6 czerwca 2014

Tydzień Led Zeppelin #3. Recenzja albumu koncertowego Celebration Day.

Chociaż premiera najnowszych remasterów pierwszych trzech albumów od Led Zeppelin jest jedną z największych premier od nich ostatnimi czasy, to w drugim dziesięcioleciu XXI wieku nie mamy na co narzekać. Wszystko za sprawą koncertowego albumu Celebration Day, który ujrzał światło dzienne pod koniec 2012 roku. Zapraszam na recenzję tego krążka, przygotowaną specjalnie z okazji mojej małej akcji na Gameplay’u nazwanej Tydzień Led Zeppelin.

Zespół Led Zeppelin jako prężna machina nagrywająca kolejne hitowe albumy i zwiedzająca świat dzięki ogromnym i rozbuchanym trasom koncertowym praktycznie przestała działaś po śmierci perkusisty grupy – Johna „Bonzo” Bonhama, który na początku lat 80. zapił się na śmierć. Od tej pory Ołowiany Sterowiec pojawiał się czasami na horyzoncie fanów hard rocka (albo po prostu – muzyki w ogóle), ale były to raczej krótkotrwałe manifestacje, niż faktyczne ponowne zaistnienie na rynku wydawniczym i koncertowym. Dlatego też fani Led Zeppelin byli naprawdę spragnieni, by ujrzeć swoich idoli raz jeszcze. Chociaż nikt nie myślał, że coś takiego się wydarzy, to nieoczekiwanie pojawiła się taka możliwość. Ogłoszono bowiem, że legendarni Zeppelini w maksymalnie oryginalnym składzie (czyli ze wszystkimi żyjącymi trzema członkami) wspomagani na perkusji przez syna Johna, Jasona Bonhama, dadzą koncert charytatywny w ramach Ahmet Ertegun Tribute Concert 10 grudnia 2007 roku na londyńskiej O2 Arenie. Cały świat ogarnął Zeppelinowski szał. Wszyscy zastanawiali się w jakiej formie będzie bóg-Page, jaki występ da John Paul Jones, czy Jasonowi godnie uda się zastąpić swojego ojca na „garach” i czy Robert Plant po operacji i mimo podeszłego wieku będzie nadal tym samym charyzmatycznym frontmanem porywającym całe tłumy. Dość chyba będzie powiedzieć, że chęć zakupu biletu na to wydarzenie wyraziło ponad 25 milionów ludzi, co w konfrontacji z niewielką (relatywnie, mowa tu przecież o 20 tys. wejściówek) biletów zakrawa nawet na żart. Koncert, wedle doniesień prasy branżowej, był fenomenalny – panowie ponoć pokazali klasę, moc, niebotyczne umiejętności i niebywałą, szczególnie jak na ich wiek, energię. Niestety te śmiałe słowa mogła zrewidować tylko „garstka” szczęśliwców, którym dane było obejrzeć ten występ. Taki stan rzeczy utrzymywał się jednak jedynie do końcówki roku 2012, kiedy to do sklepów na całym świecie trafiła płyta Led Zeppelin: Celebration Day, będąca zapisem audio/audio-video (w zależności od wersji) tego kultowego już wtedy koncertu. Ten album koncertowy wyszedł w kilku różnych edycjach: 2x CD, DVD, Blu-ray, LP, a także zmiksowanych kilku opcji, a każdy fan Led Zeppelin mógł w końcu sam ocenić (w pewnej tylko mierze, oczywiście) czy entuzjazm krytyków w 2007 roku był słuszny. Cóż… powiem tak – w żadnej mierze nie był on słuszny. Bo ten koncert nie był „tylko” wspaniały – on był po prostu genialny!

Gdy udałem się do sklepu, by nabyć swoją kopię Celebration Day nie wahałem się długo i od razu sięgnąłem po wydanie Blu-ray + CD, by móc cieszyć się maksymalnie dobrą jakością obrazu i dźwięku podczas oglądania tego wydarzenia na TV oraz by móc wracać do niego w formie muzyki odtwarzanej przy pomocy mojego źródła. Podczas tej recenzji, myślę, że wymaga to wyraźnego powiedzenia, baczniej i uważniej będę przyglądał się wersji audio-video – i to właśnie ona będzie stanowiła główny podmiot recenzji. Nie oznacza to, że nie wspomnę ani słowa o wersji CD, ale będzie to raczej dodatek, deser, niż danie główne. A to danie główne jest, wierzcie bądź nie, wystarczy samemu sprawdzić, bardzo sycące i szalenie satysfakcjonujące. Koncert, który panowie dali w 2007 roku bez wątpienia jest jednym z najlepszych, jeśli nawet nie najlepszym, występów jakie kiedykolwiek widziałem – i to zarówno w TV, jak i na żywo. Na dodatek został on znakomicie (powtórzę, bo jest to warte zaznaczenia: ZNA-KO-MI-CIE) zrealizowany, a także nagrany, przez co niesamowite wyczyny Page’a i spółki ogląda się i słucha jeszcze lepiej.

Cały występ zaczyna się w bardzo oczywisty, ale pożądany sposób – od kawałka otwierającego ich debiutancki album, czyli od Good Times, Bad Times. Już od pierwszych minut koncertu zaskakują dwie rzeczy – świetna jakość realizacji całego show oraz znakomita forma samych muzyków, którzy przecież nie należą już do młodzieży. Najlepiej „zakonserwował” się Jones, który wygląda na kilkanaście lat młodziej niż ma w rzeczywistości, porusza się po scenie pewny siebie i z wewnętrzną siłą, buduje wokół siebie respekt i zjednuje sobie publiczność (w tym mnie, to właśnie po Celebration Day zacząłem go dużo bardziej doceniać jako członka Led Zeppelin) swoimi niesamowitymi popisami, szczególnie na klawiszach, czego najlepszym przykładem jest fenomenalna wersja Trampled Under Foot.

Celebration Day to de facto jeden wielki album The Best Of, w którym Ledzi prezentują nowe, świeższe interpretacje utworów. Mamy więc, oprócz wspomnianych już kawałków, takie klasyki jak Black Dog, No Quarter, Since I’ve Been Loving You, Misty Mountain Hop, Whole Lotta Love czy Kashmir – wszystko zagrane w trochę inny sposób niż na płycie, w kilku przypadkach ciekawiej, w innych odrobinę gorzej, ale też w kilku po prostu lepiej. Dobrym przykładem piosenki, która wyszła lepiej niż w oryginale jest wspomniane już Trampled Under Foot, gdzie John Paul Jones czaruje widownię grą na klawiszach, a Plant daje wokalem niezłego czadu. Innym utworem, który wyszedł świetnie (chociaż tutaj wstrzymam się, dla swojego bezpieczeństwa, z osądem czy fajniej od oryginału) był klasyk klasyków, czyli Stairway to Heaven. Ledom nie zawsze ten utwór wychodził w wersji live, tutaj natomiast wyszedł im fantastycznie. Gitara Page’a brzmi odrobinę inaczej niż w oryginale, o wiele cieplej, przez co lepiej moim zdaniem pasuje do klimatu tego utworu. Przez cały koncert czuć ogromną moc w muzykach, świetny klimat „robi” też publika, która bardzo dobrze reaguje na to, co dzieje się na scenie, śpiewa, bije brawo i drze się (kiedy trzeba – to też ważne).

Książeczka.

Jak już wspomniałem show został znakomicie przeprowadzony, a ja mogłem to docenić, ponieważ Celebartion Day to wydawnictwo znakomicie nagrane – i to zarówno pod względem dźwiękowym, jak i obrazu. Muszę przyznać, że dawno nie oglądałem koncertu z taka przyjemnością, wszystko było jasne, klarowne, nie było żadnego pogłosu, który robi się w takich miejscach, uchwycono za to emocje, energię i power. Nieco gorzej pod tym względem wypada sam zapis audio na CD, któremu brakuje trochę pazura względem wersji BD, jest także odrobinę bardziej płaski i bezbarwny. W dalszym ciągu jest to jednak znakomita realizacja, która bije na głowę większość koncertówek tego typu. Dokładnie tak samo ten koncert zjada swoją konkurencję – i to bez specjalnego problemu. 10.12.2007 w londyńskiej hali O2 Arena muzycy Led Zeppelin dali nieziemski koncert, który stał na szalenie wysokim poziomie artystycznym, a na dodatek został znakomicie nagrany, dzięki czemu ogląda się to z niekłamaną przyjemnością. Polecam Celebration Day wszystkim – i fanom LZ, i fanom dobrego rocka. Nie zawiedziecie się, nawet jeśli wrodzona awersja do wydawnictw koncertowych gdzieś w Was drzemie. We mnie drzemie. A bawiłem cię przy tym przednio. I na pewno jeszcze będę.

Jak można było zaobserwować Celebration Day to świetnie wydana rzecz. Tutaj, na zdjęciu, z doborowym towarzystwem lamp.

PS. Jason Bonham udanie zastępuje swojego tatę. Co prawda widać, że nie dorównuje w niczym pozostałej trójce, ale odwala tam kawał dobrej roboty – i chwała mu za to!

PS2. Mój kolega, gdy kiedyś puściłem mu kilka utworów z Celebration Day z rok temu strasznie kręcił nosem, narzekał, że „niefajne”, że „gorsze”, że „inne”. Z miesiąc temu nagle, po zapoznaniu się z całością, zmienił zdanie, mówiąc, że koncert jest genialny. Warto więc dać tej płycie szansę, naprawdę warto.

Poprzednie wpisy z cyklu Tydzień Led Zeppelin:

Wpis inauguracyjny

Krótka historia gigantów rocka

Mój fanpage na FB Music to the People (warto tam być, bo konkursów tam co nie miara, obecnie przygotowuję konkurs, w którym będzie można wygrać jeszcze jedną koszulkę Ledów).

Na sam koniec jeszcze jedna sprawa – ruszam dziś z konkursem, w którym do wygrania będą dwie koszulki Led Zeppelin, wydane specjalnie na potrzeby premier remasterów. Co trzeba zrobić, żeby taki prezent otrzymać? Chciałbym, żeby chętni napisali w kilku zdaniach (5-12) swoją przygodę z muzyką Led Zeppelin. Może być śmiesznie, może być intrygująco, ciekawie czy przerażająco. Oceniać będę styl, pomysł, „jakość” historii, a także poprawność językową (nie będę stawiał ujemnych punktów za brak przecinka, nic z tych rzeczy, ale wypadałoby, żeby taka wypowiedź miała jakiekolwiek ręce i nogi). Konkurs rozpoczyna się z sekundą opublikowania tego wpisu i kończy w niedzielę o godzinie 20:00. Wszystkie wpisy konkursowe proszę umieszczać pod komentarzami, a jeśli ktoś ma niewymowną potrzebę, to może posłać swoją pracę na adres: [email protected]. Wszystkie (sensowne) historie zostaną przeze mnie użyte w niedzielnym, kończącym całą akcję, wpisie. Na marginesie dodam (na zachętę), że jeśli dostanę kilka naprawdę ciekawych prac, to nie ograniczę się tylko do nagrodzenia dwóch osób i będę myślał o innych, może nawet ciekawszych, nagrodach. Powodzenia!

Bartek Pacuła
6 czerwca 2014 - 09:20

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
07.06.2014 18:40
zcaalock
102
Pretorianin

Bardzo dobrze pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałem Zeppelinów. To było w lecie kilkanaście lat temu jak miałem jakieś 14 lat, jechałem samochodem jako pasażer, a z głośników leciała ich pierwsza płyta (właściwie to kaseta), a dokładnie How Many More Times. To była można powiedzieć miłość od pierwszego wejrzenia, strzał w dziesiątkę, nigdy wcześniej nie słyszałem muzyki, która by na mnie tak zadziałała. Może zawładną mną ten sławny piąty element zespołu. W każdym razie przez cały kawałek miałem banana na ustach, a jak Plant zaczął krzyczeć "gun" to autentycznie wybuchnąłem śmiechem, bo strasznie mi się wydał absurdalny ten krzyk. Jeszcze jeden moment na tej płycie, który można powiedzieć, że mnie wyjątkowo oczarował to wstęp do Your Time Is Gonna Come. Organy Hammonda z lekkim brzmieniem disortu przechodzące potem w łagodną melodię. Całą płyta to absolutne mistrzostwo świata.

Nigdy wcześnie nie miałem styczności z taką muzyką i od tego momentu całkiem zmieniła moje życie i wpłynęła na dorastanie. Gdyby wtedy zafascynowała mnie inna muzyka, hip hop czy coś w tym stylu to pewnie nigdy bym nie zapuścił długich włosów, nie poznałbym super ludzi z kręgu sympatyków rocka i nie spędziłbym 2 najbardziej radosnych i beztroskich lat w moim życiu w pubie gdzie gromadziła się cała rockowa scena z miasta. Teraz po kilkunastu latach wiem, że ten zespół ma też swoją ciemniejszą stronę i chociaż już nie słucham go z takim zapałem jak dawniej to cały czas mam w pamięci to jak wpłynął na na moje życie. To niesamowite, że muzyka ma taką moc, że jedna płyta potrafi zdefiniować to czego się słucha, jak się ubiera, z kim spotyka i gdzie się przebywa.

09.06.2014 10:12
odpowiedz
zanonimizowany669488
77
Generał

Nie zgodzę się z Tobą. Mam wersję BD i Cd tego koncertu. Wszystko niby było ok - stare, ukochane kawałki, niezłe wykonanie, ale brakowało chyba rzeczy najważniejszej - duszy. Jeśli nie wiadomo o co chodzi trzeba zobaczyć ich stare koncerty. Tam, byli zespołem, rozumieli się bez słów, każdy idealnie wpasowywał się i uzupełniał resztę. Śmiem powiedzieć, że tutaj tego zabrakło. Oglądając nagranie miałem wrażenie, że każdy gra dla siebie i nie było czuć pomiędzy nimi tej więzi, co kiedyś (co raczej zrozumiałe). Koncert zdecydowanie najspokojniejszy ze wszystkich ich wystąpień. Cóż, brak dragów ma też swoje minusy

09.06.2014 14:51
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Brak dragów albo ich wiek. Musisz pamiętać, że oni już w 2007 roku mieli swoje lata i jasnym było, że nie będą szaleć jak w latach 60. czy 70. :)