Tydzień Led Zeppelin #4. Danie główne czyli recenzja remasterów. - Bartek Pacuła - 6 czerwca 2014

Tydzień Led Zeppelin #4. Danie główne, czyli recenzja remasterów.

Tydzień Led Zeppelin to akcja, którą przeprowadzam na Gameplay’u z okazji premiery remasterów trzech pierwszych płyt ZeppelinówLed Zeppelin I, Led Zeppelin II oraz Led Zeppelin III. Zapraszam na kolejny wpis z tej serii – tym razem będzie to artykuł najważniejszy, ponieważ jest to recenzja sprawców całego zamieszania, czyli rzeczonych remasterów właśnie.

Remasterowanie to bardzo skomplikowane, czasochłonne i wymagające wielkich umiejętności przedsięwzięcie. Jest to także najczęściej rzecz bardzo niewdzięczna, szczególnie w wypadku płyt rockowych. Dlaczego? Z prostej przyczyny – rockmani, szczególnie ci z lat 60. i 70. średnio przywiązywali wagę do samej jakości nagrania, będąc najczęściej na haju/pijanymi. Z takim materiałem wyjściowym nagranym na taśmie-matce niewiele da się potem sensownego zrobić. Dlatego też trzeba pamiętać, przy ocenianiu remasterów, o kilku ważnych rzeczach, które taką recenzję uzasadnią i obronią ją przed ewentualną krytyką. Po pierwsze należy pamiętać, że jakości remasterów nie ocenia się w wartości bezwzględnej (właśnie z uwagi na fakt, że sam materiał wyjściowy mógł być daleki od ideału), ale względem wcześniejszego wydania/wydań. To raz. Dwa – porównywane płyty MUSZĄ zostać ze sobą sparowane na dokładnie tym samym systemie – wtedy, i tylko wtedy!, będziemy wiedzieli co zmienia się na samej płycie. Jeżeli ktoś jeden album wrzuca do jakiegoś przyzwoitego źródła, np. fajnego odtwarzacza CD, a np. remaster odpala na dość słabym iPodzie i sili się na wyciąganie wniosków i stawianie tez, to takie brednie należy wrzucić między bajki. Po trzecie – oceniając remastery należy uważać na poziom głośności. Przy pierwszym porównaniu powinien on być dokładnie taki sam – wtedy widzimy najlepiej co się zmienia (niektóre płyty wyjściowo są zrobione cichszymi). Dopiero przy następnych odsłuchach możemy zacząć bawić się z poziomem głośności i poznawać kolejne tajemnice danego wydania. I rzecz ostatnia, bardzo oczywista, ale też szalenie ważna – przy porównywaniu różnych wersji należy pamiętać o tym, żeby nie parować ze sobą różnych remasterów, gdy jeden mamy na CD, a drugi na LP. Longplay oferuje zupełnie inny dźwięk, także słuchanie płyt w taki sposób nie ma sensu. Można porównywać jakość muzyki z różnych nośników (LP, CD, pliki o wysokiej gęstości), ale wszystko to musi pozostać w ramach JEDNEGO remasteru. Właśnie do tych zasad się stosowałem porównując remastery. Za punkt odniesienia wybrałem remastery (UWAGA! Testowałem wersję CD) z 1994 roku wykonane, tak samo jak te najnowsze, przez Page’a. Dwa z nich miałem w wersji „zwykłej”, a jeden album, III, w wersji japońskiej. Mój system, na którym porównywałem nagrania, to referencyjny system używany przez redakcję High Fidelity (zobaczyć sobie można na dole np. TEJ strony). To co, gotowi? To zaczynamy!

Od razu, bez żadnych ceregieli, mącenia i robienia przydługawych wstępów mówię:  remastery z 2014 roku SĄ lepsze od tych, do których je porównywałem. Jednak na każdym albumie zmiany te przebiegały inaczej, coś innego robiło największe wrażenie, inne rzeczy zwracały na siebie uwagę, w końcu: nie zawsze różnice między starymi wydaniami, a remasterami były porażające. Idźmy po kolei, a więc od albumu Led Zeppelin I. W tym wypadku zmiana była, dla mnie oczywiście, najmniejsza. Wydaje mi się, że jest to spowodowane głównie tym, że I jest sama z siebie nagrana naprawdę bardzo fajnie. Dlatego też starsze remastery mogły się bardzo podobać i Jimmy Page nie miał tak wielkiego pola do popisu jak w przypadku II i III. Co się zmieniło? Przede wszystkim dźwięk stał się gęstszy, bardziej namacalny. Lepiej została zarysowana także scena, która zyskała na przestrzenności. Muzyka, która wydobywała się z kolumn przy remasterze A.D. 2014 była mniej nachalna, mniej „wulgarna” i bardziej przyjemna. Największą różnicę stanowił wokal Planta, który nagle stał się mniej jazgotliwy i przenikający, a bardziej naładowany mocą i potęgą. W sekcji instrumentalnej można było zaobserwować podobne zmiany, ale to właśnie wokale robiły największe wrażenie. Trochę inaczej sytuacja rysuje się przy okazji płyty Led Zeppelin II. Zmieniło się mniej więcej to samo co przy I – dźwięk stał się po prostu bardziej nasycony, mocniejszy, bardziej trójwymiarowy i przystępniejszy. Jednak w wypadku II wyraźna zmiana była wyczuwalna we wszystkich sferach muzyki. Różnice między starą, a nową II były najbardziej widoczne, momentami wręcz powalające. Nareszcie mogłem odsłuchać sobie swoje ukochane Bring It On Home w porządnej, godziwej jakości. To samo porównanie (stara II vs nowa II) zrobiłem na swoim systemie (nie high-end, ale naprawdę wysokie hi-fi) i różnice nadal były tak samo dobrze zauważalne. Jeszcze inaczej rzecz wygląda w przypadku Led Zeppelin III. III jest płytą, trzeba to pamiętać, wyjściowo najgorzej nagraną z całej tej pierwszej trójcy. Jest brudna, bardzo jazgotliwa i pohukująca, buzuje w niej od słabo kontrolowanej mocy, która nie ma jednak wiele wspólnego z prawdziwą potęgą dźwięku (chyba, że ktoś jest dresiarzem – wtedy może mu się coś takiego podobać). Remaster wiele w tej kwestii zmienić nie mógł – w wersji z 2014 roku Led Zeppelin III nadal cierpi na te same objawy. Page’owi udała się jednak rzecz niesłychana – uszlachetnił brzmienie III (szczególnie instrumentów), która zyskała na przyjemnej miękkości, lepszej scenie dźwiękowej, gęstości brzmienia, w jakiś sposób zniwelował też szkodliwą jazgotliwość. W wypadku III największe zaskoczenie brało się z brzmienia klawiszy, które zabrzmiały, nareszcie!, tak jak trzeba – nie nachalnie, ale jednocześnie mocarnie i z wyraźnie wywalczonym miejscem dla siebie.

Płyty z Led Zeppelin I.

Wszystkie remastery można było nabyć także z druga płytą zawierającą dodatkowy materiał. W wypadku Led Zeppelin I jest to zapis z koncertu, który Ledzi dali w 1969 roku w Paryżu, dodatkowy dysk do II zawiera inne miksy wokalne i odrobinę inne wersje prawie wszystkich utworów, które znalazły się na oryginale, podobnie sytuacja wygląda przy III, gdzie otrzymujemy utwory ze swoich wczesnych wersji albo w wersjach alternatywnych. Najfajniej z tego zestawienia wypada ten koncert dołączany do I. Chociaż został chyba nagrany w kiblu, to jest on ciekawą podróżą do przeszłości i smakowitym dodatkiem dla wszystkich fanów Zeppelinów. Dodatkowe płyty do II oraz III nie wypadają już tak fajnie – niektóre utwory ze swoich wczesnych wersji niewiele się różnią od kawałków, które weszły ostatecznie na płytę (co może bawić, szczególnie w porównaniu do dodatkowej płyty z alternatywnymi i wczesnymi wersjami The Wall, która znalazła się w kolekcjonerce Floydów Immersion Box Set). Fajnie jednak, że znalazło się dla tych krążków miejsce – dodatkowe płyty zawsze przecież cieszą, a i na tych zdarzyły mi się momenty totalnego zaskoczenia, a nawet zachwytu.

Płyty z Led Zeppelin II.

Remastery wyszły w kilku edycjach – na CD (wersja z jednym krążkiem oraz z dwoma), na winylu (to samo co w wypadku CD), w kolekcjonerskim boksie i w wersjach cyfrowych. W moim domu znalazły się winyle w podwójnym wydaniu oraz kolekcjonerskie boksy, więc to na ich temat mogę się wypowiedzieć. Wyglądają one fenomenalnie – i tak też są zrobione. Największe wrażenie robią oczywiście wielkie pudła, które są wykonane bardzo porządnie i zostały znakomicie przemyślane pod względem zawartości. Jeszcze dziś na łamach Gameplay’a pojawi się unboxing kolekcjonerki Led Zeppelin I (tak zdecydowaliście w ankiecie), sami więc będziecie mogli ocenić moje pochwały. Tymczasem zaś polecam zakup tych remasterów w dowolnej edycji – różnice są do wyłapania nawet dla człowieka pół-głuchego, nie można także przecenić ich kolekcjonerskiej wartości. Brawo, panie Page, brawo!

PS. Jedną rzecz należy jeszcze dodać – remastery z 2014 roku są wyraźnie cichsze, dlatego pamiętajcie o ustawieniu odpowiedniego poziomu głośności!

Poprzednie wpisy z serii Tydzień Led Zeppelin:

Recenzja albumu koncertowego Celebration Day

Krótka historia gigantów rocka

Wpis inauguracyjny

Mój fanpage na FB Music to the People

PS. Przypominam o konkursie, który sobie trwa do niedzieli! Oto, co napisałem na jego temat pod poprzednim wpisem:

Co trzeba zrobić, żeby taki prezent otrzymać? Chciałbym, żeby chętni napisali w kilku zdaniach (5-12) swoją przygodę z muzyką Led Zeppelin. Może być śmiesznie, może być intrygująco, ciekawie czy przerażająco. Oceniać będę styl, pomysł, „jakość” historii, a także poprawność językową (nie będę stawiał ujemnych punktów za brak przecinka, nic z tych rzeczy, ale wypadałoby, żeby taka wypowiedź miała jakiekolwiek ręce i nogi). Konkurs rozpoczyna się z sekundą opublikowania tego wpisu i kończy w niedzielę o godzinie 20:00. Wszystkie wpisy konkursowe proszę umieszczać pod komentarzami, a jeśli ktoś ma niewymowną potrzebę, to może posłać swoją pracę na adres: bartoszpacula@op.pl. Wszystkie (sensowne) historie zostaną przeze mnie użyte w niedzielnym, kończącym całą akcję, wpisie. Na marginesie dodam (na zachętę), że jeśli dostanę kilka naprawdę ciekawych prac, to nie ograniczę się tylko do nagrodzenia dwóch osób i będę myślał o innych, może nawet ciekawszych, nagrodach. Powodzenia!

Bartek Pacuła
6 czerwca 2014 - 13:12

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
07.06.2014 16:27
soobieski
1
Junior
Image

Bardzo dużo czasu zajęło mi znalezienie "swojego" kawałka w muzycznym świecie, w którym bym kompletnie zatonął; słuchając po kolei rapu, popu oraz, w węższym zakresie, innych stylów muzycznych zawsze czegoś brakowało. Znaczna część moich znajomych słuchała zawsze rocka bądź metalu, którego (jakimś cudem) przez większość życia unikałem, ale w poszukiwaniu nowej muzyki w końcu i ja się przemogłem, żeby się troszeczkę z rockiem pogodzić i dać mu szansę. Chciałem znaleźć coś swojego, nie znałem się kompletnie na zespołach, historii czy statusie danych kapel, oczywiście kojarzyłem ich nazwy, ale czy Deep Purple byli lepsi od Black Sabbath? Te dwie nazwy mówiły mi tyle samo - dwa zespoły rockowe, które po prostu znałem. Led Zeppelin też po prostu znałem, mniej nawet od pozostałych, jedynie dzięki znanemu "Stairway to heaven", które każdy, gdzieś tam, kiedyś tam usłyszał, szanowało się bo to w końcu pewien kanon; nawet nie mierzyłem w tą kapelę docelowo, ale chciałem je wszystkie poznać z samej muzyki, nie chronologicznie płytami, nie czytając ich biografii - po prostu słuchać. Pewien kumpel polecił mi "Kashmir"; z początku był po prostu spoko, z każdym następnym razem popisy wokalne Planta coraz mocniej wpijały mi się w głowę, coraz więcej "smaczków" można było odkryć, odnajdywało się coraz więcej sensu w tej muzyce, wszystkie kolejne utwory (odsłuchiwane w chaotycznej kolejności) z czasem odkrywały wielowarstwowość i geniusz ich kompozycji zarówno wokalnie jak i muzycznie, wszystko miało sens, ten monumentalny sterowiec zrzucił na mnie "młot bogów" już w momencie kiedy ja ledwo dostrzegałem jak nadlatuje, ledwo się z nim poznawałem a już przytłoczył mnie ładunkiem mocy jaka z niego biła. Led Zeppelin po prostu nie pozostawiał konkurencji, bo słuchając ich dzisiaj jako weteran - są momenty, że dalej kręcę głową z niedowierzaniem a ciarki przechodzą całe moje ciało, niby grają rocka a są kompletnie niepodobni do żadnej innej kapeli, w wielu aspektach stworzyli własne światło, które reszta kapel tylko odbijała, lub starała się imitować, ale to nigdy nie jest to samo. I patrząc na dzisiejszą muzykę, na te małe latawce, które są szarpane na wietrze, dobrze jest odpalić ten potężny, ołowiany silnik sterowca, przenieść się w czasie i zobaczyć jak ta czwórka genialnych su*insynów zmiata z powierzchni ziemi wszystko na swojej drodze, nie pozostawiając nawet miejsca na protest. Led Zeppelin to tytani, choć już dzisiaj nieco zamierzchli i rozbici wciąż emanujący energią, która po latach wciąż przyciąga nowe rzesze fanów, w tym mnie.