Sekrety serii Dragon Age
Wszystkie grzechy Gothica. Jakim cudem tak źle zaprojektowana gra zdobyła tylu wiernych fanów?
Klasyczne CRPG i ich droga ku zapomnieniu
Postacie, dialogi, wybory - dywagacje o grach cRPG.
Pen & Paper #2. O tworzeniu postaci
Hej zagrajcie muzykanty! O bardach, skaldach i kapelach w grach RPG
Każdy ma ulubiony gatunek gier, dla mnie są to gry RPG. Nie ma większego znaczenia klimat w jakim są rozgrywane, znajdę dla siebie coś w fantasy, steam punku, cyber punku czy nawet czystej wody space operach. Czasem jednak człowiek musi sobie ponarzekać, bo po „przegraniu” setek godzin przy różnych tytułach człowiek nie może już udawać, że nie widzi pewnych prawidłowości, wiecznie kopiowanych baboli, których mało komu udaje się uniknąć i często znajduje się dla nich miejsce nawet w najlepszych grach...
Bound by Flame to dość świeży przedstawiciel gatunku cRPG na rynku. Produkcja paryskiego studia Spiders wywołuje mieszane odczucia w zdaniu graczy - jedni uważają ją za nic nie wartego gniota, inni za całkiem przyzwoitego rolpleja. Bound by Flame wraz ze swoim gołym okiem widocznym niewysokim budżetem stara się wpasować w dzisiejsze trendy fantasy akcji. Czy mu się udaje? Zapraszam do mojej videorecenzji.
W jednym z wywiadów Dan Vavra, kierujący pracami nad Kingdom Come: Deliverance zapewnił, że ich gra będzie wyjątkowa. Jeśli są wśród nas osoby, które lubią oglądać serial Wikingowie, czytać książki historyczne, a swój czas przeznaczają na przejmowanie władzy w grach z serii Total War, to jeśli wierzyć zapewnieniom producenta, Kingdom Come: Deliverance będzie grą ich marzeń. Wprawdzie do premiery samej gry jeszcze bardzo daleko, jednak zaglądając w odpowiednie miejsca w sieci można natknąć się na parę ciekawych informacji, które poszerzają pogląd na grę, a które postarałem się po krótce przedstawić tutaj.
Gry cRPG od zarania dziejów rządzą się swoimi prawami, które każdy, kto choć przez krótki czas miał styczność z gatunkiem potrafi szybko rozpoznać. Studio HotHead podjęło się próby wyszydzenia owych prawideł w pozycji noszącej tytuł Deathspank. Wyszła z tego wielce wybuchowa mieszanka, którą bez najmniejszych wątpliwości mogę jednak zaliczyć do udanych.
O Buncie Ludzkości wygłoszono już wiele tyrad, wydęto metry sześcienne powietrza w odpowiedni ton fanfar, że kolejny dopisek o jego wspaniałości nie jest już nawet formalnością, a spotyka się raczej z uśmiechem politowania. No cóż, nieczęsto zdarza mi się ukończyć jakiś tytuł po dwukrotnym przerwaniu rozgrywki w połowie – i na dodatek go pochwalić. Deus Ex: Bunt Ludzkości jest ewenementem.
To jak muzyka w grach komputerowych jest ważna chyba nie trzeba nikomu mówić. Buduje nastrój, odwzorowuje to co się dzieje na ekranie, reaguje na to co robimy, umila nam czas spędzany z grą i nie pozwala, by z głośników nie wydobywało się nic prócz dźwięków gracza i świata. Muzyka nie pojawia się tylko jako lepsze lub gorsze tło. Pomijając produkcje, w których jest kluczowym i integralnym elementem, na przykład Guitar Hero, jest kilka gier, w których pojawia się postać muzyka wynosząc samą muzykę ponad określenie „tło”.
Nie jestem wrogiem rozwoju graficznego i nie stękam z utęsknieniem do tych kanciastych potworków sprzed dwudziestu lat, ale mimo tego twierdzę, że rozwój grafiki, zwłaszcza w grach RPG, mógł wyraźnie zaszkodzić immersji, przyzwyczajając nas do zupełnie innego sposobu odbioru.
Choć póki co nadal pełna błędów, niedopatrzeń i dziur, już cieszy oczy. Mowa o Kingdom Come: Deliverance. W ręce zainteresowanych trafił bowiem ostatnio godzinny materiał prezentujący rzeczywisty gameplay z tejże gry, tak mocno wyczekiwanej przeze mnie, której obserwacji oddaję się za każdym razem, gdy tylko pojawia się jakaś wzmianka o niej. Twórcy dość mocno dbają o nasze wrażenia, serwując nam coraz to nowsze, uchylające raz po raz rąbka tajemnicy fragmenty rozgrywki, a tym razem pokusili się o 60 minut nieprzerwanej, opatrzonej komentarzem, gry. Krótko omawiam materiał.
Ostatnio przeglądając gameplay.pl, natknąłem się na wpis evilmg (i przy okazji na jeden od Roja), w którym wspomniał o tym, jak zwykle buduje postacie w różnych grach z gatunku RPG. W końcu w takich produkcjach kluczowym elementem jest rozwój bohatera. Możliwość dostosowania go do własnych wymagań, potrzeb, a przede wszystkim stylu prowadzenia rozgrywki. Możemy tutaj wypuścić swoją fantazję na ekran i potem patrzeć jak nasz protagonista niszczy potwory, przy pomocy zakrwawionego od walk topora, albo zaklęcia zmiatającego wszystkich wrogów dookoła pierścieniem ognia. Piękna w swym sadyzmie rzecz.
Gry RPG to dość zaśniedziały gatunek. Nieważne, czy oparte są o mocno eksplorowane krainy fantasy, steampunk, czy futurystyczne światy twardego science fiction. Rozwijamy wciąż te same umiejętności, wykonujemy te same questy w stylu "przynieś 5 skór wiewiórek, bo cała wioska nie może sobie poradzić, dostaniesz błyskotkę", zabijamy te same zastępy orków, czy robotów. Co prawda raz na jakiś czas ktoś wyskoczy z innowacyjnym lub prześmiewczym podejściem do tematu, a RPG zadomowił się wśród innych gatunków(o czym pisało ostatnio kilka osób), ale ogólnie jest to ciągłe wałkowanie tego samego. A gdyby zrobić coś opartego o rzeczywistość? W końcu mawiają: cudze chwalicie, swojego nie znacie.