Gameplayowa recenzja Splinter Cell: Blacklist - trudna miłość ale miłość - Imperialista - 24 sierpnia 2013

Gameplayowa recenzja Splinter Cell: Blacklist - trudna miłość, ale miłość

Imperialista ocenia: Tom Clancy's Splinter Cell: Blacklist
77

Ciężkie chmury wiszą nad Fisherem, który ostatnimi laty dwoił się i troił, by z hukiem wylecieć z należnego mu miejsca w kanonie najlepszych postaci w grach wideo. Koncepcyjne niezdecydowanie, zmiany na stanowisku dyrektora kreatywnego serii, cofanie gotowego projektu do fazy preprodukcji – wszystko zapowiadało dotkliwą porażkę. Chociaż Conviction mogło się podobać, prawdziwi miłośnicy serii pamiętający niedawne przecież czasy świetności serii mają o niej wyrobione, nienajlepsze zdanie. Początki promocji Blacklist pogrzebały nadzieje – w jednym zwiastunie Fisher posłał do grobu więcej przeciwników, niż podczas pierwszych trzech części serii razem wziętych.  Pierwsze chwile z Blacklist sprawiły, że miałem ochotę zaklasyfikować grę jako projekt ciągnący kilka srok za ogon, by ostatecznie nie złapać ani jednej, ale z każdą kolejną chwilą nowy Splinter Cell przekonywał mnie, że wcale tak źle z nim nie jest.

Blacklist zrobił na mnie początkowo bardzo niedobre wrażenie eksponując na starcie swoje największe wady, dlatego zrewanżuje się mu w recenzji w podobny sposób. Musimy powiedzieć sobie jasno- Sam Fisher nie jest już tym samym gościem o którym myślimy słysząc jego nazwisko. Decyzja, by odsunąć Micheala Ironside’a od projektu była wyjątkowo zła. Ubisoft postanowił połączyć ze sobą technologię motion capture razem z lipsynciem i innymi dobrodziejstwami nowoczesnej animacji wymagającymi od aktora małpiej zręczności i wymaksowanej wytrzymałości. Jako ze Ironside ma już swoje lata na karku, postawiono więc na dużo młodszego Erica Johnsona, który grał w wielu filmach, skrzętnie omijając te dobre. Niestety, gość się kompletnie nie wybronił. Posunę się nawet do stwierdzenia, że gdyby 11 lat temu przedstawiono Fishera w sposób w jaki zrobiono to teraz, prawdopodobnie nikt by tej postaci nie zapamiętał. Kreacja głównego bohatera jest w tej odsłonie spaprana, charyzma gdzieś wyparowała i ciężko byłoby doszukać się chociaż jednego elementu, który odróżniałby go od bohaterów innych tytułów o dzielnych Amerykanach broniących świata przed złymi terrorystami. Telefonicznych rozmów z córką słuchało się dość niezręcznie - Fisher miał momentami taki głos, jakby chciał poderwać własne dziecko. Dodatkowo właściwie każdy z jego podwładnych ma w sobie więcej charakteru, niż on sam. Na domiar złego widać, że Ironside uczył młodzika swego fachu, przez co momentami Fisher brzmi dosłownie jak przed laty. Dałbym sobie wręcz rękę uciąć, że niewielką część wzdychania i sapania nagrał Ironside. W takich momentach tęsknota za tym co było wzlatuje w kosmos.

Historia jest oczywiście maksymalnie przewidywalna i na próżno liczyłem na jakiekolwiek odchyłki od sztampy. Jak każda terrorystyczna grupa w grach wideo do tej pory, „The Ingeeniers” jak sami się określają działają w sposób całkowicie irracjonalny i lepiej dla gracza, by ten zrezygnował ze stawiania sobie pytań o sens ich postępowania. Mamy więc ultimatum- tytułową Czarną Listę- w której zawierają oni żądanie wycofania wojsk amerykańskich stacjonujących w większości państwa na Ziemi. W innym przypadku niewinni obywatele będą zmuszeni co siedem dni nacieszyć oczy niespodziewanymi eksplozjami w następujących po sobie placówkach, a jako że amerykańskie interesy nie mogą być naruszone, rozpoczyna się granie w podchody ze złymi facetami. Yeah. Wiecie, odkrywczej fabuły nie wymieniano wśród zalet żadnej z poprzednich części, ale zawsze dzięki charyzmie Fishera i współpracowników nabierała ona jakiejś bliżej nieokreślonej głębi. Tym razem jest różnie, atmosfera trylogii mimo że też dotyczyła spraw wagi narodowych była dość spokojna. Niestety, w Blacklist wszyscy na siebie krzyczą, biegają po pokładzie i podejmują pochopne decyzje. W paru momentach da się wyłapać czar dawnych rozmów z Grimm, ale to raczej pojedyncze przypadku. Nie można jednak zarzucić Blacklist nieporadności w realizowaniu koncepcji – gdy już przywykniemy do tego że „tak musi być”, zobaczymy że wykonanie jest bardzo, ale to bardzo dobre. Montaż scen przerywnikowych, klipy nakręcające atmosferę zagrożenia, złowieszczo świecący zegar zapowiadający nieuchronność kolejnego enigmatycznie zapowiedzianego ataku – to wszystko sprawia świetne wrażenie. Problem w tym, że w atmosferę trzeba się wczuć, a jako że nie jest ona w żaden sposób unikalna, patrzyłem na to przymrużonymi ze znudzenia oczami. W kinie naoglądałem się tego tysiąc razy.

W całej tej roszadzie ucierpiał jeden, niezwykle ważny element, który w mojej ocenie stanowił o sile marki. Profesjonalizm.  Powolne i chirurgicznie precyzyjne ruchy, godna pozazdroszczenia pewność siebie i opanowanie w najtrudniejszych momentach utrwalone spokojnym głosem Ironside’a w rewelacyjnie napisanych przepychankach słownych z Anną Grimmsdotir. Fisher był facetem z krwi i kości, poruszającym się sprawnie, ale z pewnymi ograniczeniami jak na czterdziestolatka przystało. Takiej spójności w Blacklist niezwykle brakuje; niemłody przecież bohater skacze po pionowych skałkach niczym małpiatka, przemykanie po gzymsach podpatrzył u księcia Persji, a kilka razy zdarzy mu się zareagować zdecydowanie zbyt emocjonalnie, jak na zawodowca. I weź tu się człowieku staraj wydobyć z tej gry elementy które są w niej najlepsze, skoro niemal na każdym kroku przypomina ci, że została zaprojektowana na „wszelki wypadek.” A nuż za kontroler złapie ktoś niecierpliwy, któremu nie daj Bóg puściłyby nerwy widząc człowieka poruszającego się w sposób właściwy dla jego gatunku? Mam świadomość, że z gry próbowano wydobyć złoty środek. Wiem też, że Maxime Beland (dyrektor kreatywny UbiSoft Montreal, który odziedziczył serię po Double Agent, a wcześniej pracował m.in. przy Rainbow Six: Vegas) nie miał lekkiego życia i że wydawca chciał uczynić serię przyjaźniejszą dla masowego odbiorcy. Prawdopodobnie, gdyby seria nie miała tak wspaniałej przeszłości, mógłbym się grą zachwycić w każdym calu. Ba, wiem nawet, że jako recenzent nie powinienem tak często przywoływać poprzedniczek – staram się. Nic jednak nie poradzę na to, że tak łatwo przychodzi punktowanie elementów gorszych od tych samych wykonanych 7 lat temu.

Całe szczęście w zasadzie każdy inny element wykonany jest bardzo dobrze. Przede wszystkim – wierzę, że każdy na to czekał – skradanie wciąż potrafi przynosić dziką satysfakcję. Cienie są czarne jak diabeł, czasem wręcz przemknie Ci przez myśl ochota rozjaśnienia samego monitora. Cierpliwość jest wynagradzana na bieżąco, i w zasadzie wszystkie lokacje uda się przejść bezszelestnie, co wynagradzane jest punktami Ducha. Jeżeli pacyfistyczne metody są Tobie obce, masz dwie drogi: zabijanie niczego nie spodziewających się przeciwników dostarczy Ci punktów Pantery, natomiast otwarta konfrontacja pozwoli zostać Szturmowcem. Która z metod przynosi najwięcej satysfakcji jest kwestią gustu, ponieważ opracowany system „Killing in motion” sprawdza się w każdej z opcji naprawdę nieźle (przy okazji robiąc z Sama dwudziestolatka). Obezwładniać wrogów można dosłownie w sekundę, wywijając z nimi pięknie wyglądający piruet posyłający ich w objęcia Morfeusza, zmiana osłon odbywa się płynnie, a wykorzystując znaną z Conviction likwidację możemy w moment zażegnać zagrożenie. Szczerze powiedziawszy najgorzej grało mi się stylem Szturmowca – dało się odczuć jak słabo wykonane są potyczki, zwłaszcza biorąc pod uwagę dokonania konkurencji. Druga sprawa, że wrogów nie ma aż tak wielu żeby móc ich tłuc godzinami. W trybie tym przez planszę (ale tylko na niższych poziomach trudności) w zasadzie można przebiec. W obrębie każdej z misji dostaniemy powtarzające się zadania poboczne: hakowanie komputerów, odnajdywanie paczek z danymi, czy pojmanie żywcem poszukiwanych terrorystów. Miłe urozmaicenie.

No dobra, ale do czego nam te całe punkty? W grze zaimplementowany jest sklep, w którym za grube setki tysięcy dolców możemy sprezentować sobie szpej ułatwiający wybrany sposób rozgrywki. Możemy więc nabyć drogą kupna między innymi buty wyciszające trucht, kamizelkę z wkładkami kevlarowymi, czy świecące na niebieskie gogle, w tym takie pozwalające ujawnić wroga stojącego za ścianą. Przy okazji gogli - całkowicie spartolono podstawową noktowizję. Może i miało być realistyczniej, ale efekt jest nijaki. Jeśli w jakimś miejscu jest ciemno, to niewiele jaśniej będzie po założeniu gogli noktowizyjnych. W Chaos Theory efekt był tysiąc razy lepszy i przede wszystkim sprawdzał się. Tutaj z noktowizji skorzystałem dosłownie kilka razy. Gdyby komuś mało było zakupów, może nawet rozbudować własny samolot, chociaż ze wszystkich opcji naprawdę przydatnych jest może 40 %. Żadnych mikropłatności, żadnego złodziejstwa - całość mocno na plus.

Na dodatek będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby nacieszyć się nowo zakupionymi gadżetami. Czas gry w przypadku skradanki to wyznacznik wyjątkowo mylący, ale możecie mi uwierzyć że minimum 20 godzin poświęcicie na kampanię wraz z zadaniami pobocznymi, które nawiasem mówiąc stanowią niezłe wyzwanie. W części z nich towarzyszyć może żywy towarzysz i chociaż mapy na których rozgrywają się zadania nie są wyjątkowo rozległe, brak możliwości zapisu stanu gry w czasie ich trwania winduje ich poziom trudności dość znacząco. Kilka z zadań będzie wymagała obecności towarzysza (w innych jest opcjonalna) i oczywiście gra się świetnie, chociaż możliwości interakcji z partnerem mogłoby być w grze szpiegowskiej ciut więcej. Mniej cieszy wspominana przez twórców na każdym kroku różnorodność. Kilka misji odbywa się w pełnym słońcu i chociaż nie wiem jak twórcy by się nie starali uczynić z Fishera komandosa z nożem w zębach, są to etapy najsłabsze w całej grze. Zamiast tej różnorodności, wolałbym spójność i lepszą kontrolę jakości.

Oprawa graficzna prezentuje się bardzo dobrze, chociaż nie trzyma równego poziomu. Zwłaszcza przezabawnie wyglądają niektóre twarze postaci, przypominając uparcie czasy w których debiutował Pixel Shader 3.0, gdy obowiązkowe było świecenie się powierzchni facjaty przywodzącej na myśl lica plastikowych lalek. Innymi słowy, Blacklist funduje nam momentami podróż osiem lat do tyłu. Większość map zostało jednak zaprojektowanych wyśmienicie i w gruncie rzeczy wygląda dobrze. System cieni działa mistrzowsko, nie brakuje również całej masy elementów otoczenia, dzięki którym będziemy mieli możliwość wykorzystania szpiegowskich umiejętności. Oprawa dźwiękowa jako całość prezentuje się nieco gorzej od tego, do czego przyzwyczaiła nas seria – boli zwłaszcza brak kawałków chórowych – ale momentami twórcy trafili w samo sedno.

Podsumowując; jako skradanka Splinter Cell Blacklist wciąż sprawuje się bardzo dobrze, a jeśli nie miałeś do tej pory styczności z serią, może nawet stanowić pewnego rodzaju objawienie. Nie będzie Ci brakować znanego ze świetnych poprzedniczek podchodzenia przeciwników i chwytania ich w morderczym uścisku w celu zupełnie opcjonalnego przesłuchania, używania wytrychów, czytania prywatnych maili oprychów i kilku innych fajnych akcji szpiegowskich, które swego czasu na nowo zdefiniowały gatunek skradanek. Mi brakowało. Stara, dobra metoda „na Rambo” może przynieść satysfakcję, ale nie radzę kupować gry tylko po to, by bawić się w ten sposób. Wymiana ognia jest stosunkowo drętwa i szybko przed oczami zobaczymy kilkanaście tytułów, w których element ten wykonany był dużo lepiej.

Jeżeli natomiast nad zabawę w samotności przedkładasz grę w multi, a do tego lubisz skradanki, a do tego masz z kim grać – po prostu idź do sklepu. Tryb kooperacji z obcymi ludźmi sprawdza się różnie, głównie dlatego że losowy towarzysz może położyć misję w sekundę nawet wtedy gdy Tobie samemu blisko jest do perfekcji, ale czat głosowy z dobrym kumplem i wspólne planowanie akcji jest arcyklimatyczne. Tradycyjny tryb versus, w którym strona najemników ma za zadanie uniemożliwić próbę sabotażu szpiegów jest sprawnym rozwinięciem koncepcji znanej już od czasów Pandora Tomorrow i niejednego zdoła zatrzymać przy grze na długie godziny.

Osobiście traktuję Blacklist jako projekt stojący w dość bolesnym rozkroku. Gra bywa piekielnie satysfakcjonująca, serce potrafi przy niej bić tak mocno jak jedenaście lat temu biło w centrali CIA, oferując przy tym godną uwagi (chociaż niekoniecznie zawsze pochwały) różnorodność. Kilka misji mogłoby z powodzeniem konkurować z najlepszymi mapami w całej serii i mam nadzieję, że tytuł ten jest raczej rozbiegiem i następna odsłona będzie tylko lepsza. Póki co sorry Sam, popracuj nad sobą.

Konrad Zabłocki

Imperialista
24 sierpnia 2013 - 12:30
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
23.08.2013 20:35
Imperialista
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

Dzięki Robson, właśnie zastanawiałem się jaka będzie Twoja opinia. :)
@Materdea Ze dwa razy mi się zdarzyło... :D

23.08.2013 20:46
Toshi_
😍
odpowiedz
Toshi_
146
Got sarcasm?

Po paru godzinach jatki w SvM i kilkunastu restartach jednej wrednej misji w coopie (na Perfectionist) żeby dojść chociaż do tej 5 fali mogę z czystym sumieniem powiedzieć: Blacklist to NIE JEST SC:CT. I trybowi multi do tego z CT jest daleeeeeeeeeeeeeeeeeko...
To ma być Splinter Cell a nie jakieś Aliens vs Predator.

23.08.2013 21:24
odpowiedz
zanonimizowany939625
53
Generał

Dość wyczerpująca recenzja muszę przyznać. Uświadomiła mi, że najprawdopodobniej nie mam już czego szukać w tej serii bo do stylu 3 pierwszych części na pewno nie wrócą. A tylko coś takiego by mnie interesowało. Szkoda. Tytuł do kupienia na jakiejś wyprzedaży za góra 30 zł.

23.08.2013 21:52
Friendly_Fire
odpowiedz
Friendly_Fire
3
Legionista

Czytając twoją recenzję niemal co chwilę powtarzałem sobie w duchu "no ja przecież mam tak samo!" - począwszy od niezbyt pozytywnego wrażenia na starcie gry, po ochotę rozjaśnienia ekranu na wskutek gęstej niczym smoła ciemności. Gra faktycznie przyjęła pozycję niezbyt wygodnego rozkroku, w którym styl rozgrywki Chaos Theory nie bardzo potrafi się dogadać ze sterowaniem i tempem Conviction. Tyle od siebie, wyczerpałeś już temat :)

23.08.2013 22:10
Sethlan
odpowiedz
Sethlan
110
!______!

Ech, i takie myslenie jest bolaczaka. "Do kupienia za 30zl"? Ta gra jest warta kazdych pieniedzy, juz nie wspominajac, ze ceny sa bardzo niske (130zl na PS3 i 89zl na PC), jest w niej tyle contentu, jak jeszcze w zadnym innym SC. Gra jest dynamiczna jak Conviction, ale nie zrywa ze swoimi korzeniami. Kazda seria musi sie rozwijac, tak samo jest ze Splinter Cell - naprawde oczekujecie w tej produkcji powrotu 12 letniego systemu rozgrywki?! Przez to byloby samobojstwo, nieliczni by to dzisiaj przelkneli i pewnie zaden z was. Wlasnie od czasow Chaos Theory jest to SC, ktoremu najblizej do pierwszej trylogii i tak jak w recenzji - jest to dopiero swoisty rozbieg i nastepne czesci z pewnoscia okaza sie czyms, czym powinny byc. Multiplayer mimo pewnych zmian, jest wciagajacy i gra sie w niego po prostu swietnie - zabawa jest przednia. Co-Op to klasa sama w sobie, co pokazano przy Conviction - wiec wszystko tutaj jest ok. Pierwsze misje rzeczywiscie sa dosc liniowe, ale mimo wszystko, dobor stylu jest dowolny - mozna przejsc z karabinem maszynowym w reku, mozna obejsc przeciwnikow bokiem lub tylko ich ogluszac - czego chciec wiecej? W koncu, podobnie jak przy Conviction - to 100% Splinter Cella + dodatkowy aspekt strzelanki z cover systemem, jednakze w Blacklist jest jeszcze lepiej, ze wzgledu na to, ze polozono zdecydowanie wiekszy nacisk na stealth, nie obierajac przy tym stylu strzeleckiego.

23.08.2013 22:15
😃
odpowiedz
speedy72
16
Chorąży

Bardzo dobra recenzja.
Też jestem fanem Sama.
Wszystkie zaliczone części.
Dla mnie też wygląda to jak połączenie Rainbow Six i Splinter Cella.
Może troszkę Asassyna jeszcze :)
Jednak cieszyć się powinniśmy że jest.I wierzyć że troszkę uda się wrócić do korzeni w następnych częsciach.
Moja ocena 8.5.

23.08.2013 22:29
odpowiedz
zanonimizowany939625
53
Generał

[7]

Najbliższa nie znaczy taka sama. Poza tym "dynamiczna" wyklucza automatycznie opisywany przez Ciebie powrót do korzeni. Pierwsze Splintery nie były dynamiczne i o to w nich właśnie chodziło. I coś co jest dobre nie potrzebuje ewoluowania. Gier akcji TPP mamy od cholery. Ta seria oferowała coś innego i tego już niestety nie oferuje. Rozwodniła wszystko aby było właśnie bardziej "dynamicznie".

Ja oczekuję zabawy 1:1 z Chaos Theory w nowszej szacie graficznej. Nic więcej. Tradycyjne próby producentów zrobienia gry "zadowalającej starych graczy ale jednocześnie próbujących zebrać szersze grono" nigdy się jeszcze wg mnie nie sprawdziły i nie sprawdzą. Te wszystkie osłony, zaznaczanie celów, widzenia przez ściany itp to kompletnie zbędne i niepotrzebne pierdoły.

I stąd do kupienia właśnie co najwyżej na solidnej wyprzedaży.

23.08.2013 23:27
Sethlan
odpowiedz
Sethlan
110
!______!

Sluchaj, nikt Cie nie zmusza do korzystania z tych pierdol. Sa one calkowicie opcjonalne. Pokaz mi choc jedna serie gier, ktora przypomina Splinter Cella w swojej aktualnej formie, czyli Blacklist. Ta gra nadal jest unikatowa, sama w sobie. Proba stworzenia CT w nowej szacie graficznej, najpewniej spotkalaby sie z oskarzeniami o wtornosc, o brak inwencji - i znajac zycie, glownie ze strony ortodoksynjych fanow. Ja, grajac w SC, bawie sie swietnie, fabula mnie wciagnela, multiplayer umila czas - jestem praktycznie tak samo podekscytowany, kiedy przechodzilem pierwsza czesc Splinter Cell.

24.08.2013 11:51
odpowiedz
zanonimizowany939625
53
Generał

Tak, masz rację, nikt nie zmusza do korzystania z nich ale jeśli gra oferuje tego typu rozwiązania to znaczy, że jest wokół nich zaprojektowana. Inaczej byłyby zbędne. Ten sam case co z Dishonored i jego potwornie ułatwiającymi grę mocami, które wg mnie tytuł pogrzebały i był on co najwyżej dobry.

Jeśli chodzi o zmiany to owszem, niech będą ale niech w takim razie mieszczą się w danej konwencji i jeśli Splinter był rasową skradanką to niech nowości pogłębiają tę formułę a nie zamieniają w coś innego. Mowa o wspomnianym przez autora recenzji "rozkroku", który większy bądź mniejszy obserwujemy od czasu Double Agent.

Jeśli gra Ci się podoba, to super, baw się dobrze. Ja nie dostałem tego co chciałem i stąd taka a nie inna moja opinia. Jako gra akcji może jest faktycznie bardzo dobrą pozycją. Ale jako Splinter Cell już nie do końca.

Pomijam już nawet fakt braku Michaela Ironside'a co wg mnie było samobójczym posunięciem. Ale gdyby gra faktycznie wróciła do korzeni to bym się tego najmniej czepiał, po prostu to zaakceptował i cieszył się rozgrywką.

24.08.2013 12:52
odpowiedz
cin89 lost
4
Junior

WITAM WSZYSTKICH
Czy jest ktoś chętn do gry w coopa na ps3 pisac do mnie ,moj nick to cinek89

24.08.2013 12:53
odpowiedz
cin89 lost
4
Junior

oczywiście na ps3:)

24.08.2013 15:22
Koktajl Mrozacy Mozg
odpowiedz
Koktajl Mrozacy Mozg
173
VR Evangelist

Gra pokazuje ze mozna polaczyc 2-3 style grania w 1 grze - kto lubi sprawdziwego SC ten gra bez zabijania bo gra to umozliwia, ktos chce grac ala Bourne w Conviction, taka opcja jest. Kazda strona zadowolona, w dodatku powieksza ona gra. Teraz popatrzmy, CS1.6, CSS, CSGO i przez lata gra nie doczekala sie iron sightu, byla okazja dodac go w GO ale tak sie nie stalo, tak samo w COD, dac tryb ktory polega na graniu jak w COD jak i dodac drugi tryb gdzie pole bitwy jest wieksze, pojazdy nie sa killstreakami lecz pojazdami ktore moga zostac uzyte przez graczy, moze troche mnie fantazja poniosla w COD ale wiedzie o co mi chodzi ;).

USSCheyenne - w przypadku Dishonored nie trzeba kupowac mocy widzenia przez sciany czy zabicie przeciwnika powoduje jego wyparowanie gdy zabijemy go po cichu. Ja ich poprostu nie kupowalem bo za bardzo ulatwiaja gre.

24.08.2013 15:37
Sethlan
odpowiedz
Sethlan
110
!______!

[11] - wlasnie o to chodzi, ze nowy SC w koncu przestal byc "tylko" skradanka, ale dodal cos wiecej. Momenty, w ktorych strzelalismy byly (Przed Coniviction) po prostu smiesznie slabe, ten element pominieto wlasciwie w ogole, zmuszajac graczy do jednostajnego stylu gry. W Conviction dano styl przeznaczony w duzej mierze na akcje, a w Blacklist zmiksowano to z tym, co bylo zaprezentowane przy okazji, np. Chaos Theory - dajac do dyspozycji efektowny stealth, ktory ponadto mozna laczyc i wyczyniac cuda - jeszcze zaden SC nie byl tak obszerny i rozwieniety jak Blacklist. Po za tym, narzekania na brak Ironside'a, staly sie po prostu nudne - ot, zwykle czepialstwo o szczegoly. SC:B nie opowiada prywatnej historii Sama, nie skupiamy sie na glownym protagoniscie, wiec stylowy glos i charakter przestal byc tutaj wazny - jak to mialo miejsce przy Double Agent i Conviction. Chyba kazdemu go brakuje, ale do tego trzeba sie po prostu przyzwyczaic, gdyz badzmy szczerzy - Sam Fisher nie gra tutaj glownej roli, tak jak bylo to przy pierwszej trylogii i osobiscie jakos nie brakuje mi komentarzy i spostrzezen, jakie mozna byla posluchac przy Ironsidzie - z calym szacunkiem, gdyz byly one bardzo dobre i dopelnialy osobowosci bohatera.

24.08.2013 16:17
odpowiedz
zanonimizowany939625
53
Generał

A dlaczego te elementy były słabe w 3 pierwszych częściach? Bo nie o nie tam chodziło:) I ja cały czas o tym mówię. Ja nie chcę aby ta seria przestała być wyłącznie skradanką więc nie interesują mnie nawet najlepsze rozwiązania wprowadzające większy dynamizm bo nie tego szukam w tej grze.

24.08.2013 16:30
odpowiedz
zanonimizowany939755
1
Legionista

@up

Ja osobiście mam taki sam styl gry w Blacklist, jaki miałem w poprzednich częściach Splinter Cell. Nikt Cię nie zmusza, do otwartej walki z przeciwnikami. Fajnie że wprowadzili taką opcje, bo dzięki temu gra będzie miała szersze grono odbiorców. A na poziomach perfekcjonisty i realistycznym i tak trudno będzie przetrwać walcząc otwarcie.

24.08.2013 16:43
Imperialista
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

Styl można mieć ten sam jak w trylogii, tyle że za Twoim stylem nie dogada się atmosfera samej gry. Dawny klimat odczuwalny jest w zasadzie tylko w zadaniach pobocznych u Grimm. Podczas kampanii jest dużo wrzasków zamiast profesjonalnego spokoju i opanowania, a same misje zaprojektowane są czasem - jak już pisałem - na wszelki wypadek. Powiedzcie mi, ile jest misji w których pod koniec wbija sztab terrorystów NAWET gdy grasz jako duch? No właśnie. Główną zaletą trylogii było to, że dało się przejść mapy na spokojnie w taki sposób, żeby pozostawić otoczenie w stanie nietkniętym, jakby nigdy Cię tam nie było. Tutaj jest tylko kilka takich misji. W całej reszcie możesz się dwoić i troić, ale gra rzuca pod nogi takie fragmenty, że po prostu TRZEBA postrzelać. [Uwaga, maleńki spoiler] Jedno słowo: pociąg. Naprawdę miałem tam napierniczać z tazera? A takich momentów jest więcej - i albo idziesz w zaparte i próbujesz nikogo nie zabić co jest sprzeczne z komunikatem, jaki wysyła gra, albo robisz 10 headshotów w pół minuty. Oczywiście, są misje w których nie możesz być zauważony, ale jeśli różnorodność ma polegać na przeplataniu dobrych misji - słabymi, to ja wolę z niej zrezygnować. Blacklist może i wciąż jest unikalne, ale na próżno szukać tej intymnośc znanej z poprzedniczeki: tutaj panikuje nawet 4 Eszelon.

24.08.2013 17:02
Sethlan
odpowiedz
Sethlan
110
!______!

@USSCheyenne - dokladnie jak napisal Shweppes - na wyzszych poziomach to nie standardowa strzelanka, ktora przechodzi sie w mgnieniu oka, ale wymagajaca gra akcji (Oczywiscie zakladajac, ze zamierzasz grac brutalnie) - juz na realistycznym (Tym przed perfekcjonista), Sam ginie od dwoch serii z karabinu (Lub dwoch strzalow - zalezy jak to mozna zintepretowac, bo wyglada roznie), zdrowie regeneruje sie dlugo, a kontrola broni nie polega na trzymaniu przycisku, ba nawet ciagle strzaly z pistoletu nie pozowla trafic wroga dokladnie tam gdzie chcemy, nalezy robic to z wyczuciem.

Wyzej masz dokladny podglad, jak wyglada walka jako szturmowiec w nowym SC - na glowe bije wiele wspolczesnych FPSow, bo jest dopracowana znacznie lepiej i wymaga od gracza podejscia taktycznego, zupelnie odmiennego nizli przy grze jako "duch".

Oczywiscie o grze w trybie stealth nie bede sie rozwodzil, gdyz wiekszosc wie, jak on wyglada i wcale nie odstaje od tego, znanego z, np. CT.

@UP - granaty gazowe, miny usypiajace i walka wrecz Sama, pozwalaja uniknac konfrontacji bron, w bron - takie etapy rowniez mozna przejsc bez wystrzalu, trzeba byc tylko troche mniej leniwym i bardziej pokombinowac - ale w takich sytuacjach, sam wole zrobic to w sposob glosny i efektowny - wowczas czuje sie jakbym ogladal porzadny film szpiegowski, gdzie przed chwila chowalem sie w cieniu, a na koniec uciekam z miejsca przed nacierajacym wrogiem - gra dzieki temu nabiera kolorystki, przestaje byc jednoznacza, gdzie odkrycie przez wroga = restart, gdyz strzelanie nie daje zadnej satysfakcji - a tak wlasnie bylo w czesciach sprzed Conviction.

24.08.2013 17:22
Imperialista
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

Ostatecznie w tym fragmencie faktycznie rzucałem im przed oczy granaty usypiające, nie miałem wyjścia. I oczywiście mogę zrozumieć, że podobają Ci się zakończenie "z przytupem". Filmowość takich rozwiązań jest niewątpliwym atutem. Dla mnie jednak bez sensu są godzinne starania, przemykanie obok strażników znając ich ścieżki tylko po to, by na końcu powystrzelać posiłki, które przy okazji mówiąc wywaliły drzwi z hukiem akurat do miejsca w którym hipotetycznie nikogo być nie powinno. Musisz zrozumieć, że takie "niby nic" potrafi położyć całą misję, jeśli wczujesz się w Ducha odpowiednio mocno. I właśnie takie niezdecydowanie mam grze za złe.

24.08.2013 19:50
odpowiedz
zanonimizowany939755
1
Legionista

ale w takich sytuacjach, sam wole zrobic to w sposob glosny i efektowny - wowczas czuje sie jakbym ogladal porzadny film szpiegowski, gdzie przed chwila chowalem sie w cieniu, a na koniec uciekam z miejsca przed nacierajacym wrogiem - gra dzieki temu nabiera kolorystki, przestaje byc jednoznacza, gdzie odkrycie przez wroga = restart, gdyz strzelanie nie daje zadnej satysfakcji - a tak wlasnie bylo w czesciach sprzed Conviction.

Czasem sam tak robię, ale staram się to ograniczać, i często taką "filmowość" robię z użyciem likwidacji. W taki sposób ogłuszam (za pomocą tego paralizatora) maks. 2-3 przeciwników. W końcu to jest Splinter Cell. W tej grze powinno być jak najwięcej skradania i jak najmniej strzelania. Podobnie robię w Hitman: Absolution, ale też staram się w ten sposób likwidować maks. 2-3 przeciwników.

EDIT
Pytanie do tych co ukończyli grę. Czy po ukończeniu wątku głównego w Blacklist będę mógł wykonać dodatkowe misje Grimm i innych pobocznych bohaterów?

24.08.2013 21:29
Imperialista
odpowiedz
Imperialista
20
Centurion

Jasna sprawa, będziesz mógł :)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze