Mike Oldfield - Man on the Rocks - Recenzje(25). - Bartek Pacuła - 2 marca 2014

Mike Oldfield - Man on the Rocks - Recenzje(25).

Ostatnia studyjna płyta Oldfielda powstała w 2008 roku i choć została przyzwoicie przyjęta i przez krytyków, i „normalnych” słuchaczy, to Mike popadł po niej w kryzys twórczy. Jak sam mówił – nie sądził, że jeszcze coś kiedykolwiek skomponuje i nagra. W takim przekonaniu trwał do 2012 roku, a konkretnie do ceremonii otwarcia brytyjskiej olimpiady. Występ ten dał Oldfieldowi nie tylko potężne pieniądze (dość powiedzieć, że sprzedaż jego najdoskonalszego dzieła – Tubular Bells – skoczyła o ponad 760%), ale dała mu też zastrzyk energii, twórczego zapału i chęci, by jeszcze raz powrócić na półki sklepowe z nowym materiałem. Mamy rok 2014, a dokładnie dziś do sklepów trafił najnowszy krążek Mike’a zatytułowany Man on the Rocks. Czy decyzja o powrocie do komponowania i nagrywania była trafna, czy też Oldfield rzeczywiście powinien poprzestać na ostatniej płycie?

Mike podczas występu na olimpiadzie.

Płytowe dokonania Oldfielda można podzielić na dwa typy. Część jego krążków zawiera monumentalne, rozbudowane suity, którym towarzyszą inne, czasami równie epickie, utwory instrumentalne. Taką płytą jest, wspomniana wyżej, Tubular Bells, a także Five Miles Out czy Incantations. Drugim typem oldfieldowych tworów są płyty napakowane różnymi, często świetnymi i wpadającymi w ucho piosenkami, które często stawały się potem hitami żyjącymi własnym życiem. Przykładem takiej płyty jest Crises z Moonlight Shadow, Foreign Affair oraz Shadow on the Wall, a także Discovery z To France, Tricks of the Light i kawałkiem tytułowym na czele. Man on the Rocks bez wątpienia przynależy do tej drugiej grupy – otrzymujemy bowiem na niej 11 utworów, z których najdłuższe mają „tylko” po 6 minut.

Okładka Man on the Rocks.

Oldfield od kilku lat może poszczycić się mieszkaniem na Bahamach, gdzie też odbyło się część nagrywania tego krążka. Słońce, morze, plaża – wydawałoby się, że to idealne warunki, by nagrać album wesoły, bezpretensjonalny i tryskający pozytywną energią. Nadzieję na sporą porcję dobrej muzyki dawały też nazwiska ludzi biorących udział w nagrywaniu Man on the Rocks, a optymizm Oldfielda tylko przypieczętowywał słuszność oczekiwania w napięciu na coś co najmniej dobrego. Choć piszę to z krwawiącym sercem, bo Oldfielda lubię (i to bardzo), Mike’owi zwyczajnie nie wszyło. Wszystko to, czego mogliśmy się spodziewać po tym albumie wyszło na opak. Zamiast bezpretensjonalności dostaliśmy potężną dawkę dziwnego, zupełnie niepasującego nadęcia. Zamiast pozytywnej energii – godzinny spektakl pustki i wyblakłości, a zamiast morza i plaży – dziurę nudy, w której wiecznie pada deszcz.

Tył Man on the Rocks.

Większość, i to naprawdę znakomita większość, utworów zbudowana jest na tym samym złym wzorcu. Raz za razem otrzymujemy więc przyjemny, ale nic ponad to, śpiew Luke’a Spillera, miałkie, niewywołujące żadnych emocji teksty oraz taką-sobie melodię, która bez żadnej werwy tli się gdzieś na 10. planie. Utworów jest, jak już zdążyłem napisać, 11 i ten schemat odnosi się prawie do każdego z nich. Dobrym przykładem jest np. otwierająca płytę kompozycja Sailing. Słuchając tego kilkanaście razy nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że ta radość, którą ten kawałek próbuje markować, jest wciśnięta niejako na siłę , przez co cała piosenka jest pretensjonalna, pusta i niewywołująca żadnych emocji poza znużeniem. Jeszcze gorzej jest przy utworze tytułowym. Utwór Man on the Rocks jest kosmicznie nudny, a ewidentne silenie się całego zespołu z Oldfieldem na czele, by stworzyć coś świetnego wywołuje tylko sardoniczny uśmiech na twarzy. Mógłbym dokładnie tak samo opisać resztę kawałków, ale sensu to nie ma – w końcu nie powinno się kopać leżącego.

Coż żeś, Mike, narobił?!

By być jednak sprawiedliwy i oddać cesarzowi co cesarskie trzeba wspomnieć, że jeden kawałek Oldfieldowi się udał. To kompozycja Chariots i jest ona tym, czym miał być (tak mi się wydaje) cały ten album. Piosenka ta ma w sobie, nareszcie!, odpowiednią dawkę energii, jest wesoła i wzbudza pozytywne emocje, ale nie sili się przy tym jakoś specjalnie, dzięki czemu nie popada w śmieszność. Chariots to kompozycja bardzo udana, nawiązująca i klimatem, i jakością do wcześniejszych płyt, i która mogłaby się z powodzeniem znaleźć np. na hitowym Discovery. Jest to jednak zaledwie jeden utwór, którego pojawienie się tyle cieszy, co boli. Kawałek ten pokazuje bowiem, że gdzieś tam w Oldfieldzie tkwi jeszcze prawdziwy kozak, który zna się świetnie na komponowaniu, i który umie przenieść słońce tropików do naszych domów. Niestety ten człowiek wpada tylko na chwilę, a my, raz za razem, nie potrafimy go zatrzymać. Szkoda – potencjał ewidentnie był, ale został koncertowo zmarnowany.

Na sam koniec – jeszcze słów kilka o jakości nagrania tej płyty. Niestety i tu nie jest najlepiej. Płyta przez całą godzinę, od początku do końca, straszliwie huczy. Nie ma tutaj mowy o żadnym budowaniu sceny, o jakiejś przejrzystości tego wszystkiego. Nie. Dostajemy jednostajny, monotonny huk, który może byłby pożądany, gdyby Oldfield występował pod pseudonimem Luciferus i grał black metal.

Nie wiem jak to się stało, że człowiek odpowiedzialny m.in. za te wspaniałe płyty mógł nagrać coś takiego.

Choć przykro mi jest to stwierdzić, to niestety muszę – płyta Man on the Rocks to nieciekawe, pretensjonalne dzieło, które nie wywołuje żadnych emocji, poza nudą i zmęczeniem uszu. Mike nie podjął najwyraźniej dobrej decyzji o powrocie do komponowania. Rok 2013 zaczął się pomyślnie od niezwykle udanego powrotu Nicka Cave’a z jego Push the Sky Away, a potem ten rok przeszedł do historii jako 12 miesięcy świetnych comebacków starych gwiazd. Dokładnie rok po premierze Push the Sky Away dostaliśmy mierne Man on the Rocks, a rok 2014 przejdzie do historii jako… uhh, nie. Miejmy nadzieję, że nie.

Teksty o Oldfieldzie z Gameplay’a:

Moje recenzje oldfieldowskich Crises oraz Five Miles Out: http://gameplay.pl/news.asp?ID=81658

Tekst Maurycego o bardzo dobrej płycie Oldfielda Ommadawn: http://gameplay.pl/news.asp?ID=83043

Poprzednie recenzje:

Maria Peszek – Jezus is aLive: http://gameplay.pl/news.asp?ID=83523

Behemoth – The Satanist: http://gameplay.pl/news.asp?ID=83376

Mój fanpage na FB: https://www.facebook.com/musictothepeoplemagazine

Bartek Pacuła
2 marca 2014 - 19:03

Komentarze Czytelników (32)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
05.03.2014 22:44
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Jasne. Napisałem wiadomość na moim FB z prośbą o adres do wysyłki na PW ;)

06.03.2014 01:22
odpowiedz
Abacab
1
Junior

Mnie najbardziej wkurzyło zdanie: "Mike nie podjął najwyraźniej dobrej decyzji o powrocie do komponowania". Fakt MOTR wybitnym dziełem nie jest, od początku wiadomo było, że album będzie raczej z tych "lżejszych" ("Sailing" już to zwiastował), po 2 dwudniowym i parogodzinnym przesłuchaniu albumu w wersji oryginalnej, demo (z wokalem i mixem Oldfielda), oraz instrumentalnej mogę powiedzieć tylko 1: Mike pracuj sam i nie pozwól ingerować w swoje pomysły.
Mike jako muzyk osiągnął wszystko i nic nie musi nikomu udowadniać. Jeśli nagrałby coś powiązanego z dzwonami, "Omaadawn", czy "Incatations" zaraz posypały by się gromy, że odcina kupony od swojej twórczości. Radzę dobrze przesłuchać album najlepiej w wersji deluxe oferującej 3 różne warianty MOTR. Moja poprzednia opinia została wystawiona trochę pochopnie i gdybym mogła na pewno bym ją zeedytowała.
Autor recenzji raczej zbyt dobrze nie zna dyskografii Oldfielda skoro do tej pory zrecenzował tylko 4 płyty.
Radzę drogi autorze dokładnie prześledzić karierę Oldfielda, bo jego muzyki nie można wrzucić do 1 worka. Każdy następny album reprezentuje inny gatunek muzyczny:przykładem może być elektroniczne "Light & Shade", a potem wydanie "Music of the Spheres" z muzyką klasyczną na czele.
Ktoś w komentarzach wspomina płytę "Platinum" jako dzieło wybitne, ale gdy zostało wydane w '79 roku krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, płyta została wydana by pod naciskiem wytwórni oraz w akcie desperacji (Oldfield był bliski bankructwa).

06.03.2014 08:37
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Ja nie odsluchalem tylko 2 albumow Oldfielda, wiec skad pomysl, ze nie znam jego dyskografii??? ;)

06.03.2014 09:12
👍
odpowiedz
wysiak
95
tafata tofka

Udalo mi sie wreszcie przesluchac, i musze powiedziec, ze plyta calkiem mi sie podoba, slychac klimaty oldfieldowskie, choc niepodobne do wiekszosci poprzednich plyt - szczerze mowiac calosc calkiem przypominala mi tworczosc Marillion (z Hogarthem, nie wczesne plyty). Dla mnie to nie wada, bo Marillion, podobnie jak Oldfielda, bardzo lubie. wiec taka fuzja akurat mi pasuje:) O poszczegolnych utworach nie bede sie rozpisywal, bo na razie przesluchalem tylko raz, z jednym tylko musze sie zgodzic - dosc marna jakosc nagrania, dynamic range lezy i kwiczy (przynajmniej w porownaniu do realizacji innych plyt Oldfielda, bo jest duzo gorszych produkcji). Zauwazylem to nawet na sluchawkach przenosnych w drodze do pracy, az boje sie wlaczac na porzadniejszym sprzecie - niedoskonalosci bedzie slychac tylko lepiej..
Ale generalnie jestem na plus.

06.03.2014 09:21
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

@Abacab - siadłem do kompa, więc mogę odpisać coś więcej. Po pierwsze - naprawdę nie rozumiem skąd wpadłaś na pomysł, że nie znam jego dyskografii? Bo zrecenzowałem tylko 3 (nie 4 nawet!) krążki? A widziałaś u mnie recenzje jakiejś płyty Queen? Czy to znaczy, że w ogóle ich nie znam? Po drugie - to moja recenzja i moja opinia. Tak, wg. mnie Mike powinien posłuchać tego głosu, który zagłuszył po Igrzyskach i nie nagrywać tego. Możesz się nie zgodzić, jasne. Ale nie mów mi, proszę, że to wynika z mojej nieznajomości Oldfielda (bo to tylko insynuacje), albo że nie mam prawa tak mówić. Mam i mówię :)

@wysiak - czekam w takim razie na głębsze przemyślenia po lepszym zapoznaniu się z płytą ;)

06.03.2014 09:32
odpowiedz
HubertT
45
Łowca Androidów

Właśnie płytę przesłuchałem. Muszę powiedzieć, że mi się nie wydaje taka zła. Jest przeciętna co jak na Oldfielda oznacza wiele. Kilka utworów się wyróżnia, m.ni. Nuclear innym tempem i brzmieniem. Zabrakło troszkę ale nie aż tak dużo jak sugeruje Darth.

06.03.2014 10:22
odpowiedz
wysiak
95
tafata tofka

Wlasnie koncze sluchac drugi raz w pracy, i zdanie sie potwierdza - plyta wiecej niz poprawna, jest calkiem dobra. Jest kilka swietnych kawalkow (Moonshine, Man on the rocks, Castaway, Nuclear, Chariots, I give myself away), pare przecietnych (zbyt rozciagniete i przynudzajace Following the angels, Irene), za to nie ma nic, co zbytnio wybijaloby sie na minus i nie pasowalo do reszty, jak chocby Man on the Moon na Tubular Bells III, ktory zwykle przeskakuje, bo jest kompletnie z innej bajki, i psuje mi odbior calosci. Slychac, ze plyta nagrana 'z glowa' i zgodnie ze spojnym planem - tak to sobie Oldfield zaplanowal, i tak zrobil. A srednia tak czy owak wychodzi calkiem dobrze.

PS. Z ciekawosci sprawdzilem na dr.loudness-war.info, i rzeczywiscie jest to najgorzej pod wzgledem technicznym zrealizowana plyta Oldfielda.. Pozostaje miec nadzieje na jakas poprawiona, zremasterowana reedycje...

06.03.2014 11:01
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Powiem szczerze, że po raz pierwszy napotkałem tę dziwną stronę. Nie lepie bazować na tym co się po prostu słyszy? ;)

06.03.2014 11:23
odpowiedz
wysiak
95
tafata tofka

Powiem szczerze, że po raz pierwszy napotkałem tę dziwną stronę. Nie lepie bazować na tym co się po prostu słyszy? ;)
Brzmi to dziwnie od czlowieka, uzywajacego do sluchania takiego audiofilskiego sprzetu.. Majac mozliwosc doskonalego technicznie odsluchu, osobiscie wole przy kupnie plyty, ktora na przyklad posiada rozne edycje, wybrac mozliwie dobry technicznie remaster - do sprawdzania tego glownie tej strony uzywam.
Sztandarowy przyklad:
http://dr.loudness-war.info/album/list/dr?artist=metallica&album=death+magnetic
Majac wybor, wolalbys sluchac oryginalnego wydania albumu, czy wersji z Guitar Hero?

06.03.2014 11:41
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Zle mnie zrozumiales. Mnie chodzilo o to, ze swoj werdykt dot. jakosci nagrania dales dopirto po sprawdzeniu trgo na jakiejs stronie. I to mnie, jako osoby ktora slucha muzyki na audiofilskim sprzecie, wlasnie dziwi.

06.03.2014 11:47
odpowiedz
wysiak
95
tafata tofka

Przeczytaj moj pierwszy post jeszcze raz - przeciez wyraznie napisalem, ze nawet sluchajac w pociagu na sprzecie przenosnym cos mi tam nie pasowalo, sprawdzilem wtedy od razu przez porownanie z remasterowanym Tubular Bells. A strone sprawdzilem godzine pozniej...

chcialem tylko napisac, ze nie widze sensu posilkowania sie takimi stronami i tyle.
Sens posilkowania sie takimi stronami wytlumaczylem post wyzej, nie chce sie powtarzac. Oczywiste, ze jak sie juz posiada dane nagranie, to mozna samemu ocenic jego jakosc - gorzej, gdy sie go nie posiada, i dopiero przymierza sie do kupna..

06.03.2014 11:51
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Wiem, widzialem ;) chcialem tylko napisac, ze nie widze sensu posilkowania sie takimi stronami i tyle.

06.03.2014 11:59
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

U audiofili zasada jest banalna - albo szukaj pierwszych wydan, albo japonskich. A w wypadku tej plyty sprawa jest jeszcze prostsza - nie ma innej wersji poki co, bo to nowosc, wiec ten argument w tym wypadku traci racje bytu.

06.03.2014 12:09
😒
odpowiedz
wysiak
95
tafata tofka

Zalamujesz mnie:) Przeciez naprawde bardzo wyraznie napisalem dlaczego W TYM PRZYPADKU zajrzalem na ta strona i poszukalem informacji - na kiepskim sprzecie i w kiepskich warunkach jakosc nagrania wydawala mi sie dosc slaba, wiec chcialem sprawdzic czy mialem sluszne odczucie, a moze na przyklad pliki kiepsko mi sie zgraly z cd (choc EAC zawsze robil to dobrze). Do wieczora nie bede mial mozliwosci posluchania prosto z plyty na sprzecie lepszym, wiec chcialem zaspokoic swoja ciekawosc. Tyle.

06.03.2014 12:53
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Eh, moglbym napisac to samo, ale zgadzam sie w tym, zebysmy to zakonczyli.

06.03.2014 15:09
odpowiedz
mike78
1
Junior

Jako fan muzyki Mike'a od ponad dwudziestu lat, dumny posiadacz całej dyskografii i innych trudno dostępnych materiałów muszę się zgodzić z recenzentem. Przykro mi było że od Light & Shade nie licząc symfonicznego Music of.. Mike nic nie nagrał. Minęło długich 9 lat od albumu L&S a od dobrego moim zdaniem 18 (Voyager). Płyta przypomina mi końcowe dzieła z okresu pamiętnego kontraktu z Virgin gdzie nagrywał cokolwiek żeby tylko wypełnić zobowiązania, mam tu na mysli Earth Moving czy Heavens Open. Płyty o niczym a ostatnia nagrana z jego własnym wokalem co niosło świadomy przekaz dla Bransona. Najnowszy album niestety mogę porównać do tej wspomnianej, lepszej odrobinę o wokal właśnie. W mojej opinii jest to składanka "pioseneczek" których autorem mógłby być każdy. Włączając starsze płyty Oldfielda od razu słychać że to jego dzieła, tutaj gdybym nie widział napisu na okładce nie zgadłbym że to Mike. Jedyna piosenka która przypomina mi starsze dzieła to właśnie Chariots w której czuć trochę feelingu i która podobna jest do Discovery z płyty o tym samym tytule. Z przykrością to wszystko napisałem,ale niestety nie tego się spodziewałem po moim ulubieńcu. Zaryzykuję tezę że odkąd wyniósł się z Anglii (przez zakaz palenia w miejscach publicznych) i zaczął beztroskie życie na Bahamach, zatracił zupełnie pomysły i chęci do dalszego nagrywania utworów stylu którym raczył mnie od dawna. Pozdrawiam

06.03.2014 16:51
😉
odpowiedz
em_ko
1
Junior

odsłuchałem tę płytkę raz, drugi, trzeci ...dziesiąty i ... będę słuchać dalej, bo bardzo poprawia mi nastrój. Co do opinii recenzenta, że płyta nie wywołuje emocji, że nudna bla bla... cóż, każdy ma prawo do swojego zdania. A może trzeba posłuchać tej płyty gdy ma się dobry nastrój, gdy świeci słońce za oknem, gdy słychać w oddali szum ciepłego morza... Tego radzę i może wtedy od razu recenzja byłaby lepsza.

06.03.2014 17:23
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Hah, do płyty wrócę na pewno kiedyś, by zrewidować moją opinię. Jednak dobra płyta powinna być dobra niezależnie od pogody, prawda? ;)

06.03.2014 19:01
odpowiedz
wysiak
95
tafata tofka

Jednak dobra płyta powinna być dobra niezależnie od pogody, prawda? ;)
No i jest dobra niezaleznie od pogody, zdaniem juz przynajmniej kilku osob, prawda?

06.03.2014 19:04
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

A wedlug kilku nie - i koniec tematu ;)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze