Sekrety serii Dragon Age
Wszystkie grzechy Gothica. Jakim cudem tak źle zaprojektowana gra zdobyła tylu wiernych fanów?
Klasyczne CRPG i ich droga ku zapomnieniu
Postacie, dialogi, wybory - dywagacje o grach cRPG.
Pen & Paper #2. O tworzeniu postaci
Hej zagrajcie muzykanty! O bardach, skaldach i kapelach w grach RPG
Część z Was może kojarzyć niezbyt znany w Polsce kanał YouTube Extra Credits. Prowadzi go grupa osób pracujących dla różnych wydawców gier wideo (głównie AAA) a zarazem analityków tej branży, z których część organizuje zajęcia z tworzenia gier na amerykańskich uczelniach.
Ostatnio ekipa z Extra Credits stworzyła mającą pięć odcinków serię krótkich filmików, które mają wspólny temat: Wieżę Durlaga z gry Baldur's Gate (wprowadzonej w dodatku).
Gry z Kickstartera często wywołują wśród nas negatywne emocje, a tu proszę, kolejny naprawdę dobry tytuł sfinansowany przez ludzi. Uzbierał on aż 100 tysięcy funtów. Chodzi o tytuł Sunless Sea. Jest to steampunkowa strategia z elementami RPG, roguelike i przygodówki. Mówi się co za dużo to niezdrowo, ale w tym przypadku jest inaczej, dostaliśmy grę prawie idealną. Prawie. Ale to wciąż bardzo wiele.
Dziś nie ograniczę się do jednej gry, chcę za to skupić się na jednym z powszechnych, a bardzo tandetnych i psujących rozgrywkę zabiegów wykorzystywanych przez twórców cRPG-ów. Twórców, zaznaczmy, produkujących gry przeciętne lub wręcz słabe. Wybitne lub „tylko” bardzo dobre cRPG-i są zazwyczaj pozbawione tego typu bzdur.
Wiele osób nie potrafi do końca określić powodu swego rozczarowania jakąś grą. Było fajnie, znośnie, niektóre walki nużyły, inne zmuszały do myślenia i wysiłku, część dialogów była świetnych, a czasem fabuła jakoś tak nie styknęła, ale było ogólnie w porządku… I dopiero przy napisach końcowych nabrało się wrażenia, że wszystko to wyszło jakoś tak mdło, bez sensu i dziwnie. I jednym z bardzo ważnych powodów, dla których to następuje, a które ja dostrzegam, jest tendencja przeciętnych twórców do odbierania graczom ich postaci. Czasem głównego bohatera, czasem członków drużyny. Ogólnie sprawiania, że finał gry nie zależy aż tak mocno od naszych poprzednich decyzji.
Ostatnie wpisy takie sztywne i poważne były, to pozwolę sobie wrzucić coś dla śmiechu.
Dawno, dawno temu opublikowano opis niemal dwustu mniej lub bardziej ciekawych klisz powiązanych z fabułami jRPG-ów. Poniżej przedstawiam zmodyfikowany, przetłumaczony przeze mnie wyciąg najbardziej (moim zdaniem) wartych uwagi przytyków od strony twórców owej listy - z kilkoma prywatnymi dodatkami.
A jeżeli nie wiecie, czym są jRPG-i... Pomoże to zrozumieć ten filmik.
Zasada spóźnionego początku
Na początku gry bohater(k)a zostaje zawołany przez kogoś znajomego, najczęściej matkę, gdyż zapomniał o / spóźnił się na ważne wydarzenie, które ma wyjaśnić nadchodzącą fabułę gry.
„O nie! Moja ukochana wioska!”
Rodzinna wioska, miasto, slumsy czy planeta bohatera zostaje widowiskowo zniszczona w trakcie gry. Zazwyczaj na samym początku.
Myślenie niewłaściwą główką
Bohater zawsze będzie gotów poświęcić swe życie dla dobra dziewczyny w opresji – nieważne, o jak poważne czyny jest oskarżona lub jak niejasna jest jej tożsamość.
Warband jest jedną z najdłużej przeze mnie granych gier na STEAM i wciąż od czasu do czasu do niej wracam, a nawet jakiś czas temu rozszerzyłem ją sobie o Viking Conquest. Grywalność tego tytułu jest nie do pomyślenia, wprost perełka. I tego samego możemy się spodziewać po nadchodzącym Mount & Blade II: Bannerlord. W czym będzie lepszy od poprzednika? Czego się spodziewać? Albo inaczej - czego oczekiwać? Porozmawiajmy...
Początkowo chciałem napisać o najstarszej obecnie grywalnej grze cRPG, jednakże żeby czytelnikom trochę bardziej naświetlić temat o początkach cRPG, w ogóle, dlatego zdecydowałem się zacząć od samego początku.
Dawno, dawno temu, za górami za lasami i do tego głębokimi morzami, na odległym lądzie, w mrocznej erze gier komputerowych, żyli ludzie, którzy nie tylko potrafili programować, ale fascynował ich także świat fantastyki.
Wtedy to kilku zapaleńców zdecydowało się stworzyć, gry które będą prowadziły bohatera przez mroczne lochy, gdzie trzeba będzie poradzić sobie z przeciwnościami, lub zginąć w ciemnych korytarzach…
Podobno pierwsze z gier powstały, na miesiące przed powstaniem broszury Dangeon&Dragons w 1974 roku, jednakże zarówno tytuły gier, jak i nazwiska ich twórców zaginęły w pomroce dziejów.
Gra The Elder Scrolls IV: Oblivion miała przed laty trafić na PSP. Dokładnie tak, ten przepiękny w dniu swojej premiery moloch miał zaszczycić posiadaczy przenośnej konsolki Sony i to w formie jak najbliższej oryginału konwersji, a nie autorskiej wizji znanej z mobilnej wersji gry. Nic jednak ostatecznie z tego nie wyszło i dzisiaj pozostaje tylko z rozrzewnieniem lub ulgą oglądać wczesne materiały z projektu w internecie.
Seria Dragon Age na przestrzeni lat i wydanych w tym czasie trzech pełnoprawnych odsłon ewoluowała lub, jeśli wola, dewoluowała jak żadna inna marka kanadyjskiego BioWare. Weterani gatunku nie obawiali się eksperymentować ze swoim dziełem, co jednych graczy cieszyło, innych zaś coraz bardziej odpychało od rzeczonego cyklu. Wziąwszy pod uwagę enigmatyczne tweety Marka Darraha – producenta wykonawczego serii Dragon Age – możemy śmiało założyć, że już teraz coś jest na rzeczy i niewykluczone, że wkrótce ujrzymy zapowiedź czwartego Dragon Age. Nie mam jednak zamiaru dłużej się nad tą kwestią rozwodzić, lecz postawić i odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: co powinno zaoferować wymarzone Dragon Age IV? W niniejszym tekście przyglądam się poszczególnym odsłonom cyklu oraz ich wadom i zaletom, starając się zaproponować receptę na, nomen omen, nowy początek dla marki. Jeśli nie boicie się spoilerów a Dragon Age nie jest Wam obojętne, zapraszam do lektury.
Kiedy myślę o swoich ulubionych erpegach, zazwyczaj w pierwszej kolejności wspominam postaci, jakie darzyłem szczególną sympatią lub antypatią. W większości produkcji mam swoją ulubioną ekipę, którą najchętniej zabieram w drogę, gdy do danego tytułu powracam. Pewnego dnia ktoś rzucił luźną myśl – „gdybyś mógł stworzyć drużynę z dowolnych postaci z RPG, to kogo byś do niej wziął”? Pytanie było na tyle ciekawe, że postanowiłem odpowiedzieć na nie niniejszym tekstem. Zachęcam również do zabawy wszystkich fanów gatunku, tylko uważajcie na spoilery!
RPG nie należy do gatunków zapomnianych w grach wideo. Wręcz przeciwnie! Elementy charakterystyczne dla takich produkcji pchane są teraz w praktycznie każdy nowy tytuł. W każdej szanującej się premierze sortu AAA, możemy dostrzec jakieś elementy craftingu czy rozwoju postaci. Tego typu mechaniki stały się od niedawna dla graczy normą. A mówiąc od niedawna, mam tu na myśli od momentu, gdy gry z otwartą strukturą świata zawładnęły rynkiem. W gąszczu takich tworów zaginęły gdzieś prawdziwe RPG, wierne regułom panującym przy stołach, na których leżą podręczniki do systemu Dungeons & Dragons. Nostalgicznie spoglądam w przeszłość i widzę takie marki jak Baldur's Gate czy Icewind Dale, które zostały kompletnie zapomniane przez branżę.