Retro stylistyka gier niezależnych staje się pewnym problemem. Z jakiegoś powodu twórcy indie masowo produkują tytuły nawiązujące graficznie do 8. i 16. bitowej epoki gier wideo. Z tego powodu przejadło mi się granie w tytuły, które nie dość, że są podobne do gier z lat 90. to jeszcze wszystkie wyglądają tak samo. Efektem takiej sytuacji jest to, że bardzo łatwo jest stracić z oczu interesujące i wartościowe pozycje. Exile's End pojawiło się rok temu na PC i przeszło bez jakiegokolwiek echa. Teraz tytuł ten wylądował na PlayStation 4. Czy gra ta jest na tyle dobra by zostać w końcu zauważonym?
No dobrze, odrobinę w tym tytule przesadziłem, bo możliwe, że część czytelników jednak słuchała tych dobroci. A już na pewno całkiem spore grono rozpoznaje zadziornego smoka z grafiki poniżej – bohatera gry o wybitnie odkrywczym tytule Spyro the Dragon. Co prawda ten fioletowy gad dochrapał się całej serii gier sygnowanych swoim imieniem, niemniej dzisiaj chciałbym się skupić na pierwszej części. I chociaż gameplayowo pozostałe dwie odsłony z oryginalnej (tworzonej przez Insomniac Games) trylogii są zdecydowanie lepsze, pod względem soundtracku – moim wysoce subiektywnym zdaniem – nie mają startu do pamiętnej „jedynki”.
Na Steamie opublikowana została piękna, choć krótka gra o niewiele mówiącej nazwie Mandagon, reklamowana jako „zainspirowana tybetańską filozofią i teologią” (co, jak się zastanowić, nie znaczy wiele). Nim w swym zachwyceniu zacznę ją rekomendować, zaznaczyć należy, że są powody, które wielu bez wątpienia odstraszą. Jeżeli zgadzasz się z jednym z poniższych stwierdzeń:
Tydzień temu opublikowałem wpis poświęcony Stardew Valley, dwa tygodnie temu – recenzję gry Rune z roku dwutysięcznego. Można powiedzieć, że mieliśmy już okazję się poznać, więc chyba nastał dobry czas na oficjalne powitanie.
W sieci zwą mnie Aureus i choć różnorodną publicystykę poświęconą grom wideo pisałem już w wieku licealno-studenckim, teraz na nowo wracam do tego hobby. Przez parę ostatnich lat moja pisanina skupiała się na grach fabularnych.
O ile produkcje AAA są niewątpliwie warte uwagi, ich wydawców stać na obszerną publicystykę i każda gra doczekuje się u nas wielu mniej czy bardziej profesjonalnych recenzji. Można śmiało powiedzieć, że Jeszcze Jeden Blog recenzujący Wiedźmina 3, Fallouta 4, Overwatch czy dodatek do Hearthstone’a raczej nikomu się już nie przyda.
Zamierzam więc skupić się na recenzjach i rozważaniach związanych z:
Przy zakupie zestawu gier o nazwie RPG Heroes Bundle pewnie założył(a)byś, że w jego skład wchodzą same cRPG-i. A tu proszę: Rune Classic, reedycja gry akcji z roku dwutysięcznego, która z RPG nie ma nic wspólnego. Ma całkiem niezłe oceny, a jeżeli jest się dziadem jak ja i nie przejmuje się zbytnio przestarzałą grafiką, może warto dać jej szansę?
Cóż – nie warto. Gdy zdziwiony przeglądałem co wyżej punktowane recenzje na Steamie, stało się jasne, że wielu fanów zaczyna swoje wypowiedzi od „jedna z ulubionych gier mego dzieciństwa” czy „jak byłem młody, grałem w to dziesiątki godzin”. Gra ma obecnie dwa trailery – po jednym dla trybów single i multi i z tego, co wiem, właśnie ten drugi typ rozgrywki jest szczególnie ceniony przez fanów. Mnie jednak gra wieloosobowa nie interesuje, a tak się słada, że mniej niż 9% grających zdobyło achievement przejścia gry. Zastanówmy się, dlaczego.
Gra zainteresowała mnie przede wszystkim zapowiadanymi elementami mitologii nordyckiej. Nasz bohater, Ragnar (nie, nie TEN Ragnar), żyje sobie w fikcyjnej krainie wikingów, Walhalli i goblinów. Wojownicy z naszej wioski płyną na wojenkę, dostają solidne baty i Odyn postanawia pomóc Ragnarowi w zdobyciu zemsty. Tak się bowiem składa, że narzucony nam w trzech minutach fabuły nemezis postanowił zniszczyć ostatni istniejący Kamień Run. Jeżeli mu się uda, Loki uwolni się z swego więzienia i nastąpi Zmierzch Bogów. Klasyka! Gra robi przy tym błąd zakładając, że jak osoba, której nie znamy, zabije kogoś, kogo również nie znamy, to niezwykle zaangażuje nas pragnienie ZEMSTY (łubudubu).
Początkowo chciałem napisać o najstarszej obecnie grywalnej grze cRPG, jednakże żeby czytelnikom trochę bardziej naświetlić temat o początkach cRPG, w ogóle, dlatego zdecydowałem się zacząć od samego początku.
Dawno, dawno temu, za górami za lasami i do tego głębokimi morzami, na odległym lądzie, w mrocznej erze gier komputerowych, żyli ludzie, którzy nie tylko potrafili programować, ale fascynował ich także świat fantastyki.
Wtedy to kilku zapaleńców zdecydowało się stworzyć, gry które będą prowadziły bohatera przez mroczne lochy, gdzie trzeba będzie poradzić sobie z przeciwnościami, lub zginąć w ciemnych korytarzach…
Podobno pierwsze z gier powstały, na miesiące przed powstaniem broszury Dangeon&Dragons w 1974 roku, jednakże zarówno tytuły gier, jak i nazwiska ich twórców zaginęły w pomroce dziejów.
Niecałe ćwierć wieku temu serca fanów fantastyki podbiła Ultima: Underworld, poboczna seria legendarnego cyklu Ultima, stworzona przez ludzi, którzy dali nam takie produkcje jak pierwszy System Shock i Thief. Tytuł ten, jak na swoje czasy, napakowany był innowacjami, które zainspirowały dziesiątki kultowych dzisiaj serii. I chociaż Underworld doczekała się tylko jednego sequela, tak jej główne założenia przejęła inna seria, która obecnie cieszy się ogromną popularnością. Chodzi oczywiście o The Elder Scrolls.
Większość gatunków gier ma jednego bądź kilku prominentnych przedstawicieli, którzy uchodzą za absolutny wzór do naśladowania. W przypadku skupionych na opowieści erpegów takim tytułem jest bezsprzecznie Planescape: Torment autorstwa studia Black Isle. Niezwykle wciągająca fabuła, znakomite odgrywanie roli, zapadające w pamięć postaci – to trzy główne filary legendy Tormenta (Reguła Trójek w najlepszym wydaniu). Nie wszyscy jednak wiedzą, że nawet mimo swojej złożoności i długości, Udręka jest produkcją mocno pociętą, pozbawioną wielu elementów wcześniej planowanych przez deweloperów. W niniejszym tekście przedstawię kilka co ciekawszych przypadków porzuconych pomysłów oraz wyciętej bądź niezaimplementowanej zawartości. Nie zabraknie też, jak to w moich wypocinach, kilku ciekawostek. Strzeżcie się spoilerów i nie ufajcie czaszce!
Team17 to firma bardzo bliska polskim graczom. Praktycznie wszyscy okupowaliśmy komputery bawiąc się Worms, prawie wszyscy płakaliśmy przy odsłonach w 3D, prawie wszyscy jakieś tam Wormsy w swoich kolekcjach pewnie posiadamy.
Firma zaczynała karierę jako 17-Bit Software, spółka skupiająca się na Amidze i sprzedająca między innymi produkty demo sceny. Przywiązanie do przyjaciółki sprowadziło do nich niejaki Team 7, co w skrócie doprowadziło do fuzji i powstania ojców robali. Tyle mini-lekcji historii. Wspólnymi siłami stworzyli wydawcę oraz producenta skupionego początkowo na Amidze – a potem głównie na PC.
Podczas gdy Hatred powoli gaśnie w pamięci zarówno graczy, jak i mediów, ja postanowiłem przyjrzeć się grze, która ten tytuł zainspirowała. Seria Postal jest doskonale znana wszystkim tym, którzy w skórze Kolesia wyżywali się na mieszkańcach miasteczka Paradise oraz tym, których mocno zniesmaczył sposób, w jaki ci pierwsi spędzają czas wolny. Większość zamieszania odbyła się jednak wokół drugiej części tej serii, ja natomiast zamierzam zmierzyć się z pierwszym Postalem, w którego nigdy wcześniej nie miałem okazji zagrać.