Recenzja filmu Han Solo - za tydzień zapomnisz o czym był ten film - Czarny Wilk - 27 maja 2018

Recenzja filmu Han Solo - za tydzień zapomnisz, o czym był ten film

Kiedy niecałe pół roku temu wychodziłem z kina po seansie Ostatniego Jedi, nie potrafiłem uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy film ten mi się podobał. Ósmy epizod Gwiezdnych wojen z jednej strony zawierał sceny i motywy, które z łatwością mógłbym zakwalifikować jako jedne z najlepszych w historii najsłynniejszej space opery świata, jak i takie, które bez cienia przesady nazwałbym najgorszymi.

Z Hanem Solo: Gwiezdnymi wojnami – historiami (chyba nigdy nie przyzwyczaję się i nie zaakceptuję nazewnictwa tych spin-offów…) mam problem podobny, choć tutaj podstawa rozterek jest inna. O ile The Last Jedi był filmem pełnym sprzeczności, najnowsza produkcja bardzo stabilnie trzyma się jednego poziomu –przeciętności, która ani niczym specjalnie nie irytuje, ani nie potrafi zachwycić.

Film bardzo dokładnie spełnia swoje podstawowe zadanie, pokazując młodość i początki kariery najsłynniejszego kosmicznego przemytnika. Odpowiada też na chyba wszystkie pytania, jakie moglibyśmy chcieć zadań po spotkaniu z tą postacią w oryginalnej trylogii – jak Han poznał Chewbaccę, jak wygrał Sokoła Millenium w karty, dlaczego rekordowe pokonanie trasy na Kessel podawane jest w jednostkach odległości a nie czasu, w jakich okolicznościach bohater nauczył się strzelać pierwszy.

Wszystko to wpisane zostało w bardzo starwarsową przygodę, pełną wartkiej akcji, humoru, charyzmatycznych, szarych moralnie bohaterów gotowych wbijać sobie nawzajem noże w plecy, kosmicznych pościgów i wizyt na różnorodnych planetach. Zabrakło jedynie jakiejś większej potyczki na dużą skalę– nie licząc bardzo krótkiej sekwencji wojennej na początku filmu, całość jest bardzo kameralna, bardziej od Ostatniego Jedi. Poza tym, są to jednak Gwiezdne wojny utrzymane w bardzo klasycznym stylu.

W tym sztywnym trzymaniu się założeń projektu i wierności klimatowi sagi zabrakło jednak choćby szczypty odwagi i szaleństwa, która sprawiłaby, że Solo zyskałby jakąś własną tożsamość. Nie powiem, że w trakcie seansu ani razu nie zostałem zaskoczony, bo parę dobrych kart twórcy z rękawa wyciągnęli (z pewnym bardzo WTF-owym występem gościnnym na czele), ale nie były to niestety asy i niespodzianki te na dłużej nie zapadły w pamięć. Podobnie jak i reszta fabuły, która okazała się solidna, przyjemna, ale niewywołująca szybszego bicia serca.

Nie licząc jednego wyjątku, Solo to niestety film, który ogląda się bez większego bólu, ale którego również nie zapamiętuje się na długo. Ten jeden wyjątek to droid L3 – zdecydowanie najbardziej oryginalna pod względem charakteru maszyna, jaką widzieliśmy dotąd w filmowych Gwiezdnych wojnach. Sztuczna inteligencja będąca wojowniczką o sprawiedliwość społeczną wypada sympatycznie, komicznie i związany jest z nią najlepszy (a przynajmniej najzabawniejszy i najoryginalniejszy) wątek filmu. Obok K-2SO z Rogue One jest to najfajniejszy filmowy droid, bijący na głowę częściej irytujących niż bawiących C-3PO, BB-8 czy – uwaga, niepopularna opinia – R2-D2.

Alden Ehrenreich w roli, którą dekady temu zdefiniował Harrison Ford, sprawdza się poprawnie. Jego Hanowi Solo brakuje wprawdzie charyzmy pierwowzoru, ale nie wypadł on tak fatalnie, jak martwiono się przed premierą i oglądanie go na ekranie nie boli. Nie przekonała mnie natomiast Emilia Clarke, która bardzo starała się zaprezentować jako przyjaciółka z dzieciństwa Hana coś innego niż wyniosłość Matki Smoków z Gry o Tron, ale nie do końca jej się to udało i cały czas widziałem w jej postaci Niespaloną.

Świetnie wypadli natomiast Woody Harrelson jako mentor Hana (ale ten aktor świetnie wypada zawsze, więc nihil novi). Zgodnie z przewidywaniami, doskonale spisał się także Donald Glover w roli Lando Calrissiana, tworząc bardzo udaną kreację aktorską. Do gustu przypadł mi również zagrany przez Paula Bettany’ego Dryden Vos, przywódca organizacji przestępczej balansujący na granicy megalomanii, szarmanckości, bezwzględności i szaleństwo. Nie miał on zbyt dużej roli, ale te sceny, w których się pojawiał, wykorzystał do cna. No i jeszcze raz muszę pochwalić L3, która była najlepszą postacią filmu.

Ze zdziwieniem muszę odnotować, że mam natomiast pewne zarzuty dotyczące warstwy wizualnej Hana Solo. O ile efekty specjalne czy scenografie przez cały film prezentują bardzo wysoki poziom, pozwalając nam także zwiedzić sporo różnorodnych planet, tak spory kawałek pierwszego aktu filmu był zdecydowanie zbyt ciemny, utrudniając obserwowanie akcji. Rozumiem zamysł twórców – pokazanie tego, jak bardzo ponura była młodość Hana – ale przesadzono z tym, przez co fragmenty te zwyczajnie źle się ogląda.

Biorąc pod uwagę burzliwy proces produkcji, niezachwycające zwiastuny i kontrowersje związane z wybraniem Ehrenreicha do roli tytułowego bohatera, drugie Gwiezdne wojny – historie wypadły całkiem nieźle, zręcznie unikając stania się katastrofą, jaką przeczuwała część fanów. Jednocześnie jednak jest to film tak bardzo pozbawiony jakiejś ikry i odwagi wyjścia przed szereg, że momentami balansuje na krawędzi nudy i kompletnie nie udaje mu się zapaść na dłużej w pamięć. To w zasadzie przeciwieństwo zbyt autorskiego Ostatniego Jedi – film, który niczym nie zachwyca, ani niczym nie irytuje. Do bezbolesnego obejrzenia i szybkiego zapomnienia.

Czarny Wilk
27 maja 2018 - 18:38

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
28.05.2018 12:43
Dogmaticus
96
Konsul

Czyli w pewnym sensie można powiedzieć, że głównym grzechem "Solo" jest brak tego, co w TLJ uważane było za jego główną wadę (powszechnie, bo akurat nie w recenzji autora, czy też nie w moim odczuciu).

W zasadzie zgadzam się prawie całkowicie z tą recenzją. Może z dwoma wyjątkami: mnie Glover nie kupił; i nie jest to pewnie jego wina, ale moja. Nie umiem wyjść poza pudełko Lando w wersji Williamsa. Urok oryginału jest nie do podrobienia, i... no nie został podrobiony ;).

Ponieważ jednak ja fanem Solo nigdy nie byłem, to ten film mi do gustu przypadł, bo pokazał wreszcie jakąś głębię tej postaci. Do tego cała masa easter eggów dodaje smaczku tej produkcji.

Co do WTF-owej obecności pod koniec filmu - spina się ona z Clone Wars i Rebels. Przynajmniej z tego, co czytałem. Bo niestety Rebels widziałem tylko pierwszy sezon, a z kolei Clone Wars nie widziałem końca.

28.05.2018 13:05
odpowiedz
PanSmok
180
Senator

Obejrzec - obejrze. Ale cudow nie oczekuje.

28.05.2018 13:17
1
odpowiedz
1 odpowiedź
Czarny Wilk
64
Bo jestem czarny

GRYOnline.plTeam

@Dogmaticus: Tak, wiem, że to element układanki ładnie pasujący do seriali. Ale dotąd Star Warsowe filmy raczej traktowały EU jako zabawkę dla geeków, od czasu do czasu rzucając jakieś nawiązanie słowne czy wizualne, generalnie jednak upewniając się, że filmy będą w 100% zrozumiałe dla osób, które poza kinem Gwiezdnych wojen nie znają. Solo się z tego schematu drastycznie wyłamał i to mnie tak bardzo zaskoczyło. Oczywiście, istnieje możliwość, że to po prostu podbudowa pod kolejne spin-offy a nie gigantyczny easter egg dla fanów... ale liczę, że to jednak pokazanie wszystkim, że hej, to już nie te czasy co dawniej i teraz EU faktycznie jest ważne :)

01.06.2018 14:22
Dogmaticus
96
Konsul

Podejrzewam, że to jedno i drugie :). Z jednej strony zostawiają sobie otwarte drzwi na sequele z Solo (pewnie nauczka po Rogue One, gdzie drzwi do sequeli zatrzasnęli z hukiem), z drugiej mocne Easter Eggi i dopieszczenie fanów EU.

Z resztą umówmy się - spinoffy w większości będą dla fanów szeroko pojętego EU, choć najpierw muszą mocniejsze fundamenty stworzyć, po dekapitacji dawnego canonu (co akurat mi przypadło do gustu, bo w świecie Star Wars przez lata zrobił się spory bajzel).

Mam nadzieję, że starczy miejsca w sercach i portfelach fanów na kolejne Star Warsowe filmy.

05.06.2018 19:49
1
odpowiedz
madmec
21
Chorąży

Dobry tytul. Po tygodniu nie moglem sobie przypomniec niczego co by zrobilo na mnie zaskakujace wrazenie. Nawet nie bylem w stanie przypomniec sobie niczego co by zrobilo na mnie dobre wrazenie. Ok, po kilku minutach, jedna z ostatnich scen byla lepsza od reszty fabularnej pustyni. Rownie dobrze moglbym obejrzec odcinek jakiegos smetnego serialu, efekt bylby ten sam.

Jedyna przewaga nad TLJ, to brak nachalnego 'diversity'.

Plus ten ciemny obraz przez przynajmniej polowe filmu. Plus ta muzyka, ktora zwracala uwage swoja dobijajaca przecietnoscia .

NIe ma zadnego powodu by obejrzec ten film.