Wielka Kolekcja Komiksów Marvela – Tomy 16 i 17. Zagłady i tajne wojny - Czarny Wilk - 7 grudnia 2013

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela – Tomy 16 i 17. Zagłady i tajne wojny

Wybuchowy początek kontrowersyjnego runu Morrisona w X-Men oraz tajna wojna Nicka Fury’ego o tym w dzisiejszym numerze. Oraz bonusowa galeria.

Tom 16: New X-Men – Z jak Zagłada

Grant Morrison to jeden z najbardziej kontrowersyjnych scenarzystów. Znany jest z bardzo odważnych pomysłów, które mają równie wielu zwolenników, co przeciwników. Kiedy więc obejmował pieczę nad mutantami, można było spodziewać się wyłącznie niespodziewanego. Faktycznie, pierwsza stworzona przez niego historia, „Z jak Zagłada”, wprowadza potężnego wroga, na dodatek mającego silne powiązania z Charlesem Xavierem, zmienia dynamikę wewnątrz zespołu oraz, a w zasadzie przede wszystkim, jednym wydarzeniem dramatycznie zmienia rozkład sił między ludzkością a mutantami. I właśnie z tym ostatnim mam problem – o ile sam pomysł jest naprawdę dobry, tak jego realizacja zupełnie do mnie nie trafiła. Potencjał na naprawdę emocjonujące sceny został całkowicie zmarnowany - to, co najlepsze, dzieje się poza kadrami, na dodatek pomiędzy numerami. Słabo, bardzo słabo, cała historia staje się przez to znacznie mniej atrakcyjna – otrzymujemy potężną podbudowę pod jedno wydarzenie, a następnie przeskakujemy od razu do jego reperkusji. Na pocieszenie pozostaje niezła dynamika między postaciami. I szkaradne rysunki. O ile tła wyglądają nieźle, tak bohaterowie panu Quitely’owi nie wychodzą zupełnie. Zwłaszcza Wolverine i Cyclops wypadają bardzo źle. Uch, dobrze, że chociaż ostatni numer w albumie zilustrował ktoś inny i wypada on pod tym względem lepiej. Generalnie jest to historia, którą spokojnie można sobie odpuścić i zadowolić się jej streszczeniem, bo wydarzenia na Genoshy są dość ważnym punktem w historii marvelowskiego uniwersum, ale ich przedstawienie wywołuje jedynie rozczarowanie. Dodatkowo w albumie znajdziemy dwie strony o Morrisonie, kolejne dwie o Quitelym, cztery strony galerii oraz opowieść o tym, jak scenarzysta zabierał się do pracy nad X-Men.

Czy warto? Najzwyczajniej w świecie – nie. W albumie ma miejsce pewne ważne wydarzenie, ale jego realizacja leży. Lepiej przeczytać streszczenie.

 

Tom 17: Tajna Wojna

Z twórczością Briana Bendisa można było się już zapoznać w dziewiątym tomie Kolekcji, Upadku Avengers. Jest to autor, który przez lata kształtował uniwersum Mścicieli. I doskonały przykład tego, że trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – przez kilka ostatnich lat poziom jego scenariuszy był strasznie niski, od jego dzieł aż biło brakiem pomysłów i weny. Na szczęście Secret War to album, który Bendis napisał na początku swojego romansu z superbohaterami Marvela i trzyma on bardzo wysoki poziom. Nie jest to typowy komiks superhero, choć znajdziemy tu śmietankę bohaterów – między innymi Kapitana Amerykę, Spider-Mana i Wolverine’a, gościnnie pojawiają się też Fantastic Four i X-Men. Jest to raczej mieszanka opowieści bohaterskiej z historią szpiegowską. Oto bohaterowie stają się celem ataków z rąk nieznanych superprzestępców. Próbując dowiedzieć się, dlaczego znaleźli się na celowniku, odkrywają tajemnicę, jaką rok wcześniej ukrył przed nimi dyrektor S.H.I.E.L.D., Nick Fury. Historia toczy się dwutorowo – wydarzenia z teraźniejszości przeplatane są fragmentami tego, co działo się rok wcześniej. Czyta się świetnie – intryga zaciekawia, pokazuje mroczniejszą stronę działania organizacji takiej jak S.H.I.E.L.D., zahacza o tematy polityczne, przy okazji wyjaśnia też jedną z większych komiksowych głupotek, czyli „skąd superprzestępcy biorą warte miliony dolarów kombinezony”. Bendis świetnie czuje detektywistyczno-szpiegowskie klimaty i w tym albumie popisuje się swoim kunsztem, do mieszanki dorzucając swój kolejny popisowy atut, czyli dobrze pisane dialogi. Całości dopełniają rysunki Dell’otto, jednego z najzdolniejszych komiksowych artystów. Mroczne, „brudne”, a jednocześnie diabelnie szczegółowe i dynamiczne czynią z Tajnej Wojny jeden z najlepiej narysowanych albumów w kolekcji. Również dodatki wykraczają poza standardowe minimum – w środku albumu, pomiędzy poszczególnymi zeszytami, znajdziemy Akta S.H.I.E.L.D., bezpośrednio powiązane z historią i z jednej strony znacząco ją rozbudowującą, a z drugiej, podane w taki sposób mocno podbijające klimat opowieści. Oprócz tego w albumie znajdziemy też standardowe bonusy – trzy strony o Bendisie, cztery o tym, jak Dell’otto opracowywał nowe kostiumy dla postaci oraz kolejne cztery galerii.

 Ciekawostka: Imponujący rysunek, którego kolejne fragmenty znajdują się na grzbietach kolejnych tomów Kolekcji, narysował właśnie rysownik odpowiedzialny za Secret War.

Czy warto? Tak!

Bonus tym razem w formie galerii – kilka wybranych przeze mnie, wybitnych grafik autorstwa Gabriele Dell’otto.

Poprzednie części cyklu:
WKKM: Tomy 14-15

WKKM: Tomy 12-13

WKKM: Tomy 10-11 plus wywiad z korektorem Kolekcji

WKKM: Tomy 8-9

WKKM: Tomy 6-7

WKKM: Tomy 1-5

Jeśli spodobał Ci się mój wpis, byłoby miło, gdybyś zalajkował/a moją stronę na FaceBooku. Pojawiają się tam informacje o moich tekstach nie tylko z GP, ale także prywatnego bloga oraz z GOLa. Za korektę odpowiada Polski Geek, zachęcam też do odwiedzenia jego serwisu.

Czarny Wilk
7 grudnia 2013 - 19:09

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
12.12.2013 14:35
KamilCzytaKomiksy
1
Junior

Pozwolę sobie mieć zupełnie odwrotne zdanie. I to w obu przypadkach.
New X-Men jest rewelacyjny.

<a href=" [link] "> [link] >

A Secret War to słabizna z niezłymi rysunkami.

<a href=" [link] "> [link] >

I naprawdę wolisz rysunki van Scivera od Quitely'ego?

15.12.2013 12:18
Czarny  Wilk
odpowiedz
Czarny Wilk
80
Bo jestem czarny

GRYOnline.plTeam

Każdemu pasuje co innego :) New X-Men może mi bardziej podejdzie jak przeczytam też Imperialnych, jako całość być może zyska. Ale sam w sobie ten albumik zwyczajnie mnie rozczarował.

Co do rysunków, to zdecydowanie bardziej mi podszedł van Sciver. Quitely świetnie rysuje tła, ale jego postacie, zwłaszcza Cyke i Logan, wyglądają zwyczajnie brzydko i nienaturalnie. Być może to był celowy zabieg, ja jednak nie lubię takiego stylu.