Cztery gry które zjadły kawał mojego życia - Rasgul - 6 marca 2016

Cztery gry, które zjadły kawał mojego życia

Gry wideo to niesamowite pochłaniacze czasu. Wystarczy przysiąść do nich dosłownie na moment, dobić sobie poziom w ulubionym RPG-u, żeby krótko potem obudzić się z zegarkiem wskazującym okropnie późną porę. Są jednak produkcje, które wciągnęły nas do tego stopnia, że dziesiątki spędzonych przy nich godzin wydają się niezwykle małą jednostką. Patrząc w przeszłość, myślimy już o dniach czy tygodniach, jakie trwoniliśmy na „syndrom jeszcze jednej tury/levelu”. Ja znalazłem takich gier 4 i w tym artykule chciałbym je Wam zaprezentować, a przy okazji wspomnieć czemu to właśnie one zżarły kawał mojego życia.

źródło: jarock.pl

Trwonienie czasu przy grach wideo nie jest rzeczą, którą w dzisiejszym społeczeństwie można się specjalnie chwalić. Nie ma jednak osoby będącej w stanie powiedzieć, iż jakaś gałąź kultury masowej czy jakiejkolwiek rozrywki, nie wchłonęła dużej części ich życia. Niektórzy z racji nudów chłoną całymi nocami książki, oglądają masy filmów, albo śledzą poczynania bohaterów w swoich ulubionych, tasiemcowych serialach. Po to mamy te hobby, żeby nie patrzeć się przez kilka wolnych godzin w ścianę, choć nawet i to potrafi być pasją wielu osób. Każdy ma swoje życie i to jak je zagospodaruje zależy wyłącznie od niego samego. A to, czy będzie wolał pić w klubach hektolitry alkoholu, zabijając przy tym masę wspomnień oraz szare komórki czy też po prostu w sylwestrowym szale imprez „grać w grę”, zależy tylko od gustu i osądzanie jego persony na tej podstawie jest mocno nie na miejscu. W końcu, kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem… czy jakoś tak.

Po co ten wywód na wstępie? Cóż, chciałbym od razu uniknąć w komentarzach niepotrzebnych dyskusji na temat tego, czy słuszną rzeczą jest to ile zajęło „expienie” kolejnej postaci w wirtualnym świecie. Może zabrało mi to za dużo czasu, ale ważne, że czerpałem z tego mnóstwo zabawy. A chyba to liczy się najbardziej, nieprawdaż?

League of Legends – ponad 2000 godzin = więcej niż 83 dni

źródło: gram.pl

Niektóre programy nie policzą dokładnie ile spędziliśmy czasu przy danej produkcji. League of Legends jakiś czas temu kompletnie pochłonął moje wolne godziny i choć na Summoner's Rift walczyłem ponad 2000 godzin, to trzeba do tego doliczyć masę przeczytanych artykułów lub też obejrzanych w internecie spotkań wielu zawodowych drużyn. Przy dziele Riot Games powyrywałem sobie mnóstwo włosów z głowy, często wspólnie razem ze znajomymi. Odkrywanie jego nieskończonych możliwości i dzielenie się swoimi doświadczeniami z innymi, potrafiło być dla nas tematem numer 1. Wiele osób skończyło już swoją przygodę z Ligą, bo nie spodobał się im kierunek w jakim ona poszła, albo najzwyczajniej w świecie gra się znudziła, ale nikt nie powie, że rozegranych w jej szeregach meczy nie zapamięta zbyt dobrze.

Co sprawiło, że potrafiłem siedzieć przy League of Legends całymi dniami? Z pewnością emocjonujące, kompetytywne potyczki i ich uniwersalność. Żaden mecz nigdy nie był taki sam i myśl o tym, że możemy zepsuć całą zabawę jednym głupim błędem, zachęcał do rozwijania swoich umiejętności na Polach Przywoływaczy. A co za tym idzie trwonienia na nich większej ilości czasu. Do tej listy dorzuciłbym też namowy znajomych, bez których prawdopodobnie skończyłbym swoją przygodę z Ligą szybciej, niż licznik godzin mógłby na to wskazywać.

Counter-Strike: Global Offensive – około 1300 godzin = 54 dni

źródło: miastogier.pl

Niecałe 2 lata temu opublikowałem artykuł, gdzie mówiłem czemu Global Offensive stał się moim nowym nałogiem i niektóre wymienione w nim punkty nadal pozostają aktualne. W CS-a sporo grałem, nadal gram i zamierzać grać dalej, choć tak samo jak League of Legends potrafi doprowadzić mnie do napadów furii, ale w tym przypadku głównie ze względów technicznych. Counter-Strike jest jednak tytułem bardzo dynamicznym i mam wrażenie, że w każdym meczu mam większy wpływ na jego rezultat, niż w przypadku dzieła Riot Games. Wygranie pojedynków 1vs2, 1vs3 czy nawet 1vs5 jest całkiem realne, choć ciężkie. Różnica w umiejętnościach graczy jest ogromna i oprócz ciężkich do opanowania mechanik typu: celność, poruszanie się po mapie, ustawianie się w defensywie, jest wiele drobnych rzeczy do nauczenia się. Właśnie to samodoskonalenie się i oglądanie jego rezultatu przyciągnęło mnie przed monitor bardziej niż w przypadku League of Legends.

A z takich drobnostek – e-sport lepiej się tu ogląda, bo mecze są szalenie nieprzewidywalne. Nie ma tak, że 3-4 fragi na początku rozgrywki decydują o dalszym jej przebiegu. Często w Counter-Strike'u zdarzają się sytuacje, że drużyna z niepozornymi pistoletami jest w stanie wybić oponentów i postawić dotychczasową ekonomię do góry nogami. Oglądanie takich spotkań sprawia mnóstwo emocji i jeśli na horyzoncie pojawia się jakiś bardziej prestiżowy turniej, rezerwuję sobie wolny czas właśnie dla CS'a.

Do puli 1300 godzin musiałbym jeszcze dorzucić kilka setek, które spędziłem przy okazji grania w Counter-Strike'a 1.6 w podstawówce. Wtedy jeszcze Polacy osiągali w tej grze spore sukcesy, ale to nie był główny powód jej popularności. CS'a mógł mieć każdy i co najważniejsze – ruszał na każdym komputerze. Miał proste zasady, wciągał, a postawienie serwera nawet na swojej maszynie nie należało do specjalnie trudnych spraw, wystarczyło dobre łącze. No i strzelanie dobrych headshotów było rzeczą, którą można było zaimponować kolegom. Choć dzisiaj wersja 1.6 wydaje mi się strasznie archaiczna, to nadal mam z nią sporo miłych wspomnień.

World of Warcraft – brak konkretnych danych

źródło: gry-online.pl

Chyba każdy miał w swoim życiu MMO, które pożarło mu kawał wolnego czasu. Za młodu sporo grywałem w MU Online, jeszcze gdy hack and slashowa formuła sprawiała mi sporo zabawy, ale to World of Warcraft jako reprezentant tego gatunku najbardziej mnie wciągnął. Ciężko mi jednak wskazać ile konkretnie dni przybity zostałem do monitora przez „expienie” ulubionej postaci, bowiem swoje doświadczenie z WoWem porozbijałem na kilka serwerów prywatnych, choć na długo zagościłem też na tych oficjalnych. Stąd też ciężko podać mi konkretną liczbę.

Czemu akurat World of Warcraft? Próbowałem wielu jego klonów, ale zawsze brakuje im równie dobrze wykonanych zadań, fajnych instancji, świetnie wykonanego rozwijania swojej własnej postaci, z którą strasznie się zżywamy i przede wszystkim poczucia życia w zupełnie odmiennym, wirtualnym świecie. Zresztą, nie byle jakim, bo usadzonym w jednym z moich ulubionych uniwersów – Warcrafta. Najbardziej jednak zawsze bawił mnie moment, gdy osiągałem już swoim bohaterem maksymalny poziom doświadczenia i rozpoczynałem ekscytujący proces zbierania dla niego najlepszych przedmiotów. To też moment, w którym wreszcie możemy wreszcie doświadczyć fenomenalnych raidów w potężnych grupach graczy.

Obecnie w World of Warcraft już nie gram, bo nowe dodatki choć miały wprowadzić sporo innowacji, mocno spłyciły zabawę i zabiły kilka bardzo kluczowych, społecznościowych aspektów tego tytułu. Od czasu do czasu, głównie dla zabawy, odpalam sobie ze znajomym postać na jakimś prywatnym serwerze, żeby powspominać dawne czasy tej cudownej gry. W tej nostalgicznej roli „privy” sprawdzają się perfekcyjnie. Mam też cichą nadzieję, że Legion coś zmieni i pewnie przy jego okazji powrócę jeszcze na serwery Blizzarda, chociaż na chwilę.

Hearthstone: Heroes of Warcraft – brak konkretnych danych

źródło: youtube.com

Mój obecny faworyt w kategorii rozgrywki sieciowej. Hearthstone niewiarygodnie mnie wciągnął i rutyną stało się dla mnie rozegranie kilku meczy dziennie. Niestety, Battle.net jako platforma nie rejestruje ilości spędzonych godzin, stąd ciężko przytoczyć mi konkretne statystyki. Od sierpnia bardzo aktywnie uczęszczam w karcianych potyczkach, stąd licznik mógłby wynieść teraz kilka setek godzin. Zawsze lubiłem karcianki, ale Hearthstone dzięki nieskomplikowanym zasadom, przyjemnej otoczce i sporej ilości rzeczy do roboty w niej, trafił w moje gusta idealnie. To co najbardziej do mnie przemawia to fakt, że mecze nie trwają zwykle długo. Ze spotkaniem można się uwinąć w kilka minut, dlatego lubię uruchomić sobie grę, gdy muszę szybko zabić czas, chociażby w przerwie między połowami meczu w telewizji. W dodatku Hearthstone świetnie pasuje swoją konstrukcją do urządzeń mobilnych, na których gra się w niego niezwykle przyjemnie, w szczególności w trakcie podróży do domu, kiedy przejrzało się już na telefonie wszystkie ważniejsze wiadomości.

Staram się jednak bawić też w tę karciankę bardziej poważnie. Zacząłem ostatnio coraz więcej uczęszczać w rankingowych rozgrywkach i idzie mi coraz lepiej. Hearthstone: Heroes of Warcraft ma wbrew pozorom drugą głębię i choć szczęście jest tu całkiem przydatne, to nie jest jedynym czynnikiem prowadzącym do zwycięstwa. Ogólna losowość niektórych kart lub też tego którą w danym momencie dobierzemy potrafi zarówno bawić jak i frustrować, ale przede wszystkim sprawia, że każdy mecz jest niepowtarzalny.

Jak widać, wszystkie wymienione przeze mnie tytuły to gry sieciowe. Nie jestem fanem zwiedzania każdego piksela ogromnych światów czy też przechodzenia tych samych produkcji po kilka razy, stąd próżno szukać na tej liście czegoś dla pojedynczego gracza. Lubię za to dreszczyk rywalizacji, gdy spotykam się na serwerze z innymi osobami z różnych części świata i mogę im przy okazji udowodnić, że jestem spośród nich najlepszy, pokazując to poziomem zagrań jakie prezentuję. Uruchamiając produkt z naciskiem na wieloosobową rozgrywkę, zawsze dostaję zróżnicowaną dawkę emocji oraz doświadczeń związanych głównie z obecnością innych, żyjących osób w samej grze. Próżno szukać tego wśród konkurencji i to głównie sprawia, że multiplayer w wielu produkcjach zjadł mi aż tyle wolnego czasu, ale przy okazji dał w zamian mnóstwo frajdy. Oczywiście, na pewno znalazłbym jakiegoś RPG-a z otwartym światem, w którego to zagrywałem się całymi dniami, ale porównując ilość nabitych w nim godzin do takiego League of Legends, nagle okazuje się, że towarzyszące mu liczby nie są tak duże. Tak czy siak – to były moje 4 gry, które zapamiętam jako moje potężne pochłaniacze czasu. Zostaje mi tylko spytać – a jakie są Wasze? Wymieńcie w komentarzach te, którym poświęciliście setki godzin. Co sprawiło, że graliście w nie tak dużo i jakie macie z nimi wspomnienia? Z ogromnym uśmiechem na ustach, czekam na Wasze odpowiedzi.

Rasgul
6 marca 2016 - 12:09

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
06.03.2016 20:28
zanonimizowany832625
55
Generał

Lol, cs:go

Hmm zabraklo ci tylko chyba world of tanks i tibi do gimba 100%

07.03.2016 11:09
Tuthrick
odpowiedz
Tuthrick
23
Centurion

Mój poprzedni komentarz się nie dodał (być może za długaśny), więc próbuję ponownie, trzeci raz nie będzie mi się chciało tego samego pisać:

Muszę przyznać, że spodziewałem się właśnie bardziej gier single. Lista jest dość "typowa". Wiadomo że gry sieciowe pochłaniają najwięcej czasu, gdyż nie mają jasno określonego zakończenia.

Osobiście preferuję właśnie gry dla jednego gracza, bo jeżeli już grać w multi, to ze znajomymi. Nie przepadam za grą z losowymi osobami, a rywalizacja często się kończy na rzucaniu obelgami ze wszystkie strony. Nie oznacza to jednak, że gier sieciowych nie lubię.

A oto tytuły, na które poświęciłem najwięcej czasu dotychczas:

1) Baldur's Gate - od momentu ujrzenia screenów w czasopismach, potem samej gry u kolegi i w końcu dorwaniu jej we własne szpony (rok 1999) przechodzę całą grę przynajmniej raz w roku. Mnóstwo możliwości tworzenia postaci, składu drużyny i spora wolność w zwiedzaniu świata - główne powody, dlaczego gra mnie nadal nie nudzi. Grywałem w oryginał, potem z modami, później znowu w oryginał. Po dziś żaden tytuł nie urzekł mnie tak bardzo jak ten.

2) WarCraft II: Tides of Darkness - dawniej mój wielki nr 1. Obecnie gram raczej sporadycznie, jednak swego czasu nie mogłem oderwać się od monitora. Niby mechanika dość prosta i niewielkie różnice pomiędzy stronami, ale klimat idealnie trafia w mój gust. Zug, zug.

3) StarCraft - tutaj zarówno single, jak i multiplayer. Tyle znakomitych map i kombinowania nad taktykami, sam miód. Dodatkowo moje zainteresowanie podsycało śledzenie turniejów w Korei w latach 2007-2012 (nadal coś tam grywają, ale już nie na taką skalę). Granie w multi daje ogromną frajdę, mimo że graczem jestem raczej przeciętnym.

4) Quake II - choć to Doom wprowadził mnie w świat FPSów, to jednak w Q2 zagrywałem się najwięcej. Najpierw przechodząc wielokrotnie kampanię, potem dodatki. Później ktoś w liceum na informatyce odkopał tą grę na komputerach i nie było końca deathmatchom na The Edge. Chyba jedna z niewielu gier, w których potrafiłem skopać tyłki dobrym graczom, choć obecnie już raczej nie za bardzo.

Honorbale mention: Transport Tycoon Deluxe - po dziś uwielbiam losowe mapy z pagórkami i jeziorami oraz budowanie zawiłych tras kolejowych.

Jak widać u mnie dominują gry z lat 90-tych, gdyż wtedy rozpoczynałem swoją przygodę z grami i miałem najwięcej wolnego czasu na granie. Mam nostalgiczną naturę, więc bardzo chętnie powracam do ulubionych tytułów z tamtych lat.

07.03.2016 12:27
Mutant z Krainy OZ
odpowiedz
Mutant z Krainy OZ
193
Farben

Najwięcej czasu pożarł mi Heroes 3, ale tam nie było licznika, więc mogę tylko zgadywać ile to było godzin.
Tak to, zdaje się, najwięcej czasu spędziłem z chłopakami z GOLa przy Battlefieldzie 2, według licznika było to niemal 1400 godzin: https://www.bf2hub.com/stats/86122657
W Skyrimie 410h, w Fallout NV 160h. Czyli w sumie tylko Heroes, BF2, na upartego Skyrim, skradły mi sporo życia.

btw

mój komentarz pisany z telefonu też się nie dodał...

07.03.2016 22:01
odpowiedz
Fett
179
Avatar

Mój też :(

07.03.2016 23:03
Raiden
odpowiedz
Raiden
89
Generał

Dla mnie jest to jedna gra - Lineage 2. Spędziłem w niej trochę ponad 3000 godzin - ale człowiek był głupi. Chyba nie muszę pisać, czemu ;)

W żadnej innej produkcji nie przekroczyłem 1000 godzin. Chyba że zliczyłbym czas poświęcony wszystkim częściom serii Heroes, ale za każdym razem to rozgrywka Hot-seat, więc może powinienem ten czas podzielić na liczbę osób. W „jedynkę” i „piątkę” grałem naprawdę sporo, ale najwięcej w „trójkę”. Czemu Heroes - bo są idealną grą pod hotseat. Czemu trzecia część jest nieśmiertelna? Aż dziwię się, że twórcy tego nie widzą - różnorodność. Liczba jednostek, zamków, taktyk dla każdego z nich oraz ich odmienność (wizualna, koncepcyjna); edytor map, mody (HotA).

Gry warte wspomnienia: The Old Republic - prawie 500 godzin. Nie mam danych, ale sądzę, że tak pomiędzy 200 a 500 mogłem wbić jeszcze na SW: Battlefront 2, Diablo II i CoD (2003).

Teraz sporo nabijam w Age of Wonders III (powody podobne do Heroes).

Byłbym zapomniał - NBA kiedyś - live, od 2009 - 2k. Łącznie będzie też ok. 1000h (patrząc na liczbę rozegranych sezonów po 82 spotkania). Czemu? Bo uwielbiam koszykówkę i kiedyś sam coś grałem.

Mam jeszcze pewną obserwację - oczywiste jest że gry dla pojedynczego gracza stoją na przegranej pozycji w stosunku do wszystkich sieciowych, gdy mowa o liczbie godzin, ale i tu będą pewne odchylenia. Poza tym, to nie fakt bycia grą sieciową im to zapewnia, leczy to, że w grach sieciowych wykorzystuje się daną wartość estetyczną.

Na najdłużej przykuwają MMO (patrz EVE, Lineage 1 i 2, WoW), sieciowe survivale i sandboxy (np. Day-Z, Minecraft), myślę że potem gry e-sportowe (MOBA i czołgi, strategie jak SC), a na końcu strzelanki.

Co do single, to tu królują strategie 4x - znam ludzi którzy grają tylko w jedną grę od 20 lat lub dłużej (np. Master of Orion II lub seria Cywilizacja); serie sportowe jak FIFA i NBA, a dopiero potem cała reszta.

Można sporo czasu spędzi przy eksploracyjnych RPG (np. Skyrim), ale trzeba sobie zadać pytanie o jakość ich zawartości. Podobnie jest z jRPG, w których masa czynności jest powtarzalna. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do kluczowej wartości estetycznej i nakładów, jakie trzeba ponieść na jej kreację.

Gry z głęboką narracją raczej nie przekroczą 100 godzin i, tak naprawdę, nie powinny. Teraz pytanie, jaką częścią składową gry jest wartość narracji (wszystkie estetyki są konstans - np. A+B+...+H=1, więc gdy jedna ma więcej, druga ma mniej). The Walking Dead od TTG jest bardzo krótkie, ale nie musi być dłuższe, gdyż 99% wartości estetycznej zajmują tu narracja i ekspresja (wybory). W
Wiedźminie też najważniejsze są narracja i ekspresja, ale te oddały zdecydowanie więcej pola eksploracji i wyzwaniu (co jest typowe dla RPG).

Gry skupione na eksploracji mogą być zdecydowanie dłuższe (patrz Skyrim), gdyż nie ponosi się takich nakładów jak w przypadku narracji i ekspresji.

Podobnie jest z mieszanką eksploracji i wyzwania (np. Pokemon).

Długie też mogą być gry, które dokonują ekspresji, ale nie przez narrację; oraz są podlane wewnętrznym wyzwaniem i eksploracją - np. The Sims lub Minecraft.

Jednak najdłuższe są gry oparte, w znaczącej części, o wyzwanie - MMO, MOBA, sieciowe FPS, wyścigi, strategie 4x, symulatory sportowe - gdyż nie mają początku i końca.

post wyedytowany przez Raiden 2016-03-07 23:06:10
11.03.2016 10:21
Brucevsky
odpowiedz
Brucevsky
108
Playing with writing

gameplay.pl

Tak to już jest, że jeśli ktoś złapie bakcyla MMORPG-ów, sportówek lub gier sieciowych to pochłoną mu one najwięcej czasu. Twoja lista i powyższe komentarze tylko utwierdzają mnie w tym. Sam chyba najwięcej czasu poświęciłem na wirtualne piłki nożne, od Master League w ISS Pro i PES-ie, przez tryb kariery w FIFA, aż po Football Managera. Teraz natomiast nabijam kolejne godziny w Rocket League. ;)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze