„Dziesiątka” – ostatni wielki Final Fantasy - Czarny Wilk - 15 maja 2016

„Dziesiątka” – ostatni wielki Final Fantasy

„Posłuchajcie mojej historii... to może być nasza ostatnia szansa.”

Piętnaście lat temu tymi właśnie słowami przywitała mnie pierwsza odsłona kultowego cyklu Final Fantasy, w którą miałem okazję na poważnie zagrać. Seria ta była wtedy u szczytu popularności, a jej kolejne części wyznaczały trendy dla całego gatunku japońskich gier fabularnych. Nie inaczej było z Final Fantasy X, które jako pierwsza odsłona wydana na PlayStation 2 oferowała niesamowite na ówczesne standardy wrażenia wizualne, do tego godny legendarnego cyklu klimatyczny świat, wciągającą fabułę i lawinę odważnych, ale doskonałe współgrających z duchem Final Fantasy rozwiązań gameplay’owych. Aż dziw bierze, że właśnie po tej odsłonie rozpoczął się powolny upadek serii, która choć wciąż obfitowała w wiele dobrych gier, już nie doczekała się tytułu równie wielkiego i wyjątkowego jak wcześniej.

Final Fantasy X pozwalał nam wcielić się w rolę Tidusa, młodej gwiazdy fikcyjnej dyscypliny sportowej zwanej blitzballem. W trakcie jednego z meczów Zanarkand, rodzime miasto Tidusa, zostaje zaatakowane przez tajemniczą istotę przez nieznajomego przybysza nazwaną „Sin” (czyli "Grzech"). W trakcie powszechnej paniki, próbując ratować własne życie, Tidus w niejasnych okolicznościach zostaje przeniesiony do fantastycznej krainy zwanej Spira. Jak się szybko dowiaduje, również to miejsce jest zagrożone atakiem Sina, a jedynym sposobem na jego powstrzymanie jest przywołanie tajemniczej istoty przez specjalnie trenowane w tym celu kapłanki, które to muszą odbyć najpierw długą i niebezpieczną pielgrzymkę. Tidus poznaje jedną z takich potencjalnych zbawicielek, młodą Yunę, i razem z grupą barwnych postaci postanawia towarzyszyć jej w drodze do uratowania świata, jednocześnie licząc na znalezienie sposobu na powrót do swojego domu.

Patrząc z perspektywy czasu i mając już na koncie znacznie więcej ukończonych „fajnali”, zarówno sprzed, jak i z czasów po debiucie „dziesiątki”, dochodzę do wniosku, że jej największa siła tkwiła w znalezieniu idealnych proporcji między tym co stare, a nowym. Gra nie bała się bardzo drastycznych zmian w rozgrywce, ale przy tym zachowywała w sobie wszystkie cechy tak kochane przez fanów poprzedniczek, z niesamowicie klimatycznym światem przedstawionym, stylem graficznym i ścieżką dźwiękową na czele. Jako pierwsza odsłona cyklu wydana na 128-bitową konsolę, dała twórcom niewyobrażalne wcześniej możliwości technologiczne, które artyści pracujący dla Squaresoftu skwapliwie wykorzystali. Nie tylko do stworzenia pięknych lokacji i władowania w modele postaci jak największej liczby szczegółów – olbrzymie na ówczesne standardy możliwości PlayStation 2 postanowiono zaprzęgnąć także do wprowadzenia kilku rewolucji. Dotąd ręcznie malowane tła zaludniane przez trójwymiarowe postacie zamieniono na w pełni wymodelowane lokacje. Po raz pierwszy główni bohaterowie przemówili podłożonymi przez aktorów głosami, co dało twórcom niedostępne wcześniej sposoby na ukazywanie emocji targających postaciami. I przy okazji narobiło sporych problemów ekipom lokalizującym grę na inne języki, gdyż ruch ust dopasowany był do japońskiej wersji językowej, a w innych językach te sama zdania potrafiły być znacznie dłuższe lub krótsze.

Ruszono też najważniejszy aspekt każdej odsłony serii – półturowy system walki „Active Time Battle”, który zastąpiono w pełni turowym „Conditional Turn-Based Battle”. Nie było to zwykłe uproszczenie mające na celu upodobnić grę do wielu innych "turówek", CTBB był bardzo zaawansowanym systemem, który do obliczeń wykorzystywał liczne statystyki postaci, uzbrojenie oraz statusy i na ich podstawie obliczał kolejność ataków. Bywało, że gdy gracz mierzył się ze znacznie szybszym od siebie przeciwnikiem, ten wykonywał nawet kilka tur pod rząd, nim w końcu wolniejsze postacie mogły zareagować. Dzięki tej zmianie starcia stały się znacznie bardziej taktyczne, wolni od limitu czasowego gracze nieśpiesznie opracowywali najskuteczniejsze strategie działania. Które bardzo się przydawały, gdyż poziom trudności w Final Fantasy X rósł skokowo, co jakiś czas stawiając przed graczem ścianę wymagającą godzin trenowania postaci i czynienia ich silniejszymi, nim mogli zmierzyć się z kolejnymi bossami. Rozwój bohaterów również uległ totalnej rewolucji. O ile wcześniej każdy nowy poziom doświadczenia wiązał się z automatycznie rosnącymi statystykami, tak w FFX, dzięki systemowi plansz wypełnionych sferami, każdy mógł wziąć zdobyte doświadczenie we własne ręce i decydować, w jakim kierunku rozwinie poszczególnych członków drużyny Tidusa.

Te zmiany czyniły grę bardziej taktyczną od większości poprzedniczek, co gracze przyjęli ze sporym zadowoleniem. Mało kto jednak wie, że tak naprawdę twórcy chcieli zrewolucjonizować cykl nawet bardziej i planowali znacznie więcej nowości, których ostatecznie nie uświadczyliśmy. Gra na przykład miała oferować funkcje online, z których najpewniej zrezygnowano z powodu niewielkiej popularności trybów sieciowych konsoli poza Japonią. Z powodów technicznych zrezygnowano też z uczynienia wrogów widocznymi na mapach, umożliwienia toczenia z nimi walk bez sztucznych przeskoków na specjalne areny, oraz możliwości biegania po planszy nawet w trakcie starć.

Przy wszystkich tych zmianach w sposobie prowadzenia rozgrywki i technologicznych nowościach, Final Fantasy X nie zgubił specyficznego klimatu, który tak zachwycał fanów serii. Spira, świat, w którym toczy się akcja, to miejsce niezwykłe i wypełnione sprzecznościami – pełne zarówno kolorowych, radosnych miejsc, jak i nieprzystępnych, surowych lokacji górskich. Magiczne świątynie sąsiadują tu z wysoce rozwiniętymi technologiami. Nad całością zaś leniwie unoszą się światełka symbolizujące wypełniające świat, nieodesłane duchy, wprowadzając stale towarzyszący grze pierwiastek mistycyzmu. To wyjątkowo piękne miejsce, które zwiedza się z przyjemnością. Nad którym jednak stale krąży widmo katastrofy, straszliwego Sina, którego można na jakiś czas powstrzymać, ale nigdy nie pokonać. Piękny świat wypełniony przez ludzi starających się prowadzić normalne życie, ale skrywających w sobie brak nadziei. Taka mieszanka uczuć udziela się graczowi.

Dzięki uczynieniu głównym bohaterem Tidusa, obcego w świecie Spiry, gracz poznaje to miejsce i uczy się jego zwyczajów razem z protagonistą, stając się dzięki temu mu bliższym. Jak zawsze, japońscy scenarzyści zadbali o to, by świat przedstawiony, mimo wypełniającej go magii i potworów, był wiarygodny. I dzięki temu znajdziemy w nim całą gamę różnych ras rozumnych, różniących się od siebie wyglądem, charakterem, poziomem technologicznym, nastawieniem do magii. Każda rasa ma swoje własne wierzenia, styl architektoniczny, w niektórych przypadkach nawet język. Przypominające żaby Hypello, mające w sobie coś z lwów Ronso. Wysoce rozwinięci technologicznie, ale traktowani jak gorsza kasta Al Bhed. W ich dopracowanie włożono wiele serca, i tego efekty później doskonale widać.

Final Fantasy było pod wieloma względami doskonałe, godnie kontynuując będący za czasów PSXa w szczytowej formie cykl. Po „dziesiątce” coś się jednak w serii zmieniło. Wielu obwinia o to połączenie się Squaresoftu z firmą Enix, twierdząc, że doprowadziło to do tego, że niewłaściwi ludzie otrzymali kontrolę nad serią. Inni twierdzą, że winę ponosi fascynacja japońskich deweloperów amerykańskimi i europejskimi wzorcami, efektem czego ich własny styl ulega rozmyciu, a zastępują go nieudolne kalki zachodnich pomysłów. Faktem jest jednak, że coś z kolejnymi odsłonami serii było już nie tak. Wiele z nich zbierało spore grono fanów – znam i takich, dla których Final Fantasy XII jest najlepszą częścią serii, sam zaś uważam, że „trzynastka” po przebiciu się przez absurdalnie długi tutorial i uzyskaniu swobody działań staje się bardzo przyjemną grą. FFX było jednak ostatnią odsłoną cyklu, której wyjątkowość uznawano niemalże jednomyślnie i na pytanie o najlepsze gry konsolowe ostatnich lat wymieniano ją w pierwszej kolejności. Dlatego warto o niej pamiętać. O ostatnim wielkim Final Fantasy.

Czarny Wilk
15 maja 2016 - 23:51

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
19.07.2016 16:04
Dzienciou
107
Konsul

Tak jak napisałeś FF ma ten urok, że każda jej część jest inna od poprzedniej i każda ma tyleż samo zwolenników co przeciwników. dla mnie FFX jest niestety najsłabszą częścią serii i sporym rozczarowaniem. Grałem tylko w remaster który graficznie nie powalał a wręcz przeciwnie - pokazywał słabości przejścia na pełne środowisko 3D. Gra jest chyba jeszcze bardziej liniowa niż niesławna 13-tka i też otwiera się na samym końcu. Każdy etap gra się tak samo (od świątyni do świątyni) a przeciwnicy przeważnie zamykają się w tych samych schematach (magia-opancerzony-zwinny) i różnią się tylko wyglądem. Największą wadą jest jednak fabuła. Przewidywalna, nudna, bez zwrotów akcji i ze słabymi postaciami (chyba najbardziej miałki główny adwersarz w historii serii. Konia z rzędem temu, kto pamięta jego imię :P). Jedyną ciekawą postacią był chyba Auron... Sama fabuła budowana była na wątku poświęcenia i tylko poświęcenia... Także dla mnie słabo i na X-2 już się nie skusiłem...Z drugiej strony podobały mi się FF13-tki więc pewnie się nie znam :)

20.07.2016 08:09
GimbusomNIE
1
odpowiedz
GimbusomNIE
77
Pogromca Gimbusów

FF8 FOREVER !

20.07.2016 08:20
Kazuya_3
odpowiedz
Kazuya_3
137
suicidal

FFX to gra dla której mam największy sentyment ze wszystkich wspaniałych tytułów początku XXI wieku.

Cudowne "To Zanarkand" - dla którego zacząłem grać na pianinie, zapadające w pamięć postacie, fabuła, która dla mnie jako wtedy 11/12 latka byłą mistrzowska(teraz tak nie uważam, jednak dalej oglądam cutscenki ze łzami w oczach, wypowiadając dialogi razem z postaciami), niespodziewany finał, prosta, wciągająca rozgrywka... Moja pierwsza gra kupiona na PS2 :)

Mało brakło, parę lat temu prawie zrobiłem sobie tatuaż z logiem FFX :) Nie żałowałbym, z sentymentu jest to dla mnie najlepszy jRPG w historii, choć większość wskaże zapewne część 7 lub 8 ;p

post wyedytowany przez Kazuya_3 2016-07-20 08:21:29
20.07.2016 09:58
Dzwiedziiu
odpowiedz
Dzwiedziiu
35
pracownik GOL

GRYOnline.pl

Niedawno wróciłem do remastera i grało mi się rewelacyjnie. Nie wiem, czy to kwestia nostalgii, ale znowu poczułem się te 15 lat młodszy.

Pomijając nawet niektóre bardzo denerwujące błędy w designie gry, nie żałuję tych 60h, które poświęciłem na FFX. Mogłoby być nawet i 150, ale nie chce mi się grindować :p

21.07.2016 13:57
Saed
odpowiedz
Saed
123
Pretorianin

@Dzienciou
Pod większością twoich zarzutów odnośnie FFX mógłbym się podpisać, a mimo to zapamiętałem ją jako jedną z najlepszych części (grałem we wszystkie Final Fantasy do trzynastki). Za to FFX-2 to dla mnie chyba najbardziej żenujący Final, więc masz szczęście, że się nie skusiłeś ;)

Jakby nie patrzeć każdy Final od zawsze jechał na kliszach, postacie zawsze były trochę płaskie i jednowymiarowe (chociaż potrafiły się rozwinąć wraz z opowieścią), a konstrukcja fabularna nie rzucała na kolana. Magię Final Fantasy od zawsze tworzył niesamowity świat w połączeniu z szybko rozkręcającą się fabułą, wypełnioną potężnym ładunkiem emocjonalnym (ale bez sztucznej pompatyczności). Do tego charakterystyczne wyróżniki serii - statki powietrzne, chocobo, moogle, czy stwory mitologiczne z najróżniejszych części świata (Ifrit, Shiva, Feniks, Lewiatan). Na koniec chyba najważniejszy składnik budowania klimatu - muzyka. FFX była ostatnią częścią, do której soundtrack skomponował Nobuo Uematsu. Po jego odejściu zaczął się upadek serii. Po prostu wyjęto cegiełkę, która utrzymywała cały ten misternie skonstruowany projekt i wszystko runęło. Nie pomogło naprawienie wielu bolączek serii - w FFXII mamy otwarty świat, ciekawy system rozwoju i emocjonujące walki, ale gra zadziwiająco szybko zaczyna przynudzać. FFXIII zrobiła krok wstecz i trafiła w bagno... Części MMORPG (FFXI, FFXIV) poszły swoją drogą nie mającą wiele wspólnego z serią. Zobaczymy co pokaże FFXV, ale nie liczyłbym na cud.

A wracając do FFX - tutaj wszystko zagrało jak należy. Opowieść wciągała na tyle, że można było w ogóle nie zwrócić uwagi na liniowość, czy braki logiczne. Do przodu ciągle pchało poczucie celu i klimat wędrówki po niesamowitych krainach. Świat mocno inspirowany dalekim wschodem w połączeniu z motywami Finalowymi i garścią oryginalnych pomysłów mnie osobiście zachwycił niemal na równi z techno-magicznym uniwersum FFVII. Sama fabuła może i nie oferowała zaskakujących zwrotów akcji, ale była bardzo dobrze skonstruowana, praktycznie nie przypominam sobie słabszych momentów, za to mocne, emocjonalne, czy po prostu niesamowicie klimatyczne sceny rozłożone są idealnie. Chyba przez to tak lubię FFX, mimo jej ewidentnych wad.
Klimat nade wszystko :)

24.07.2016 00:00
kuba1711
odpowiedz
kuba1711
95
Ten post może kłamać?

Proste pytanie od laika: w które części FF warto zagrać i które da się bezproblemowo ograć na PSP, PS3 czy kompie? Grałem kiedyś w którąś część, bodajże 6, ale to było lata temu. Teraz chcę spróbować, lecz tych części jest tyle, że ciężko się połapać :P

24.07.2016 00:03
odpowiedz
zanonimizowany1080091
33
Legend

Wszystkie idzie ograć bezproblemowo na tych platformach. Najlepiej zacznij od VII, VIII, IX a jak ci się spodoba i wkręcisz się w serie to sięgnij po następne.

24.07.2016 01:45
odpowiedz
Cyniczny Rewolwerowiec
66
Senator

ostatni wielki Final Fantasy

Raczej pierwszy z równi pochyłej. W "dziesiątce" jeszcze wszystko jako tako działało, ale już było widać początki tego co niestety doprowadziło ostatecznie do FF13. Ostatnim prawdziwie wielkim Finalem jest zdecydowanie FF9.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze