Battlefield 3 - wrażenia z multiplayera
Rise of the Tomb Raider – 5 mocnych punktów nowej Lary
Ręka, noga, mózg na ścianie, czyli Deadman Wonderland!
Dark Messiah Of Might & Magic - świetna gra w CD-Action
Recenzja Volume - gdyby w skradance nie było tak cicho...
Czy da się w to jeszcze grać - Crusader: No Remorse
Długo zbierałem się do napisania recenzji Oni. Sporo już o tym tytule dowiedzieliście się z moich poprzednich wpisów. Głównie było to w negatywnym kontekście i w tonie sporego rozczarowania. Tak to już jednak jest, gdy na grę bardzo liczy, a ona cię rozczarowuje. Postanowiłem jednak dać się Oni obronić. A że to produkcja nastawiona w dużym aspekcie na walkę wręcz, więc przyjmuję postawę obronną i spróbuję zbić ofensywne argumenty nieco mniej znanego dzieła Bungie.
Jakiś czas temu zacząłem prowadzić rozważania związane z serią Mass Effect (rozumianą jako trylogia, a nie poszczególne jej części), a które miały doprowadzić mnie do pewnego konkretnego wniosku - czy trylogia Mass Effect powinna być traktowana jako gra akcji, czy jako cRPG? Oczywiście najbardziej dyplomatycznym rozwiązaniem byłoby wrzucenie jej do wora z napisem action/RPG, jednak nie satysfakcjonuje mnie takie rozwiązanie. Uparłem się, założyłem, iż gatunek taki jak action/RPG nie istnieje i postanowiłem doprowadzić tę sprawę do końca. Czy Mass Effect/2/3 rozpatrywany jako całość to gra akcji czy cRPG? Nadal nie jestem do końca przekonany (choć zdecydowanie składniam się ku jednej z opcji), ale obecne trendy wskazują na to, że takich dylematów można mieć więcej, a w przyszłości na pewno ich liczba jeszcze wzrośnie.
Oderwany od obecnej rzeczywistości, nowatorski, otwarty, klimatyczny - każdy z tych przymiotników opisuje jakąś część tworzonej we francuskim studiu Arkane gry Dishonored. Aż dziwnie się czuję pisząc tytuł gry bez numerka na końcu. A jednak - końcówka tego roku może zostać zdominowana przez nową markę, która zdaje się rządzić swoimi prawami. Klimatyczne miejsce akcji, (prawdopodobnie) dojrzała fabuła z niebanalnym bohaterem w roli głównej, nieco przerysowane i karykaturalne modele postaci, skrzyżowanie świata magii ze światem industrialno-przemysłowym... Tak, można mieć nadzieję, że Dishonored będzie grą wybitną. Obyśmy się tylko nie zawiedli.
Pierwsza część Maxa Payne'a osiągnęła status gry kultowej, którą się wspomina, do której wraca się po latach i która udowodniła, że jeden dobry pomysł może zmienić przeciętną na pierwszy rzut oka rozgrywkę w coś wyjątkowego. Tak, dokładnie - mówię o bullet time'ie. Gracze pokochali dzieło Remedy także za charakterystyczny klimat noir, który w zasadzie nietrudno było uzyskać - szare, zaśnieżone ulice nowojorskiego miasta same w sobie są przecież noir. Czy Rockstarowi udało się utrzymać ten klimat, mimo przeniesienia akcji do słonecznego Sao Paulo? Czy nowy wizerunek głównego bohatera mógł odstraszyć zatwardziałych fanów? I wreszcie, czy bullet time wciąż bawi tak samo? Zapraszam do recenzji.
O winie mówi się, że im starsze tym lepsze. O agencie 007, niestety, tak rzec nie można. I w kwestii filmowych, jak i tych komputerowych adaptacji.
Do zagrania w Quantum of Solace zbytnio się nie paliłem. Szczerze powiedziawszy o istnieniu tej produkcji nawet nie wiedziałem. Grę dorwałem na wyprzedaży za 20 złociszy, więc uważam cenę za adekwatną do oferowanej zawartości.
Od niedawna stałem się szczęśliwym posiadaczem PS3 i jestem z tego cholernie dumny. Kiedy wiedziałem, że do mojego salonu w najbliższym czasie przyjedzie „czarnulka”, od razu pomyślałem o wszystkich dostępnych grach ekskluzywnych zarówno dla PlayStation 3, jak i tych wydanych wyłącznie z myślą o konsolach. Przez oczy przeleciało mi mnóstwo tytułów, a między nimi szybko znalazła się seria Uncharted. Pierwsza część o podtytule „Drake’s Fortune” niezwłocznie wylądowała w moich łapkach. Magiczny krążek Blu-ray, po otwarciu pudełka, dosłownie sam wylądował w stacji mojej nowej maszynki. To już musiało o czymś świadczyć.
Gra A.D. 2009 okrzyknięta przez niemal wszystkie branżowe serwisu internetowe i czasopisma – Batman: Arkham Asylum – została ograna i przeze mnie. Po dwunastu godzinach spędzonych z grą i wypełnieniu 55% zagadek Riddlera śmiało mogę powiedzieć, że dzieło Rocksteady wytyczyło nowe szlaki w gatunku gier opartych na komiksach, a także kończy ze zgubnymi stereotypami.
Wydana jesienią 2009 roku produkcja kalifornijskiego studia Naughty Dog, które od ponad 15 lat tworzy ekskluzywne produkcje na potrzeby konsol z rodziny Sony PlayStation, wśród wielu fanów marki stało się wręcz pozycją kultową. Uncharted 2: Among Thieves to symbol PlayStation 3 i niejednokrotnie spotykałem się z opinią, że dla tej gry warto kupić tę konsolę. Czy rzeczywiście tak jest?
Kilka dni temu postanowiłem odkurzyć swojego ukochanego Pegasusa i spróbować sił z bratem w Contrę. Niestety, konsola ostatecznie nie zadziałała, a ja pełen smutku ruszyłem w stronę peceta. Trochę przez przypadek odkryłem, że niedawno wyszła inna, bardzo podobna do tego klasyka gra. Nosi tytuł Oniken i wygląda niemal identycznie jak produkcja z 1987 roku! Od razu zainteresowałem się produktem. Cóż, mój romans z nią zakończył się niespodziewanie szybko, ale o tym za chwilę.
Dawno, dawno temu, w Odległej Galaktyce, prawa dłoń Imperatora Sithów, Lord Vader, odkrył na planecie Kashyyyk niebezpiecznie ogromne skupienie Mocy. Mnogość midichlorianów zawierała się w skromnej posturze chłopca, syna jednego z ostatnich ocalałych Jedi. Mając pięć lat nie był świadomy siły w nim drzemiącej, ale Lord Vader dostrzegł jego predestynację u swojego boku...