Gry MMO w które grałem i jak się w nich bawiłem (wersja uaktualniona 2014).
T'Rain, gra MMO z konsekwencjami. REAMDE - Neal Stephenson
Zawód - marzyciel.
Esencja Destiny 2 - najważniejsze cechy gry, o których nie dowiesz się z testów beta
8 lat w Azeroth: Historia gracza World of Warcraft
O straconych szansach, Civil War i łysym z Mediolanu
Zgodnie z zeszłotygodniową obietnicą rozpoczynam dzisiaj cykl artykułów poświęconych grze MMO Star Wars: The Old Republic. W założeniu ma on przede wszystkim pomóc niezdecydowanym w podjęciu ewentualnej decyzji odnośnie zakupu, a przy okazji obecni gracze będą mogli porównać swoje odczucia z moimi. W pierwszej części skupię się na kwestiach dotyczących zakupu oraz napotkanych problemach z uruchomieniem gry, które w pewnym stopniu wpływają na odbiór produkcji studia BioWare. W następnych odsłonach omówię poszczególne elementy rozgrywki, a zwieńczeniem cyklu powinna być recenzja. Zapraszam do lektury…
Do szkółki na Korriban przybyłem kilka godzin temu. Sporo się tu towarzystwa kręci. Różnej maści napaleńcy chcący zostać prawdziwymi Sithami. Chcieć mogą, ale to ja wiem, że mi się się uda. W końcu jestem wielki i do tego wielki. Fizycznie wielki – bo gabarytów w żadną stronę mi nie brakuje (co trochę okupiłem brakiem uroczej fizjonomii) – i wielki w kwestii czynów. W końcu to ja zdobyłem holocron którego od tysięcy lat nikt nie dał rady wziąć w ręce. Wkurzyłem się i zdobyłem. I tak zamierzam robić dalej.
W drugim epizodzie serii o grze Star Wars: The Old Republicpokazuję statek Sith Inquisitora i biorę udział w jednej z walk kosmicznych. Początkowo ignorowałem ten dodatek, bo zamiast symulatora dostajemy w nim minigierkę. Okazało się jednak, że jest ona doskonałym przerywnikiem między standardowym wykonywaniem questów i zabijaniem mobków.
Gram w Star Wars: The Old Republic od premiery, a mam dopiero 17 poziom na głównej postaci. Wynikało to z dwóch czynników: świąt, podczas których postanowiłem grać umiarkowanie (i nie oszukujmy się, kupiłem parę innych tytułów w przecenach, Jamestown!) oraz tego, że gra znużyła mnie początkową porcją questów, które przechodziłem w becie.
W końcu dotarłem do punktu krytycznego – finalnego zadania na Drokund Kaas, za który moja postać, niezgrabny Sith Inquisitor z wąsami i bródką na muszkietera, otrzymała statek. To wielkie wydarzenie możecie zobaczyć sami na powyższym filmie. Więcej materiałów z The Old Republic spodziewajcie się na naszym kanale YouTube. Wszelkie komentarze mile widziane!
Do gier MMO podchodzę jak pies do jeża - boję się, że po kilku godzinach ocknę się z zapytaniem: co ja tutaj właściwie robię? Nie odnajduję bowiem uciechy ze źle nakreślonej historii, nie spełniam się w grindzie, a także porównywaniem mnóstwa cyfr, tak, bym mieć pewność, że ów zbroja jest lepsza od poprzedniej o 0,3%, a miecz, który wypadł z właśnie ubitego w lesie dzika, zadaje więcej obrażeń. Nie klei się to prostu, a obecni gracze od lat wychowywani na owym fundamencie, nie oponują za poprawą tego stanu. Ale ja tak.
Widząc ogromne zaangażowanie fanów danego produktu, wpadłem na pewien pomysł. Co byście powiedzieli gdyby twórcy oddali w Wasze ręce grę, w której moglibyście walczyć z innymi o swoje racje? Każdy z Was należałby do odpowiedniego dla siebie klanu np. Call of Duty czy też Battlefield, broniąc przy tym swoją i jednocześnie atakując cudzą grę. Zamienić walkę słowną (pisaną) na multiplayerową. Ot takie MMO, tyle że z użyciem broni palnej i z góry określonym celem. Akcja takiej gry toczyłaby się w zniszczonym ciągłymi wojnami świecie nienawiści.
W ostatnich miesiącach można było zauważyć dwa trendy w świecie MMO: uwalnianie ich od abonamentów na rzecz free to play oraz próby zmiany wizerunku tych ociężałych molochów. W poszukiwaniu ciekawych tytułów trafiłem na potworka o nazwie Rusty Hearts: darmową grę akcji MMO, która jest aktualnie w fazie otwartej bety. Dlaczego warto na nią zwrócić uwagę?
Na pierwszy rzut oka Rusty Hearts wygląda na typową produkcję azjatycką, obarczoną standardowymi wadami: dużą porcją grindu, bzdurną fabułą, kiepską grafiką i statyczną rozgrywką. Rzeczywiście część z tych elementów tutaj występuje, ale gra potrafi zaskoczyć. Zabawa jest dynamiczna i kojarzy się raczej z Devil May Cry a nie innymi MMO.
Powiada się, że gracze dzielą się na tych, którzy grają w „World of Warcraft” oraz tych, którzy zagrają w „World of Warcraft”. Dlaczego popularność sieciowych przygód w wirtualnych światach jest tak duża? Czy jest ona efektem zmyślnego mechanizmu prowadzącego do uzależnienia, czy też produkcje należące do gatunku MMORPG mają coś więcej do zaoferowania? Może coś, co odróżnia je od wszystkich pozostałych gier wideo? Na te i inne pytania spróbuję odpowiedzieć w serii wpisów, z których pierwszy znajdziecie w rozwinięciu. Temat jest wciągający niczym same tytuły MMO, zatem i Was Drodzy Czytelnicy zapraszam do dyskusji. Graliście, lub gracie, w którąś z popularnych „masówek”? Co Was skłoniło do polubienia akurat tego typu zabawy?
Z pewnością niejedna/niejeden z Was czasem gra w mniej kosztowne, często darmowe produkcje, które dziś stanowią silną gałąź przemysłu rozrywkowego. Jednym z popularniejszych i uznanych tytułów jest przeglądarkowa strategia Travian. W ostatnim czasie otrzymałem informację, że w ten poniedziałek rusza otwarta beta nowego MMO autorów Traviana - osadzonej w kosmosie gry strategicznej Imperiona. Wewnątrz wpisu znajdziecie garść szczegółów oraz kilka grafik.
Videotok, to moja metoda na połączenie trzech zainteresowań: gry, gadulstwo i tworzenie filmów. Całość zostanie zaprezentowana za pomocą wideo, chociaż mówiąc między nami, bardziej to przypomina radiowy monolog. Tak czy inaczej nad jakością materiału filmowego będę jeszcze pracował i oczywiście również nad komentarzem. Dzisiaj pogadam o zagadnieniach związanych z MMO. Będzie World of Warcraft, Guild Wars 2, Star Wars: The Old Republic i TERA.