Po raz ósmy zapraszam Was serdecznie na podsumowanie gamingowo-książkowo-filmowego roku w formie Moich Najków. Tradycyjnie będzie to lista pełna dziwnych kategorii, na której mniej lub bardziej ciepło wspominam ograne w minionych dwunastu miesiącach produkcje, obejrzane filmy i anime oraz przeczytane książki. Wsiadajcie na pokład, ruszamy w szybką podróż w czasie po roku 2018!
SNK to jedna z tych legendarnych firm, o których nie mówi się zbyt wiele. Japońska korporacja swego czasu miała olbrzymi wkład w rozwój branży elektronicznej rozrywki. Dodatkowo SNK stoi za wieloma klasykami epoki arcade, w tym bijatykami które rywalizowały z produkcjami Capcom. Dzisiaj najciekawszą informacją o SNK jest to, że firma ta należy do chińskiej korporacji specjalizującej się w fermach kurczaków. Innymi słowy z SNK już nikt się nie liczy. Czy wydanie SNK 40thAnniversary Collection zmieni ten stan rzeczy?
Wystartowała usługa pozwalająca na granie na naszym Switchu w wybrane tytuły z NES. Aplikacja dająca nam do ogrania 20 klasyków dostępna jest w ramach usługi Nintendo Switch Online. Czy jeśli nie interesuje nas granie online i lipna wersja przechowywania zapisów w chmurze warto zainwestować w Nintendowską wersję PlayStation Plus?
Retro z tygodnia na tydzień staje się coraz bardziej popularne, handlarze wręcz zacierają ręce a kolekcjonerzy z nerwów zgrzytają zębami. Na całe szczęście przemysł gier video ma na tyle bogatą historię, pełną ciekawych sprzętów. Niektóre z nim są na tyle mało popularne, że jeszcze nie dopadł ich „retro szał” a więc i ceny pozostają na rozsądnym poziomie.
Opisywana przeze mnie jakiś czas temu Mroczna strefa była pierwszą kinówką stworzoną w ramach Dragon Ball Z. Wcześniej fani serii mogli jednak zobaczyć filmy poświęcone przygodom małego Goku i spółki. Zrobiłem więc mały krok wstecz i wróciłem do Dragon Ball: Śpiąca Księżniczka z Zamku Diabła z 1986 roku. Czy warto go szukać i oglądać? Moje przemyślenia zebrałem tradycyjnie w 12 tweetach.
Staroszkolne gry JRPG to dość specyficzna odnoga gatunku role playing. Z jakiegoś powodu te gry są jak karaluchy i nie da się ich eksterminować. Nawet w 2018 roku zasypywani jesteśmy masą produkcji wyglądających jak coś z NESa lub SNESa. RPG Maker zagwarantowało nam, że do końca świata będziemy widzieć gry tego typu. Trochę szkoda bo cały rynek wydaje się być mocno przesycony produkcjami od Kemco i innych miłośników starych gier RPG. Z tego powodu wiele ciekawych produkcji nie ma nawet najmniejszej szansy na zabłyśniecie. W końcu kto ma czas na to by pośród dziesiątek lipnych gierek dodawanych codziennie na Steam wypłać to co może być interesujące? W moje ręce wpadła jedna z tego typu gierek. Zastanawiam się jednak czy The Longest Five Minutes to coś więcej niż ciekawa koncepcja na grę JRPG?
Cyfra siedem, jak twierdzi wikipedia, jest traktowana w wielu mitologiach i religiach świata jako symbol całości i dopełnienia. Dla wielu z nas to także symbol szczęścia. I patrząc na historię wirtualnej rozrywki, wypada tylko się z tym zgodzić. Obecność siódemki w roku od co czterech dekad przekłada się na wywołujący szał radości zestaw premier, które nie tylko idealnie spełniają oczekiwania szerokiej grupy odbiorców, ale często przynoszą też rewolucję w mechanikach i całych gatunkach.
Gdyby ktoś mnie obudził w środku nocy i zapytał z przystawionym do skroni pistoletem „jaka gra była najważniejszym osiągnięciem Square w dziedzinie jRPG?!”, rzuciłbym bez wahania „Final Fantasy VII”. Wiecie co jest w tym dziwne? Że w Final Fantasy VII nawet (jeszcze) nie grałem*! Bo widzicie, w środowisku graczy jakoś tak się utarło, że siódemka jest najlepszym fajnalem i basta – wielu mogło nie grać, ale każdy kojarzy kult, którym otaczana jest ta odsłona. Co z tego, że szóstka jako pierwsza zaoferowała wielowątkową, pełną emocji historię? Bywa. Ósemkę też wszyscy jakoś mniej wspominają, chociaż z mojej przygody z nią wynika, że poza kontrowersyjnym systemem walki oferowała świetną zabawę. A dziewiątka, którą to dzisiaj biorę na tapetę? Większości graczy coś świta, że owszem, odsłona z takim numerkiem istniała (no w końcu coś musiało być między VIII, a X, nie?)… Ale niewiele ponad to. Przez długi czas i ja taplałem się w tej błogiej ignorancji.
W Retro Graniu staram się opisywać stare gry, które spotkałem w przeszłości i w jakimś tam stopniu wpłynęły one na mnie. Najlepsze czasy spędziłem przy takich konsolach jak Pegasus oraz pierwszy Soniak. Dziś jednak chciałbym przedstawić wam jedną z pierwszych gier, w jaką zagrałem, a mianowicie Spider-Man na Atari 2600. Zapraszam na krótką recenzję.
Planowałem zatytułować ten wpis w stylu „poznałem jeden z najbardziej niesamowitych sandboxów”, ale doprawdy trudno spojrzeć na (od trzech lat darmową) grę UnReal World bez uwzględnienia jej historii. Najstarsza wersja tej produkcji, wydana w 1992-im na system DOS, należała do tej samej beczki, co dość popularny ADOM i inne roguelike’i fantasy. Twórcy (w różnych okresach jeden lub dwóch) zdecydowali się jednak popchnąć grę w niezgodną z standardowym podejściem stronę, przez co ich produkt doczekał się grona oddanych fanów i modderów. W dodatku ostatni, spory patch do gry opublikowany został zaledwie kilka tygodni temu i końca prac jeszcze nie widać.