Od pewnego czasu zauważalny jest znaczny wzrost udziału rynku gier w ogólnym pojęciu „rynków zbytu”. Chodzi mniej więcej o to, że kolejni producenci dostrzegają ogromny potencjał, jaki kryje w sobie każdy z odbiorców, nie tylko gracz „hardkorowy” i za pomocą reklam w „masowych” źródłach przekazu próbują do niego dotrzeć.
Dobrym zamiennikiem na tytuł tego tekstu mogłoby być „Jak to Szymon Majewski wypadał coraz słabiej” - oczywiście używając łagodnych słów, ale jednak jest to cykl, więc trzymajmy się jakiegoś porządku i przede wszystkim zacznijmy od początku. W dzisiejszym epizodzie chciałbym się przyjrzeć temu co prezentowały sobą programy Szymona w telewizji TVN, na wstępie jednak zaznaczam, że z wielu różnych powodów pomijam „Mamy Cię”, skupię się na tym co Majewski robił o jesiennego sezonu 2005 roku do końca maja bieżącego roku.
Odkąd historia rozbitków lotu Oceanic 815 dobiegła końca, co jakiś czas wychodzi zupełnie nowy serial, który stara się podbić serca fanów „Zagubionych”. Jeszcze w 2010 roku ukazały się takie produkcje jak „FlashForward” i „V”, już wtedy wielu nazywało je następcami „Lostów”. Niestety, ten pierwszy nie dostał nawet drugiego sezonu a „V” zdjęto z anteny po drugiej serii. Rok później dostaliśmy nie najgorszy „Dawno, dawno temu”, który w tym roku dostał drugi sezon, oraz Alcatraz od samego Abramsa. Ten okazał się być jednak bardzo słaby i nowych odcinków już nie zobaczymy. Współtwórca „Zagubionych” jednak się nie poddaje i w tym roku ponownie serwuje nam kolejny zagadkowy serial, tym razem pod tytułem „Revolution”.
Rynek stworzony przez Simpsonów, Futuramę, South Park czy Family Guya to prawdziwa żyła złota, bezczelności i chamstwa. Niektórzy lubią się na to obrażać, inni po prostu „to lubią”. Ja doceniam funkcję tego typu show i lubię „czyścić” sobie mózg takimi animowanymi, szybkimi, przejawami prostactwa. Teraz dołączył do nich nowy serial Comedy Central – Brickleberry.
*niezły kontrast względem treści poprzedniego wpisu.
Mythbusters + Top Gear = telewizja marzeń? Fantazja jest do tego, aby bawić się - pisał onegdaj wieszcz o pseudonimie Fasolki. Bawię się zatem fantazjowaniem o teoretycznie najbardziej rajcującym, wybuchowym programie rozrywkowym, jaki mógłby powstać we współczesnej telewizji. Z jednej strony mamy pełnych naukowych podstaw i frajdy płynącej z wysadzania rzeczy Pogromców mitów, a z drugiej obdarzonych absurdalnym poczuciem humoru brytyjskich speców od szybkiego jeżdżenia drogimi samochodami (i psucia wszystkiego, czego tkną) w Top Gear. Brałbym.
Jako, że nieraz nie mam jakichkolwiek chęci na siedzenie przed komputerem, to moje nogi zaciągają mnie pod inny sprzęt elektroniczny, który dziś potrafi zrobić wielu starszym ludziom warzywa z mózgów – telewizor. Przy owym monstrum nie potrafię wysiedzieć jakieś pół godziny, choć na ilość dostępnych kanałów nie narzekam. Czy w obecnych czasach Internet zastępuje telewizję?
Obecnie telewizja jest zalewana przez masę programów wątpliwej jakości, do tego dochodzą reklamy, które także prezentują coraz niższy poziom i potencjalnemu widzowi odechciewa się siadać przed telewizorem. Ja postanowiłem wrócić do programów, które już nie są emitowane i powspominać te lepsze czasy telewizji. W tym odcinku chciałbym przedstawić coś z kategorii zmuszającej do myślenia. I tak samo jak „Usterkę” z części pierwszej tą pozycje także mogliśmy oglądać na stacji TVN. Właściwie to tytuł zdradził wszystko, chodzi o program Milionerzy.
Doprawdy, świat i ludzie wciąż potrafią mnie zadziwić. Np. swoją bezmyślnością, naiwnością, i snuciem wyszukanych teorii, jakich powstydziliby się starożytni filozofowie. W pewnym sensie rozumiem „hejt” powstały wokół (nie)sławnej pani Grażyny Żarko. Za to kompletnie nie rozumiem tego, co rozgrywa się od chwili „zdemaskowania” „eksperymentu”/„projektu”, który nadal wygląda jak kiepski żart studentów socjologii, niż poważne, społeczne przedsięwzięcie.
Niby lato w pełni i większość czasu powinniśmy spędzać na świeżym powietrzu, ale jakoś jak zwykle nie bardzo chce nam się ruszyć sprzed ekranu komputera czy telewizora. Powodów bywa wiele: za gorąco, za zimno, burze, nic ciekawego w okolicy i tak dalej. W związku z tym jednym z efektywnych sposobów na zabicie czasu jest obejrzenie jakiegoś serialu. Wychodząc naprzeciw tym potrzebom postanowił rozpocząć serię artykułów poświęconą w moim (i nie tylko) przekonaniu najsłynniejszym i kultowym produkcjom. Na pierwszy ogień idzie jeden z najbardziej charakterystycznych tworów z tego gatunku, a mianowicie Miasteczko Twin Peaks w reżyserii Davida Lyncha i Marka Frosta. Zapraszam do lektury zarówno miłośników tego dzieła jak i lubiących niebanalne historie z nutką niesamowitości, którzy do tej pory nie mieli okazji go obejrzeć…
Jedna z najbardziej znanych i lubianych telewizyjnych produkcji ostatniej dekady dobiegła końca. Po ośmiu latach ekipa powiedziała dosyć – czas zabrać się za nowe pomysły. Dr House to prawdziwy serialowy fenomen. Nigdy wcześniej żaden serial nie był tak uzależniony od głównego bohatera. (Luz - tekst bez spoilerów)