Najlepsze minigry w grach wideo - squaresofter - 19 września 2019

Najlepsze minigry w grach wideo

W dzisiejszym wpisie chciałbym poruszyć temat minigier w grach wideo, i to takich minigier, przy których zdarzyło nam się nieraz zapomnieć o tym, że jest to tylko niewielka część tytułu, który ogrywamy.

Final Fantasy VIII – Triple Triad

W takim temacie nie można nie wspomnieć o Ósemce, która ma jedną z najlepiej zaprojektowanych minigier w grach wideo. Karcianka Triple Triad pozwala graczowi na pojedynkowanie się z większością postaci spotykanych w świecie gry. Zasady gry są bardzo proste. Na dziewięcioelementowej planszy rozkładane są karty. Grę wygrywa gracz, który w ostatniej turze ma najwięcej swoich kart na planszy. O tym która karta jest lepsza decyduje wartość karty od 1 do A (10).

Zabawa w Triple Triad posiada wiele wariantów i tak na początku gramy tylko o jedną kartę. Później, w zależności od odwiedzanego przez nas regionu, możemy toczyć boje o wszystkie karty naszego rywala, brać udział w pojedynkach, w których przewagę zyskują karty poszczególnych żywiołów a nawet w takich, gdzie przed pojedynkiem z talii wybierane są losowe karty.

Nie musimy grać w Triple Triad, aby ukończyć Final Fantasy VIII. Warto jednak to robić, bo niektóre rzadkie karty postaci lub GFów połączone ze zdolnością ich zamiany w przedmioty nie tylko ułatwią nam w znaczący sposób samą rozgrywkę,  to jeszcze umożliwią tworzenie z nich czarów, które wykorzystamy do rozwoju naszych bohaterów. Final Fantasy VIII to nie tylko fabuła. To również walki z piekielnie trudnymi bossami opcjonalnymi takimi jak Ultima/Omega Weapon i gwarantuję każdemu, że o wiele łatwiej jest wyjść zwycięsko z takich potyczek, jeśli najpierw zdobyliśmy kartę Bahamuta, którą następnie zamienimy na sto Megaliksirów.

Shenmue – Wyścigi wózków widłowych/Rozwożenie skrzyń w porcie

Shenmue jest jedną z najbardziej przełomowych gier wideo w historii. Było czymś zupełnie niespotykanym w czasach gdy GTA nie było jeszcze nawet trójwymiarowe. Opowiada o młodym chłopaku Ryo Hazukim, który szuka morderców własnego ojca. Poznajemy go jako nieporadnego i zagubionego sierotę. Shenmue to jednak nie tylko historia o zemście, ale również o tym jak ciężki potrafi być moment wejścia nastolatka w dorosłość. Zawsze miło jest wydawać pieniądze naszych opiekunów na własne zachcianki. Taki stan rzeczy nie może jednak trwać wiecznie. Pierwszą oznaką dorosłości, samodzielności i odpowiedzialności jest nabycie umiejętności zarabiania pieniędzy. Są produkcje, w których pieniądze praktycznie leżą na ulicy i czekają, aż je zgarniemy. W dziele Yu Suzukiego, które stanowi kamień milowy gatunku gier z otwartym światem zawsze podobało mi się to, że żeby mieć pieniądze, to musimy je zarobić. Wózki widłowe to jeden z najlepszych sposobów na to jak połączyć przyjemne z pożytecznym. Z początku zaczynamy jako kierowca takiego wózka, którego wysokość wypłaty jest uzależniona od ilości towaru rozwożonego po okolicznych magazynach. Później dochodzą jeszcze wyścigi tych wózków, w których możemy wziąć udział, jeśli chcemy zdobyć rzadsze przedmioty. W Shenmue było wiele ciekawych minigier do wyboru. Mieliśmy nawet możliwość zagrania na automatach w klasyczne gry Segi, jednak to właśnie przy owych wózkach bawiłem się wręcz wybornie.  

Grand Theft Auto III (i inne) – Karetka

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć najbardziej dochodowej marki wśród tytułów stawiających na swobodną zabawę w otwartym świecie. GTA słynie z wciągających aktywności pobocznych. W pierwszych odsłonach cyklu, którym zajmuje się Rockstar mogliśmy wcielić się m.in. w policjanta, strażaka, taksówkarza albo wyżyć się na okolicznych członkach gangów, jednak mi w pamięci najbardziej utkwiła praca kierowcy ambulansu, który jeździ do poszkodowanych i musi dowieść ich jak najszybciej do szpitala. Największą zaletą owej aktywności było to, że jeśli udało nam się zaliczyć w niej wszystkie poziomy to zdobywaliśmy nieograniczony sprint, co w grach z tak ogromnymi światami jest niemal koniecznością. Darmowe zdrowie przy kryjówce też było niczego sobie.

Final Fantasy X – Blitzball

Jeśli jakaś minigra dorównała kiedyś swoją złożonością Triple Triad z FFVIII to był to bez wątpienia Blitzball z dziesiątej odsłony najpopularniejszego cyklu kwadratowych. Nie dość, że cała ta minigra zostaje już przedstawiona na samym początku owej opowieści za pomocą kapitalnie zrealizowanego rendera, to chęć dorównania ojcu w tym sporcie jest przecież motorem napędowym działań Tidusa oraz przyczyną jego kompleksów. Na punkcie tej piłkarskiej gry wodnej bzika ma cały świat. O ile w pierwszych odsłonach Final Fantasy był jasno określony rodzaj prac/klas postaci (biały mag, czerwony mag, czarny mag, wojownik, złodziej itd.), tak Tidusa i Wakkę bez problemy możemy określić jako blitzbalistów, którzy używają piłki blitzballowej do atakowania wrogów. Jasne, że ową mingrę możemy całkowicie zignorować (tylko jeden mecz jest obligatoryjny i nie musimy go nawet wygrywać), będzie się to jednak wiązało z wieloma niedogodnościami. Jeśli chcemy mieć jakąkolwiek szansę w starciach z najsilniejszymi bossami opcjonalnymi, którzy zamieszkują Spirę musimy zaprzyjaźnić się z tą minigrą. Wygrywając odpowiednią ilość meczów blitzballowych uzyskujemy dostęp do najpotężniejszego ataku Wakki. Zanim do tego dojdzie, musimy poznać od podszewki sport, który zna każdy. Uczenie się nowych zdolności, wykorzystywanie ataków statusowych na wrogów, levelowanie najlepszych graczy lub rekrutowanie największych gwiazd blitzballowych to niezwykle rajcowne zajęcie, przy którym można zapomnieć o fabule FFX na dziesiątki godzin.  

Wiedźmin 3: Dziki Gon – Gwint

W tym tekście nie mogło zabraknąć oczywiście naszego rodzimego Gwinta, jedynej minigrowej karcianki, której jest choć trochę blisko do Triple Triad. Rozgryzienie zasada rządzących wiedźmińską grą karcianą zajęło mi dziesiątki godzin, ale jak już załapałem co i jak, to mogłem wreszcie swobodnie wygrywać również i te najrzadsze karty. Znajomość Gwinta jest nieodzowna do wygrania turnieju Gwinta skupiającego najlepszych graczy ze wszystkich zakątków świata. Karty mogą też być nagrodą za wykonanie jakiegoś zadania pobocznego. W zdobyciu ich wszystkich pomoże nam specjalny przewodnik po Gwincie oraz przede wszystkim cierpliwość, bo o tym na jakie karty trafimy podczas meczu gry karcianej decyduje niestety szczęście. Gwint zdobył status kultowy i doczekał się nawet własnej gry, w której możemy mierzyć się z innymi graczami. Mi jednak zawsze przeszkadzał fakt, że jego potencjał nie został wykorzystany w pełni w Dzikim Gonie. Opis niektórych kart potrafił nieźle rozbawić, ale tak w zasadzie zebranie wszystkich tych kart nie daje graczowi nic poza satysfakcją i złotym trofeum, bo twórcy nie postarali się przykładowo o to, aby wykorzystać te karty do zdobycia jakiegoś cennego ekwipunku. To doskonały złodziej czasu, ale można się bez niego spokojnie obejść a i tak zobaczymy w produkcji CD Projekt RED praktycznie wszystko.

Yakuza 0 – Klub Sunshine z hostessami

Na koniec opiszę w kilku słowach mingrę, która tak w zasadzie przyczyniła się do powstania tego tekstu. Z Yakuzą 0 spędziłem trochę czasu i widziałem w niej niejedną mingrę, której można by było poświęcić obszerny encyklopedyczny wpis wyjaśniający o co w niej chodzi, ale dopiero gdy Majima postanowił zająć się klubem z hostessami o nazwie Sunshine odpłynąłem. Tak świetnej mingry nie widziałem od lat. Tak, wiem, że Kazuma też ma swoją własną minigrę przedsiębiorczą, ale nie ma uroku osobistego Goro i to nie on obejmuje kuratelę nad tymi wszystkimi przepięknymi hostessami z Sotenbori.

Zacznijmy od tego, że wątek klubu Sunshine ma swój własny scenariusz, który nie ma żadnego wpływu na przebieg głównej historii w Yakuzie 0. Chodzi w nim o pokonanie zrzeszenia klubów nocnych z okolicy o nazwie Pięć Gwiazd. W tej grze zaczynamy jako szef podrzędnego lokalu z raptem trzema dziewczynami do towarzystwa. Jednak dzięki naszej charyzmie i ogromnej ilości kasy możemy bez problemu zatrudnić najlepsze hostessy. Każda z dziewczyn ma swoje słabe i mocne strony, które cenią sobie nasi klienci (seksowność, urok, piękno, umiejętność prowadzenia konwersacji itd.). Nasze pracownice nabywają cennego doświadczenia przy klientach. Możemy je wspierać jako zaangażowany szef, dla którego dobre samopoczucie kadry pracowniczej to podstawa. Wyznajemy zasadę: Klient – nasz pan, więc musimy reagować natychmiastowo na sytuację przy stolikach z gośćmi, jeśli chcemy pozyskać szacunek odwiedzających. Każda hostessa ma swoja własną klasę (brązowa, srebrna, złota, platynowa). Najciekawsze jest to, że te najlepsze z nich możemy nawet lepiej poznać, przeprowadzając w tym celu odpowiednio zaaranżowane lekcje, podczas których zamieniamy się na chwilę w klienta. Te bardzo osobiste rozmowy przypominają rasowe symulatory randkowe, które nie dość, że pomogą najlepszym dziewczynom z klubu w jeszcze lepszym opiekowaniu się klientelą, to mają finał w postaci odrębnych minihistorii fabularnych.

Platynowe hostessy możemy dodatkowo ubierać w inne kiecki, zmieniać im uczesanie, zająć się ich makijażem lub zaopatrzyć w drogie naszyjniki, bransolety, zegarki i kolczyki a nawet królicze uszy. Żeby tego było mało, to w celu zwiększenia naszej konkurencyjności możemy zawiązywać współpracę handlową z okolicznymi restauracjami, kinami i innymi lokalami. Dzięki temu pozyskujemy fanów. Ułatwia nam do później walkę o wpływy z konkurencyjnymi lokalami nocnymi. Celem tej minigry jest oczywiście zarobienie milionów jenów, co otworzy nam drogę do zostania prawdziwym krezusem japońskiej mafii. Wątek klubu Sunshine pozwala też zdjąć blokadę z najdroższych zdolności bitewnych Majimy. Ma więc zatem znaczący wpływ na sam system walki. No po prostu cos wspaniałego. Brawo Sega.

Jestem pewien, że w swoich growych karierach mieliśmy do czynienia z tysiącami różnych minigier. Nie sposób wymienić ich wszystkich. Walałem skupić się na tych, które utkwiły mi najbardziej w pamięci. Mógłbym oczywiście opisać wiele podobnych złodziei czasu. O masie z nich pewnie zapomniałem, więc jeśli chcecie dodać coś od siebie, to zapraszam do komentarzy.

squaresofter
19 września 2019 - 19:56

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz