O Black Mesa bez sentymentu - Cayack - 16 września 2012

O Black Mesa bez sentymentu

14 września 2012 roku zapisze się złotymi zgłoskami w pamiętnikach wszystkich fanów uniwersum Half-Life’a. Tego właśnie dnia na świat wypuszczona została modyfikacja Black Mesa, odwzorowująca pamiętny klasyk z 1998 roku na silniku Source. Dla wygłodniałych fanów to smakowity kąsek, choć trochę zaspokajający apetyt w obliczu braku zapowiedzi Half-Life 3. Nie dziwią zatem generalnie pozytywne recenzje. Chcielibyście poznać odpowiedź na pytanie, jak Black Mesa wygląda w oczach człowieka, który do serii Half-Life nie pała właściwie żadnymi uczuciami (poza szacunkiem, o sentymencie nie może być mowy)? Zapraszam do rozwinięcia.

Byście mogli w miarę precyzyjnie oszacować ile miałem kontaktu z pierwszą częścią HL, pokuszę się o mały powrót do przeszłości. Był piękny, letni dzień. No, nie pamiętam czy piękny, ale na pewno letni, bo były wakacje. Raczej lipiec niż sierpień, choć to mało istotne. Pojechałem z bratem na drugi koniec kraju, do dziadków, wujków i ciotek. Byliśmy tam pewnie ze dwa tygodnie, a w tym czasie kilkukrotnie odwiedziliśmy jedną z cioć, której syn, a mój kuzyn, miał zainstalowanego Half-Life’a. Z racji wieku mnie przypadło w udziale głównie obserwowanie jak radzi sobie o sześć lat starszy brat. Miałem wtedy, bo ja wiem, z dziesięć wiosen, więc dopuszczono mnie tylko do przejścia tutoriala (stąd nie dziwię się, że do skoku niezbędny bywa też ctrl) i samego początku gry – do incydentu. Pewnie dlatego akurat jego zapamiętałem bardzo dobrze. Ot i cała historia, tyle się nagrałem w HL.

Pewnie, obiecywałem sobie przez lata, że na pewno kiedyś nadrobię. W momencie kontaktu z grą nie miałem o tym pojęcia, ale później już miałem świadomość, że to tytuł kultowy, który warto poznać. Ale jakoś czas mijał, zajmowałem się czymś innym, a Half-Life konsekwentnie się starzał, bo taka kolej rzeczy. Szczerze mówiąc, chyba już bym się nie odważył włączyć produkcję Valve w oryginalnej postaci. Jak zaznaczyłem, nie pałam do tej gry żadnymi wyższymi uczuciami, bo niby z jakiej racji? Sam się przecież nie nagrałem. Ale nawet tylko obserwując zachowały mi się jakieś mgliste wspomnienia, których nie chciałbym zrujnować. A tu proszę! Jak z nieba spada Black Mesa.

Kto wie, być może zderzenie z Half-Life’m w 2012 roku było by jak zderzenie czołowe. A w Black Mesa wjeżdża się tak, jak nóż wjeżdża w masło. Pod względem wizualnym to nie Crysis, to nawet nie Modern Warfare. Ale i tak jest zupełnie nieźle, a najlepszym chyba słowem będzie: wystarczająco. Wystarczająco by zbadać ten świat, zwiedzić go, postawić stopę na każdym centymetrze. Jak dobrze, że jest po temu okazja.

And then there were five...

Prawie wszystko jest tu dla mnie nowe. Pamiętałem, że w grze były stwory skaczące na twarz, ale przecież nie to, gdzie się znajdowały. Stąd też idzie się zaskoczyć, lekko podskoczyć na krześle. Nieliczne zagadki rozwiązuję od zera, bo przecież nie kojarzę, na czym polegały. To wszystko sprawia frajdę i nie sposób z Black Mesy zrobić speedruna.

Brak regeneracji zdrowia ani trochę nie przeszkadza. Może nie eksplorowałem pierwszego HL do granic możliwości, ale grałem przecież w inne strzelaniny z takim samym rozwiązaniem. Trochę mi go dzisiaj brakuje. Z drugiej strony z tak zawrotnym tempem dzisiejszych shooterów trudno by je było zastosować. Ciężko szukać apteczek, gdy nie zdejmujemy palca ze spustu. Spokojniejsze tempo Black Mesy jest miłą odmianą.

Spokojniejsze, nie znaczy łatwiejsze. Nie ma respawnu przeciwników, za to są twardsi i bardziej różnorodni. Strzelanie w Black Mesie może nasycić, dać trochę satysfakcji. I właściwie tylko jednego mi tu brakuje - przycelowania. Na etapie do którego doszedłem, da się to zrobić tylko z rewolwerem. Pewne nawyki wchodzą w krew i chciałoby się precyzyjniej przycelować, ale to bardziej zachcianka, niż realna potrzeba. Póki co większość starć była bliskiego kontaktu, stąd też spokojnie można sobie radzić bez tej funkcjonalności.

Nie jestem w swej naturze na tyle czepialski, by kąśliwie skomentować to zdarzenie. Nadmienię tylko, że w tej chwili nie spadałem.

Co jeszcze cenię w Black Mesie? Oldschoolowość na każdym kroku. Nie mamy minimapy,  kompasu, wyszczególnionego szeregu "obdżektiwów". Kombinujemy na bieżąco, próbujemy sobie oczyścić drogę czy to ołowiem, czy to sposobem. Tylko od nas zależy jak sprawnie przebrniemy przez kolejne etapy. 

Dodatkowym walorem, który chyba był nieobecny w oryginale (może mnie poprawicie?), jest cały szereg zabawnych easter eggów, ale tu się rozwodził już nie będę - zajrzyjcie do fsm'a.

Jak dotąd doświadczenie z odświeżonym Half-Life'm budzi we mnie wyłącznie pozytywne odczucia. Pograłem kilka godzin i szczerze mówiąc to nie mam pojęcia, jak daleko zabrnąłem. Mam za to pewność, że na pewno tę modyfikację ukończę. Weteranów serii zachęcać nie muszę, ale wszystkich w moim położeniu namawiam. Lepszej okazji by nadrobić braki nie będzie.

Cayack
16 września 2012 - 20:36

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
16.09.2012 22:13
hanys94
hanys94
66
Pretorianin

Ja też nie grałem w ogóle w Half Life'y, więc chyba z Black Mesą spróbuję.

16.09.2012 23:20
👍
odpowiedz
Kopec23
53
Centurion

A ja napiszę komentarz jako fan, a co!

Niedawno odświeżyłem sobie HL'a, zupełnie przez przypadek, o tak. Po prostu napadła mnie ochota, żeby jeszcze raz przejść jedną z moich ulubionych gier. Trochę pograłem (nie przeszedłem całej gry - jakoś brakło czasu), a tu jak grom z jasnego nieba informacja, iż BM ma zostać wydana.

No i tak wczoraj zasiadłem, pograłem, dzisiaj również i jak na razie jestem w rozdziale Blast Pit i jako osoba, która oryginalnego Half-Life'a zna prawie na pamięć mogę z czystym sercem napisać - jest dobrze, nawet bardzo dobrze.

Do tego momentu zostało zmienionych całkiem sporo rzeczy np. w pewnym miejscu zamiast strzelby znajdujemy rewolwer, gdzieś jest więcej zombie, tu z sufitu zwisają "wciągarki", a w oryginale ich nie było, z kolei w innym miejscu dodano jakiś korytarz, pomieszczenie. Tak więc nawet dla maniaków takich jak ja odkrywanie "laboratorium" na nowo jest świetną zabawą.

17.09.2012 06:47
SlowedGiant041
odpowiedz
SlowedGiant041
22
Pretorianin

Cóż ja grałem tylko w half life 2 i episody więc Black Mesa będzie dla mnie uzupełnieniem tej historii w nowej szacie graficznej. Czekam tylko aż wyjdzie na steam ( no chyba, że się będzie tam przedłużać to pobiorę gdzieś indziej) i gramy :).

17.09.2012 20:01
marcus alex fenix
odpowiedz
marcus alex fenix
80
Marcus

Z graniem w Half Life miałem podobnie jak Ty - bardziej patrzyłem jak inni grają, chociaż i tak z gry praktycznie nic nie pamiętam. Odstraszająca obecnie grafika to dla mnie największa bariera, jednak Black Mesa przychodzi z ratunkiem i muszę przyznać, że bawię się bardzo dobrze. Fajnie jest sobie porównać konstrukcję klasycznego FPSa w porównaniu do tych dzisiejszych - na pewno trzeba więcej myśleć i uważać na pasek zdrowia.

Osobiście doszedłem do momentu spotkania wojska (chyba nie spojleruję :D), ktoś podpowie, w jakim fragmencie fabuły się aktualnie znajduję? :)