Is There Anybody Out There? - historia Pink Floyd - część 6. - Bartek Pacuła - 9 stycznia 2014

Is There Anybody Out There? - historia Pink Floyd - część 6.

Roger Waters miał dość. Wraz ze sławą Floydów przyszły też koncerty dla ogromnej publiczności, najczęściej na stadionach, a większość z tych ludzi interesowały tylko hitowe piosenki jak Money. To wszystko sprawiło, że Waters, który od 1973 roku przejmował powoli całkowitą kontrolę nad tworem zwanym Pink Floyd, zapragnął oddzielenia się od publiki, najlepiej czymś na kształt muru. A co się stało z tym pomysłem i dlaczego, pomimo pozornego wariactwa basisty Floydów, był to jeden z najlepszych pomysłów w historii muzyki rockowej? Zapraszam do przeczytania 6. części historii Pink Floyd!

The Wall Immersion Box Set - okładka.

Ale początek tej historii ma miejsce jeszcze przed trasą koncertową z 1977 roku, gdy Waters znienawidził granie na stadionach. Jej początek sięga rok wcześniej gdy miało miejsce wydarzenie, które pozornie nie było powiązane z zespołem Pink Floyd. W 1976 roku do władzy w Zjednoczonym Królestwie doszła Partia Pracy, która, jak każdy rząd lewicowy, miała plan by finansowo najbardziej obciążyć najbogatszych. Wracając jednak do Floydów – po trasie koncertowej promującej Animals w zespole dobrze się nie działo i każdy z czwórki muzyków musiał odpocząć, najlepiej daleko od siebie. Waters zajął się życiem rodzinnym oraz spokojnym komponowaniem i rozwijaniem dwóch muzycznych pomysłów, które miał w głowie od jakiegoś czasu, a Gilmour i Wright odpoczywali od Floydów nagrywając swoje własne solowe płyty(odpowiednio David Gilmour i Wet Dream) oraz zajmując się innymi ciekawymi rzeczami, jak wspomaganie młodej, dobrze rokującej wokalistki Kate Bush przez Gilmoura. Tak Floydzi spędzali czas do lipca 1978 roku, gdy okazało się, że milionerzy mają poważne problemy finansowe. Stało się tak, gdyż Floydzi chcąc przechytrzyć fiskusa, który od 1976 roku zrzynał nawet 80% zarobionych pieniędzy, zainwestowali(za radą firmy Norton Warburg) wiele pieniędzy w różne przedsięwzięcia, które prawie w każdym przypadku były totalnymi klapami. Muzycy Pink Floyd spotkali się wtedy, a przy okazji spotkania Waters pokazał swoje dwa pomysły, nad którymi pracował od jakiegoś czasu. Jeden z tych pomysłów nie spodobał się do końca reszcie, a ostatecznie ujrzał światło dzienne jako pierwszy solowy album WatersaThe Pross and Cons of Hitch-hiking, na szczęście drugi, zalążek płyty The Wall, został przyjęty bardziej entuzjastycznie. Choć były to tylko demówki, na dodatek niedorobione, to wszyscy dostrzegli ogromny potencjał w tym dziele. Waters, choć stawał się niekwestionowanym królem Pink Floyd, wiedział, że zespół musi zatrudnić producenta, który rozładowywałby napięcie, którego spodziewał się i Waters, i Gilmour. Postawiono na Boba Ezrina, który w świecie muzyki był znany m.in. ze współpracy z Peterem Gabrielem, Rodem Stewartem czy KISS. Sesje nagraniowe rozpoczęły się od małego zgrzytu, albowiem okazało się, że prócz Ezrina zaproszono też Jamesa Guthriego, który miał wykonywać z grubsza tę samą robotę co Bob. Jednak prace potem ruszyły i szybko przeniosły się do Francji, gdyż Floydzi, którzy stali się relatywnie biedni, uciekali przed ogromnymi podatkami.  To jednak, paradoksalnie, stało się zaletą, gdyż Floydzi przyciśnięci przez finansowe straty, zaczęli pracować wytrwale, sumiennie i, jak określił to Mason „niefloydowo”.

The Wall - wersja japońska, zremasterowana.

Choć Floydzi nagrywali arcydzieło, to atmosfera, która wokół nich panowała, nie była zbyt radosna czy wesoła, a do głosu zaczęły dochodzić stare konflikty i wybujałe ego Watersa. Najbardziej przykrym konfliktem był ten pomiędzy Watersem, a Wrightem. Roger Waters zarzucał bowiem klawiszowcowi, że ten nic nie wnosi do produkcji płyty, a chce zostać wymieniony na okładce jako współtwórca. Sam Wright po latach bronił się, iż wtedy cierpiał na depresję związaną z problemami małżeńskimi, co jednak nie zmienia faktu, że nie brał zbyt dużego udziału w procesie tworzenia The Wall. Tym co przelało czarę goryczy była kłótnia między Watersem i Wrightem o wakacje i spędzanie czasu urlopowego. Richard Wright zgodził się ostatecznie odejść, a zespół mógł dokończyć nagrywanie płyty w Los Angeles. Choć atmosfera, mówiąc oględnie, ssała ostro, to prace nad tym albumem trwały w najlepsze. Miał on zostać wydany przed Bożym Narodzeniem i tak ostatecznie się stało. Co ważniejsze – premierę albumu poprzedziła premiera singla, co na Wyspach nie zdarzyło się Floydom od 1968 roku. Singiel nosił tytuł Another Brick in the Wall Part 2 i stał się spektakularnym sukcesem, zarówno finansowym, jak i artystycznym oraz kulturowym.

The Wall - wersja japońska, zremasterowana - wnętrze digipacku.

30 listopada swoją premierę miał album The Wall. Bez wątpienia było to, i nadal jest, dzieło absolutnie wyjątkowe i niepowtarzalne. Wszystko w tym albumie zagrało jak trzeba. Na dwóch płytach słuchacze otrzymali przerażającą, lecz świetną historię o Pinku – chłopcu, którego życie nie rozpieszczało(nadopiekuńcza matka, śmierć ojca, zła szkoła), a on popadał powoli w szaleństwo oddzielając się od świata murem. Pomijając genialny pomysł na historię, idealnie zrobiona została również muzyka. Każda kompozycja ma tutaj sens i cel, każda broni się sama jako rzecz autonomiczna, a część utworów to po prostu arcydzieła muzyki rockowej. Pierwszym z nich bez wątpienia był wyżej wspomniany singiel, czyli Another Brick in the Wall Part 2. Nie do końca wiadomo, kto pierwszy zaproponował, by w tej piosence użyć chóru dziecięcego, lecz było to świetne posunięcie. Muzycy dotarli do szkoły Islington Green i złożyli ofertę tamtejszemu nauczycielowi muzyki, który wyraził na to zgodę. Dzieciaki przybyły i nagrały to, co znamy dziś z płyty, dzięki czemu piosenka ta zyskała dodatkowe walory artystyczne oraz idiosynkratycznego kopa, który wywindował ten utwór do zupełnie innej ligi jakościowej. Co ważniejsze – utwór ten na dobre zaczął żyć własnym życiem, gdy mieszkańcy RPA dyskryminowani przez politykę apartheidu uczynili ją swoim nieformalnym hymnem. Innym hitem z tej płyty, który zasługuje na osobne wymienienie, jest ballada Hey You. Świetne, niespieszne tempo, niepokojący, lecz niezwykle elektryzujący tekst i świetny śpiew Gilmoura sprawiają, że do tej piosenki człowiek chce wracać bez końca.

7-calowy singiel Another Brick in the Wall Part 2.

Chyba jeszcze lepszym utworem jest kawałek zatytułowany Comfortably Numb, choć na początku nic nie zwiastowało, że będzie to kawałek tak dobry. Comfortably Numb było bowiem miejscem zapalnym, czymś co przywoływało natychmiastową kłótnię między Davidem, a Rogerem. Piosenka ta, jak żadna inna na tym albumie, ostatecznie stała się efektem współpracy(czyli de facto kłótni) między tymi dwoma panami. Tekst należał do Watersa, muzyka zaś była pomysłem Gilmoura. Na nieszczęście(albo i szczęście) panowie mieli różne wizje tego utworu. Waters chciał wersję „większą, kolorową i orkiestrową”, Gilmour zaś pragnął, by była ona mocniejsza, bardziej rockowa. Ostatecznie osiągnięto ciekawe porozumienie, które zaowocowało taką wersją tego hitu, jaką znamy dzisiaj – postanowiono, iż początek utworu będzie zrobiony tak, jak chciał Waters, zaś końcówka z arcygenialnym solem będzie zrobiona tak, jak życzył sobie tego Gilmour. Kolejnym hitem z tej płyty jest piosenka Run Like Hell – również muzycznie pomyślana przez gitarzystę Floydów. Jej energetyczny rytm i pasujący idealnie głos Watersa dały rzecz niezwykle ciekawą, nietuzinkową i jednocześnie bardzo przystępną.

7-calowe single zawierające m.in. Comfortably Numb, Hey You i RUn Like Hell.

The Wall to jednak nie tylko wyżej wymienione hity, lecz wiele innych utworów, które, jak już zdążyłem wspomnieć, świetnie pasują i idealnie spełniają swój cel. Mamy więc np. akustyczne Mother(które na poziomie rytmicznym było tak skomplikowane, że Mason nie podjął się nagrywania ścieżki perkusyjnej i specjalnie na ten utwór ściągnięto Jeffa Porcaro, znanego głównie za pracę w Toto), prześmiewcze Young Lust, niepokojący i groteskowy The Trial czy leciutką kompozycję Outside the Wall, która kończy się w tak bardzo niepokojący sposób, że zostawia ona w tyle to, co Floydzi pokazali na Dark Side of the Moon.

Książka przedstawiająca kulisy pracy nad przedstawieniem scenicznym The Wall.

Płyta po swojej premierze okazała się wielkim sukcesem, lecz był to de facto początek ostrej pracy Floydów, gdyż The Wall od początku był pomyślany nie tylko jako album, lecz także jako sceniczne show oraz film(co było ponoć pomysłem Boba Ezrina). Trasa została rozpoczęta 7 lutego 1980 roku i była niepodobna do żadnej innej, gdyż nie była to „tylko” seria koncertów, lecz całe przedstawienie, z różnymi gadżetami i „aktorami”. Jednak zrobienie tak skomplikowanego show było niezwykle kosztowne, czego skutkiem była strata finansowa, którą Floydzi odnotowali przez występy na żywo. Nie umniejsza to jednak artystycznego sukcesu, który muzycy osiągnęli dzięki tym przedstawieniom, a niektóre z nich przeszły do legendy(jak ten, gdy jeden z rekwizytów spowodował spory pożar).

Przykładowa strona z książki o The Wall.

Ostatnią częścią całego przedsięwzięcia The Wall był film i okazał się on najmniejszym sukcesem. Reżyserię powierzono Alanowi Parkerowi, który prawie od razu zaczął kłócić się z Watersem o kształt filmu. Ostatecznie Parker ostatecznie wytargował sobie niezależność nad sceną wizualną, a Waters zajął się ścieżką dźwiękową, nagrywając nowe wersje m.in. Mother czy Outside the Wall, a także dorzucając kompozycję zatytułowaną When the Tigers Broke Free(utwór ten został potem wydany jako singiel z okazji premiery filmu). Sam film jest na pewno godny obejrzenia, lecz jest też, jak mówił Gilmour, „najmniej udanym z trzech sposobów opowiedzenia tej historii”.

Is There Anybody Out There? The Wall Live 1980-81

Nie był to jednak koniec wydawnictw związanych z The Wall – albowiem w roku 2000 został wydany zapis audio z koncertów z trasy promującej ten album, które odbyły się w latach 80-81. Nosi on tytuł Is There Anybody Out There? The Wall Live 1980-81 i stanowi on nie lada gratkę dla każdego miłośnika Floydów. Choć jest to „tylko” zapis audio, to wnosi on wiele świeżości do tego albumu, a niektóre wersje piosenek(choćby Hey You, Comfortably Numb czy Run Like Hell z klaskanym udziałem publiczności) zyskują jeszcze na jakości, stając się koncertowymi arcydziełami.

Grafika zamieszczona w edycji The Wall Immersion Box Set przedstawiająca Żonę.

The Wall to przedsięwzięcie wielowątkowe, lecz również(a może właśnie dlatego) wyjątkowe. Album sprzedał się fenomenalnie, co pozwoliło Floydom odetchnąć po problemach finansowych z jakimi borykali się od 1977 roku i zapewnił im ostateczną rockową nieśmiertelność, którą zaczęli budować przy okazji Dark Side of the Moon. Kolejne single z tej płyty okupowały listy przebojów, ludzie chętnie wybierali się na koncerty(tylko halowe – Waters zakazał koncertowania na stadionach) i chętnie zapoznawali się z filmem. Nie oznaczało to jednak, że życie Floydów stało się idyllą, miejscem wiecznie oświetlanym przez ciepłe słońce, pełne radości i życia. Po pierwsze utwór Another Brick in the Wall Part 2, choć stał się komercyjnym hitem, sprowadził na muzyków sporo krytyki, szczególnie ze strony tych bardziej konserwatywnych nauczycieli i osób związanych z edukacją. Po drugie – nagranie tego albumu kosztowało Floydów pozbycie się Richarda, który był współzałożycielem i wieloletnim członkiem zespołu. Finalnie – nagrywanie The Wall ujawniło w całej okazałości ogromne ego i  dyktatorskie zapędy Watersa, który zaczął utożsamiać zespół Pink Floyd WYŁĄCZNIE z samym sobą, co oczywiście nie wróżyło zbyt dobrze na przyszłość.

A co się stało dalej, o kolejnej płycie pomyślanej od zera przez Watersa oraz o floydowym życiu bez niego już za dwa tygodnie w kolejnej części historii Pink Floyd!

Poprzednie części:

5#: http://gameplay.pl/news.asp?ID=82294

4#: http://gameplay.pl/news.asp?ID=82051

3#: http://gameplay.pl/news.asp?ID=81746

2#: http://gameplay.pl/news.asp?ID=81399

1#: http://gameplay.pl/news.asp?ID=81121

Bartek Pacuła
9 stycznia 2014 - 11:33

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
10.01.2014 08:46
Jedziemy do Gęstochowy
Jedziemy do Gęstochowy
126
JUDAS PRIEST

Ja jak już wczesniej pisałem, za The Wall nie przepadam, słuchac jej muszę w małych dawkach, całości naraz posłuchac nigdy nie dałem rady. Nie jestem fanem solowych dzieł Watersa, a The Wall nie brzmi wg. mnie jak Pink Floyd tylko jego solowe dzieła ( czym w pewnym sensie także jest). Najlepsze na tej płycie są utwory w których powstawaniu brał duży udział David ( Comfortably Numb, Hey You...) prócz nich lubię także Another Brick in The Wall part 2. I tyle.Dla mnie ta płyta to smutny początek końca genialnego zespołu, i równia pochyła w dół, po której było tylko gorzej, z kilkoma przebłyskami czyli paroma utworami z The Division Bell.

10.01.2014 11:20
odpowiedz
Mago8
28
Pretorianin

W tekście jest błąd. Ostatni screen nie przedstawia grafiki z Matką tylko Żoną. Poza tym jak dla mnie The Wall to najlepszy album jaki w życiu słyszałem. Pozdrawiam.

10.01.2014 11:39
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

Fakt. Poprawione.