Tydzień Led Zeppelin #5. Unboxing edycji Led Zeppelin I Super Deluxe Box Set. - Bartek Pacuła - 8 czerwca 2014

Tydzień Led Zeppelin #5. Unboxing edycji Led Zeppelin I Super Deluxe Box Set.

Zapraszam na przedostatni wpis z serii Tydzień Led Zeppelin, w którym pokażę i omówię zawartość kolekcjonerki Led Zeppelin I Super Deluxe Box Set, a także przypomnę o wciąż trwającym konkursie.

W swoim życiu widziałem już naprawdę sporo edycji kolekcjonerskich. Kiedyś, jako zapalony gracz, miałem ich naprawdę sporo, a potem – po przerzuceniu się na muzykę – zacząłem zbierać specjalne pudła różnych płyt. W międzyczasie raz na jakiś czas zdarza mi się zakupić jakieś fajne wydanie jakiegoś filmu (lub filmów). Pisząc to zmierzam do tego, że przez mój dom przewinęły się różne pudła, pudełka, boksy i boksiki, a także ogromne, ciężkie i cholernie drogie wydawnictwa pokroju EK do płyty Random Access Memories od zespołu Daft Punk. Dlatego też gdy zapowiedziane zostały specjalne edycje najnowszych remasterów od Led Zeppelin, to od razu miałem w głowie kilka dróg, które Jimmy Page mógł eksplorować projektować to wydawnictwo. Część z nich była znakomita, część wizji była zaś przerażająca (czyli boksy „na chama” wypełnione jakimś badziewiem, zapychaczem i szajsem, tak jak to często ma miejsce w kolekcjonerkach różnych gier). Gdy w końcu poszedłem do Empiku odebrać rodzinne zamówienie na Ledów (moje winyle + nie moje boksy), jakimś cudem dotaszczyłem je do domu i odpakowałem, moim oczom ukazało się wydanie ładne, dobrze wykonane, świetnie przemyślane i z klasą. Odetchnąłem z ulgą.

Biorąc do ręki pudło z EK Led Zeppelin I (w sumie to dowolne z tej trójki, ale pokazuję I, bo została ona wybrana w ankiecie) od razu można zauważyć, że jest to rzecz naprawdę ciężka. I porządnie wykonana, co razem daje naprawdę świetny efekt. Cały boks obity został czymś w rodzaju materiału płóciennego (nie wiem jak to inaczej opisać), część osób będzie więc pewnie narzekać na fakt, że łatwiej będzie o zniszczenie tego wydania. Dla mnie jednak tym zabiegiem uzyskano naprawdę ciekawy efekt i bardzo fajnie wyglądające pudełko, a z zadbaniem o nie, jeśli ktoś wie jak i nie ma dwóch patyków zamiast rąk, nie powinno być żadnego problemu.

Okładka fantastycznej książki. Oczywiście nie mogło zabraknąć sterowca.
Przykładowe strony z albumu.
I kolejne.

Po otworzeniu pudełka naszym oczom ukazuje się piękna, znakomicie wykonana książka, będąca albumem ze zdjęciami Ledów z okresu powstawania danej płyty. Fotografie są wyborne, przez co od tej publikacji naprawdę nie można się oderwać.

Kartoniki z reprintami.

Kolejną rzeczą, która wchodzi w skład tej kolekcjonerki jest kartonik, w środku którego możemy znaleźć dwa bardzo fajne gadżety – dwa przyjemnie wydane zdjęcia Zeppelinów oraz reprinty tzw. „press kit”, które wytwórnia Atlantic wysyłała do prasy pod koniec lat 60. Wygląda to znakomicie, jest to także super lektura – czego chcieć więcej?

Pod reprintami możemy w końcu znaleźć jedną z najfajniejszych rzeczy w tym wydaniu - dwa kartony na winyle. Jednym z nich jest oryginalny album z 1969 roku, w drugim zaś (tym z nową, ciemniejszą okładką) zapis koncertu z Paryża z 1969, który ukazał się na dwóch winylach. Zakup tego boksu to jedyna sposobność, by dorwać te winyle w osobnych kartonikach, normlanie są one bowiem sprzedawane w jednym gatefoldzie.

Następnie, w miarę zagłębiania się w pudełko, w nasze ręce

wpada litografia z okładką danej płyty w roli głównej. Wygląda ona bardzo przyjemnie (chociaż tutaj floydowy Immersion Box Set ze swoimi fenomenalnymi litografiami okazał się lepszy), a na dodatek informuje nas o numerze, który nasz boks posiada. Łącznie wyszło równo 30 000 sztuk, ten egzemplarz I ma numer dość niski (co jest bardzo fajne), pozostałe dwa mieszczą się w 20 000, ale ledwo, co już nie cieszy tak bardzo.

Karteczka z kodem. Już zużyłem, dlatego niech nikt się nie cieszy ;)

Ostatnie dwa elementy, które wieńczą dzieło to płyty CD z tym samym materiałem, który znalazł się na winylach oraz kod uprawniający do pobrania tego albumu jako gęste pliki HD. Kompakty prezentują się pięknie i znakomicie grają, a pliki w tym wypadku prezentują jeszcze lepszą jakość dźwięku, mam natomiast do nich dwie uwagi. Po pierwsze żałuję, że z jakiegoś powodu nie sprezentowano nam wersji „prawdziwie” HD, czyli plików o gęstości 24/192 (a przecież winyle były cięte ze 192), w zamian dając gorsze wersje 24/96. I po drugie – chociaż karteczka z kodem wygląda porządnie i miło, to szkoda, że nie pokuszono się o wydanie tego albumu w formie plików na jakiejś ładnej pamięci (np. w sterowcu!), tak jak to miało miejsce przy okazji kolekcjonerki Random Access Memories. Te zeppelinowskie pudła do najtańszych nie należą, można więc było pokusić się o taki zabieg.

Kolekcjonerki remasterów I, II i III wyglądają bardzo podobnie. Warto jednak zaznaczyć, że to właśnie boks od I jest najbogatszy – zawiera trzy, a nie dwa winyle, wyposażony został także w kartonik z reprintami i dwoma zdjęciami, czego w wypadku pudeł II oraz III nie uświadczymy. Jednak wszystkie te edycje specjalne są naprawdę piękne – porządnie wykonane, znakomicie przemyślane (bez żadnych tanich zapychaczy), bogate w kontent płytowo-wydawniczy. Jedyne co boli to „jakość” plików oraz, mimo wszystko, cena. Obecnie jedno takie pudełko kosztuje ok. 400 zł, co w żadnym wypadku nie jest kwotą małą. Myślę jednak, że jeśli jakiś fan Ledów ma trochę pieniędzy na nieoczekiwane wydatki, to takie wydanie, przynajmniej jednej płyty, mógłby sobie sprawić. Gwarantuję, że się nie zawiedzie.

Poprzednie wpisy z serii Tydzień Led Zeppelin:

Recenzja remasterów z 2014 roku

Recenzja albumu koncertowego Celebration Day

Krótka historia gigantów rocka

Wpis inauguracyjny

Mój fanpage na FB Music to the People

PS. Przypominam o konkursie, który sobie trwa do niedzieli! Oto, co napisałem na jego temat:

Co trzeba zrobić, żeby taki prezent otrzymać? Chciałbym, żeby chętni napisali w kilku zdaniach (5-12) swoją przygodę z muzyką Led Zeppelin. Może być śmiesznie, może być intrygująco, ciekawie czy przerażająco. Oceniać będę styl, pomysł, „jakość” historii, a także poprawność językową (nie będę stawiał ujemnych punktów za brak przecinka, nic z tych rzeczy, ale wypadałoby, żeby taka wypowiedź miała jakiekolwiek ręce i nogi). Konkurs rozpoczyna się z sekundą opublikowania tego wpisu i kończy w niedzielę o godzinie 20:00. Wszystkie wpisy konkursowe proszę umieszczać pod komentarzami, a jeśli ktoś ma niewymowną potrzebę, to może posłać swoją pracę na adres: [email protected]. Wszystkie (sensowne) historie zostaną przeze mnie użyte w niedzielnym, kończącym całą akcję, wpisie. Na marginesie dodam (na zachętę), że jeśli dostanę kilka naprawdę ciekawych prac, to nie ograniczę się tylko do nagrodzenia dwóch osób i będę myślał o innych, może nawet ciekawszych, nagrodach. Powodzenia!

Bartek Pacuła
8 czerwca 2014 - 09:49

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
08.06.2014 10:32
papilarny
papilarny
15
Chorąży

Z biegiem czasu pozbyłem się bardzo upokarzającego z perspektywy przeświadczenia o tym, że pewne zespoły są dla mnie zbyt hermetyczne w odbiorze. Byłem już doświadczony w słuchaniu kapel, które ustalały muzyczne trendy na przełomie lat 60 i 70, ale wciąż do niektórych nie mogłem się przekonać. Takie nastawienie cechowało moje kontakty choćby z Pink Floyd, to samo działo się, gdy kilka lat temu robiłem podchody do twórczości Led Zeppelin. Sytuacja zmieniła się jednak do dnia dzisiejszego diametralnie, teraz – mimo tego, że daleko mi do fanatyka ich muzyki – znacznie częściej oddaję się dziełom Page’a, Planta, Jonesa i Bonhama, czerpiąc z tego ogromną przyjemność („Since I’ve Been Loving You” to stały element moich nastrojowych playlist, nie wspominając o „Stairway to Heaven”). Jednocześnie jestem świadomy i nieco przytłoczony tym, w jaki sposób stali się oni jednym z najważniejszych elementów wizerunków muzyki rockowej i metalowej takich, jakimi są one obecnie. Kawał historii, inspiracji i przede wszystkim – fantastycznej twórczości.

08.06.2014 17:33
odpowiedz
Ukito
9
Legionista

Gdy byłem małym dzieciakiem nigdy nie lubiłem za bardzo słuchać muzyki. Zacząłem jej słuchać dopiero mając 13 lat i to i tak w małych ilościach. Teraz wydaje mi się to dość dziwne bo całymi dniami z pokoju moich braci wydobywał się dźwięk ostrej metalowej muzy. Jednak to mnie jakoś nie kręciło toteż zacząłem od bardzo łagodnej dla uszu muzyki reggae. To mi jednak nie wystarczało, więc zwrócilem się do brata o jakiś lżejszy rock. Tutaj idealnie przypasowali mi Beatlesi oraz niejaka Tori Amos. Tak słuchałem tego do liceum, gdy zacząłem namiętnie oglądać seriale. Jednym z nich był "Różowe lata siedziemdziesiąte" w którym jedna z postaci była zagorzałym fanem bohaterów tego wpisu, czyli Led Zeppelin. Jakimś cudem nie puściłem tego mimo uszu i wyszukałem ten zespół na youtubie. No i oczywiście od razu się wręcz zakochałem. I to nie tylko konkretnie w ich muzyce, ale również w całej ogólno pojętej muzyce rockowej z lat 60. i 70. Otworzono mi zupełnie nowy, nieznany świat. Od tamtej pory co i rusz odkrywam jakieś nowe zespoły z absolutnie każdego okresu muzyki nowożytnej. Jednak co i rusz wracam do Led Zeppelin i za każdym razem odkrywam w nich coś innego.
PS. Jedyne czego żałuje to to, że muszę słuchać tej pięknej muzyki na bardzo miernej jakości "sprzęcie", ale co tam, jakoś trzeba sobie radzic. Ich muzyka broni się nawet na telefonie.

09.06.2014 10:00
odpowiedz
zanonimizowany669488
77
Generał

Ja tego słuchałem całe dzieciństwo. W zasadzie powinno być "słuchałem", bo w domu, w którym non stop leciały Led Zeppelin, Pink Floyd, Deep Purple i Black Sabbath puszczane przez tatę po prostu nie miało się wyboru. Wtedy nie bardzo przypadł mi do gustu ten rodzaj muzyki - poważny, gitara męczyła ucho, a tekstu nie dało się zrozumieć. Dopiero w wieku gimnazjalnym przypomniałem sobie o wielkim stosie ojcowskich płyt. Wziąłem kilka i przesłuchałem. Nie wiem, czy to sprawa sentymentu z dzieciństwa czy po prostu genialności i, niestety, niepowtarzalności tej muzyki, ale zakochałem się po uszy. W zasadzie do dzisiaj nie słucham niczego innego, co ma ten swój plus, że nie muszę kupować płyt - miałem je wszystkie już od urodzenia.

Led Zeppelin 1 to chyba moja ulubiona płyta. Od pierwszego do ostatniego utworu płyta ma swój ujmujący i jednolity klimat. Nie wydaje mi się, żeby Led Zeppelin to powtórzył (najbliżej jest chyba IV, ale Rock n Roll wszystko psuje). Z całego repertuaru, zdecydowanie moim ulubionym utworem są wspaniałe Schody, a ostatnie 3 minuty tego utworu są chyba najlepszym fragmentem w całej historii muzyki. Potem jest chyba 20 minuta wersja Dazed and Confused z koncertówki How the West was won.

Wiem, że konkurs już się skończył, ale musiałem się tym podzielić. Cieszę się, że jeszcze ludzie, dla których muzyka nie kojarzy się jednoznacznie z łubudubu na najgłośniejszych ustawieniach i tekstem rodem z rynsztoka.