Dexter jak Walter White - recenzja 7 sezonu 'Dextera' - Floyd - 3 marca 2013

Dexter jak Walter White - recenzja 7 sezonu "Dextera"

Seriale kręcone z większym rozmachem niż „codzienne soap-opery” są obecnie na topie. Przyciągają rzesze fanów, szukających w rozrywce większego sensu i głębi, niż ta oferowana przez blockbustery. Seriale takie jak „Lost”, „Dr House”, Prison Break” czy „Gra o Tron” stały się świtowymi fenomenami przyciągając przed telewizory ludzi, którzy do tej pory gardzili „tasiemcami”. Wraz z niedawno zakończonym siódmym sezonem do tego zacnego grona dołącza „Dexter” opowiadający o perypetiach seryjnego zabójcy, usprawiedliwiającego swoje czyny kodeksem, a  także chroniącego swoją wewnętrzną tożsamość pod maską nudnego technika policyjnego. Czy „Dextera” dopadł syndrom wypalenia znany z innych wielosezonowych produkcji? A może scenarzyści znaleźli nową ścieżkę, którą mogliby pociągnąć fabułę w atrakcyjny dla nowych widzów sposób. Po odpowiedzi zapraszam do recenzji przedostatniego już sezonu „Dextera”.

Ostrzegam przed spoilerami!

Przykład wcześniej nakręconych seriali pokazuje, że zwykle osiągają one szczyt popularności w okolicach 3-4 transzy, by później odejść w mniejszym („Lost”) lub większym („PB” zakończone po  4 sezonach) zapomnieniu. Do tej pory podobnie sytuacja miała się z „Dexterem”, gdy po świetnym sezonie 4, przyszły dwa „lata chude”. Jednak już końcówka 6 transzy dawała nam do zrozumienia, że następne epizody będą naprawdę interesujące, gdyż scenarzyści wreszcie wzięli się za rozwiązanie kwestii wiszącej nad Dexterem od samego początku. Co będzie gdy Deb dowie się o „mrocznym pasażerze” swojego przyszywanego brata?

Historia pani porucznik odkrywającej krok po kroku mroczne zakątki osobowości Detera stanowi osnowę tego 7 sezonu i jest umiejętnie dawkowana, stopniowo podnosząc napięcie, które wybucha ponad zenit w końcówce 12 epizodu.

To, co odróżnia najnowszy sezon od pozostałych, to brak głównego „bad guy’a”, z którym konfrontacja stanowiłaby koło napędowe całej historii. W pierwszych czterech transzach motyw „głównego złego” był realizowany po mistrzowsku, jednak poziom ten nie został utrzymany w kolejnych latach. Lumen, niedoszła „dziewczyna z beczki” w „piątce” nie przypadła mi szczególnie do gustu, a zakończenie jej historii polegające na zagadkowym i niewytłumaczonym odejściu stanowiło fabularny strzał w stopę. Z drugiej strony pytania zasiane w głowie Dextera przez tę właśnie postać stały się kluczowe dla dalszego rozwoju wypadków, gdyż główny bohater zaczął się zastanawiać czy jest w stanie obdarzyć kogokolwiek prawdziwym uczuciem bez ciągłej obawy, o to czy nie zostanie porzucony po tym jak wyjawi całą prawdę o sobie. Żal po stracie Rity stanowił już przeszłość i Dexter mógł w całości poświęcić się wychowywaniu swojego synka Harrisona. Jednak i to nie wyszło serialowi na dobre, gdyż doprowadziło do sytuacji, w której praktycznie cały siódmy sezon polegał na zadawaniu sobie pytań „czy przebywając z Harrisonem nie wychowam go na potwora jakim sam jestem?”.

Po tych krótkich narzekaniach wróćmy jednak do bieżącego sezonu. Deb w końcu dowiedziała się kim naprawdę jest jej brat. Zaczęła odkrywać jego działalność łączącą go z zabójstwami „Rzeźnika z Zatoki”, „Potrójnego” i współpracą z Lumen. To pierwszy tak obfity powrót do przeszłości z przypadku tego serialu, gdyż do tej pory bywało tak, że wraz zakończeniem sezonu antagonista po prostu znikał lub został zabity i wszelkie refleksje z nim związane zostawały szybko i brutalnie ucinane.

Brak „głównego złego” skutkuje także tym, że w końcu nie musimy męczyć się z przestojami fabuły zwykle następującymi mniej, więcej w połowie sezonu, kiedy to Dexter bez końca zastanawia się co ma zrobić ze swoim przeciwnikiem. Tak było nawet w genialnej „czwórce” kiedy to rozmyślaniom na temat „Potrójnego” poświęcona była znaczna część czasu epizodów.

Sam siódmy sezon podzielony jest na trzy wątki. Najważniejszym jest oczywiście zmiana relacji panujących w rodzeństwie, która została zaprezentowana z wielką pieczołowitością i dbałością o szczegóły. Świetnego wrażenia dopełnia bardzo dobra gra aktorska Jennifer Carpenter jako Debry i charakterystyczna nieco apatyczna, ale konsekwentna kreacji Dextera w wykonaniu Michaela Halla. Mimo, iż uważam, że uczucie jakim Deb darzyła Dexa zostało przez scenarzystów dodane nieco sztucznie, to doceniam także jego znaczenie dla rozwoju akcji – gdyby pani porucznik nie zakochała się w swoim bracie, nie miałaby tak ogromnych oporów przed spełnieniem swojego zawodowego obowiązku i oddaniem Dextera w ręce sprawiedliwości. Przy tej okazji wypada mi także pochwalić świetne zrealizowaną scenę wyznania miłości – istny majstersztyk.

Jeśli to była historia A. To następną ochrzczę mianem historii B z uwagi na nieco mniejsze znaczenie. A jest nią romans głównego bohatera z Hannah, graną przez Yvonne Strahovski, którą część z Was może kojarzyć z „Mass Efecta 2”. To właśnie ta kobieta była pierwszą, dla której Dexter złamał swój żelazny kodeks, co w konsekwencji zaprowadziło go do przyznania sobie pozwolenia na zabicie niewinnej LaGuerty. Hannah stanowiła dla niego bezpieczną przestań, powrót do czasów sielskiego domu wraz  Ritą. Jedyną różnicą był tylko to, że blondynka z zamiłowaniem do trujących roślinek znała całą prawdę i akceptowała ją. Niestety nic nie trwa wiecznie i nawet ten płomienny romans trzeba było poświęcić w imię ratowania zdrowia i życia tej, która była z Dexterem od wczesnego dzieciństwa, a której dobru Hannah zagrażała.

Za historię C natomiast przyjmuję wątek związany z Isaakiem chcącym zabić Dexa w akcie zemsty za morderstwo dokonane na jego kochanku Viktorze. Dla mnie ta postać była najjaśniejszym punktem całego sezonu. Ogromne brawa należą się Ray’owi Stevensonowi za wykreowanie postaci dynamicznej, zmieniającej się z bezwzględnego mściciela we wrażliwego kochanka. To właśnie od niego w czasie klimatycznej pogawędki w klubie gejowskim Dexter nauczył się prawdziwego znaczenia słów „Kocham Cię”.

Fabuła siódmego sezonu prezentuje się bardzo okazale i trzyma w napięciu do ostatniej sekundy, choć nie zabrakło w niej kilku potknięć, jak np. wątku Quinna i Nadii czy Podpalacza, które jednak są mało znaczące.

Pod koniec ton akcji nadają dążenia LaGuerty do wyjaśnienia niesłusznego jej zdaniem werdyktu w sprawie Doakesa posądzanego o bycie seryjnym mordercą. To dzięki niej mogę Was zapewnić, że końcówkę będziecie oglądali z wypiekami na twarzy nie mogąc przewidzieć rozwoju sytuacji i będąc niesamowicie zaskoczonymi finalną sceną w kontenerze.

Po jej obejrzeniu, a także późniejszym delektowaniu się sceną zamykającą zrealizowaną w slow-motion, a także będącą nawiązaniem do końcówki pierwszego sezonu można wyciągnąć  wniosek, że Dexter staje się coraz bardziej podobny do Waltera White’a znanego z „Breaking Bad”. Tak samo jak tamten łysy chemik tak i ten seryjny morderca nie zdając sobie z tego bezpośrednio sprawy ciągnie wszystkich swoich najbliższych w głąb moralnego zatracenia. Wygląda więc na to, że w tym roku będą nas czekały dwa emocjonujące finały doskonałych seriali.

Jaka będzie przyszłość Deb po pociągnięciu przez nią za spust? To pytanie będzie musiało pozostać jeszcze przez jakiś czas bez odpowiedzi, choć patrząc na świetną robotę wykonaną w siódmym sezonie nie martwię się o pożegnanie „Dextera”, gdyż już teraz wiem, że twórców stać na wykreowanie czegoś naprawdę epickiego.


 Jeśli chcecie być na bieżąco z tym co robię w sieci to zapraszam do:

 
Floyd
3 marca 2013 - 09:26

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
04.03.2013 21:34
Tomal_P
Tomal_P
95
Legend

Moim zdaniem najlepsza w siódmym sezonie była historia z Isaakiem, koleś świetne zagrał tę rolę. Super się jego oglądało, od razu widać było, że ma charyzmę. Szkoda, że historia z nim szybko się skończyła.

Tak po obejrzeniu całego sezonu wydaję mi się, że mogli te 3 wątki rozdzielić na więcej odcinków, ale... zrobili tak i już. Ogólnie sezon 7 był niezły.

10.03.2013 11:32
😊
odpowiedz
Goth-ic
1
Junior

Breaking bad jest bardziej realistyczne i moim zdaniem przez to jest lepsze od Dextera "super bohatera" .
Dobra receznja. :)

10.03.2013 11:50
odpowiedz
zanonimizowany166638
152
Legend

Trzeba ustalić niesamowicie niskie wymagania, żeby siódmy sezon Dextera uznać za dobry. Nawet określenie "średniak" byłoby tu gloryfikacją.

Poniżej zlepek moich dwóch postów, napisanych zaraz po seansie. Ostrzegam przed ekstremalnym stężeniem żółci.

Cały sezon to jedna, wielka chaotyczna breja z tuzinem niepotrzebnych wątków, zmontowanych bez ładu i składu. Poszczególne motywy zaczynają się i kończą w najmniej oczekiwanych i najmniej odpowiednich momentach. W dodatku każdej postaci dopisano własny wątek poboczny, często zupełnie bezmyślny i wsadzony na siłę jako zapychacz. Wyjątkiem jest Masuka, który w tym sezonie prawie nie dostał linii dialogowych, a jego charakterystyczny rechot słychać tylko raz - w retrospekcji z (chyba) drugiego sezonu. Wszystko to tworzy tak chaotyczny mętlik, że dopiero na przełomie ósmego i dziewiątego odcinka zorientowałem się, co tak naprawdę jest tutaj wątkiem głównym. Stało się to dokładnie po tym, jak to, co uważałem wcześniej za wątek główny, zostało szybko i brutalnie zamordowane przez scenarzystów.

Jeśli nie oglądaliście serii siódmej na bieżąco i dopiero chcecie się za nią wziąć, to przygotujcie się na najmniej wiarygodny romans w historii telewizji. Nie, nie chodzi o kazirodczy związek, na który przygotowywał nas wcześniejszy sezon. Zamiast tego Dexter znajduje sobie kobietę-królika, która nie dość, że nie jest wybitnie ładna, to jeszcze niesamowicie irytuje za każdym razem, gdy pojawia się na wizji.

Pod koniec sezonu robi się trochę lepiej, ale na naprawienie błędów jest już o wiele za późno. Te dwanaście odcinków to taki anty-Dexter, w którym scenarzyści wzięli sobie za punkt honoru przedstawić dokładnie na odwrót wszystko, co do tej pory kojarzyło się z serialem. Poprzednie dwie serie miały mnóstwo niedociągnięć i uproszczeń, ale to jest zupełnie nowy poziom. To już nie jest kwestia tego, że policja w Miami nie namierzyła IP czy numeru telefonu w trakcie śledztwa. Tym razem wirus idiotyzmu zaatakował bezpośrednio mózgi bohaterów, doprowadzając ich do robienia rzeczy, których zasadności nie sposób w żaden sposób wytłumaczyć.

Gdyby okroić to wszystko i sklecić w jedną całość, składającą się z mniej więcej sześciu odcinków, wyszłaby całkiem fajna historia, może trochę na siłę oryginalna, ale przynajmniej tworząca jedną całość. To coś, co nam zaserwował Showtime trudno w ogóle w jakikolwiek sposób scharakteryzować. Aż wszedłem na IMDb, żeby upewnić się, czy scenarzystą nie był ten kretyn Lindelof. Jednak nie, to jacyś inni kretyni. Do tej pory za najgorszy sezon uważałem trzeci, ale widzę, że trzeba zmienić ranking.

I na to czekałem cały rok? No kurwa mać.

I drugi post:

Może sezon siódmy to takie swoiste przeciwieństwo szóstego. Wtedy ludzie oglądający regularnie pojedyncze odcinki klęli na nie jak cholera. Ja obejrzałem całość naraz i w sumie nie sprawiało mi to większych problemów. Oczywiście, że wiele ewidentnych błędów dało się łatwo zauważyć, ale ponieważ nie miałem czasu rozmyślać cały tydzień nad tym, dlaczego policja nie namierza tego pieprzonego IP, to po prostu machnąłem ręką i włączałem następny epizod. Poza tym fabuła nie była jakaś tragiczna, a sama formuła nie odbiegała zbytnio od standardowego Dextera.

Tym razem to właśnie formułę brutalnie zarżnięto, zgwałcono i wrzucono do rowu. Trochę za półmetkiem autentycznie zasnąłem na siedząco i musiałem przewijać kawałek odcinka, ale nie byłem pewien, do którego momentu mam wrócić, bo tam i tak nic się nie działo. Tutaj problem sięgnął nawet warstwy wizualnej. Wcześniej często zmieniano scenerie - jakieś mokradła, plaże, ocean, bardzo różniące się od siebie części miasta, wnętrza wielu budynków itp. Cały sezon siódmy kręci się głównie wokół kilku lokacji, do których co chwilę wraca. Oglądając to w taki sposób, na jaki się zdecydowałem, można zobaczyć, że przez jakieś 3/4 czasu widz patrzy na kolor szary. Szare chodniki, szare ulice, szare budynki, szare wnętrza. Gdy w którymś odcinku Dexter miał na sobie szare spodnie i koszulę, to prawie nie było go widać. Człowiek-kameleon.

No, ale może to ja szukam problemów tam, gdzie ich nie ma. Najwyraźniej to skutek tego, że przez 12 odcinków prawie nic się nie dzieje, a kiedy faktycznie ma się coś wydarzyć, to akcja trwa w porywach kilka minut, kończąc tym samym dany wątek w możliwie najmniej ekscytujący sposób. Dziesięciominutowe dialogi kręcone metodą Lucasa (dwie osoby stoją i rozmawiają albo dwie osoby siedzą i rozmawiają) dobijają najbardziej. Najgorsze ze wszystkiego są chyba dialogi pomiędzy Dexterem i Sirko, które wyglądają jak rozmowy Jamesa Bonda z jego aktualnym przeciwnikiem, tylko rozwleczone do nieprzyzwoitych rozmiarów.

Szczerze? Autentycznie przeszło mi przez myśl, że pod koniec mogliby wskrzesić Doakesa. Bo w sumie co za różnica? To wszystko było już na tyle bezsensowne i bezcelowe, że nic by już nie zaszkodziło. Może i pomysły z sezonów piątego i trzeciego (choć tu raczej zawiniło wykonanie) okazały się słabe, ale widać, że przynajmniej były. O siódmym nawet tego powiedzieć nie można. Zlepek kilku miernych i średnich fanfików bez ładu i składu.

Pojęcia nie mam, jak komuś mogło przyjść do głowy, żeby ten chłam postawić obok Breaking Bad.