Lana Del Rey - Ultraviolence - Recenzje(33). - Bartek Pacuła - 3 lipca 2014

Lana Del Rey - Ultraviolence - Recenzje(33).

Ta sytuacja jest chyba najlepszym pokazem tego, jak potężny i wpływowy może być dobry marketing. Lany Del Rey nie słuchałem. Chociaż, co oczywiste, jej piosenki gdzieś tam obijały mi się o uszy, to nie miałem specjalnej potrzeby, by się zagłębiać w jej twórczość. Jednak ostatnio, z okazji zbliżającej się premiery najnowszej płyty Lany, Ultraviolence, byłem co raz bardziej „napastowany” przez różne informacje mniej czy bardziej odnoszące się do tego wydawnictwa. Najpierw były różne artykuły poświęcone samej Lanie, w tym bardzo ciekawy i intrygujący tekst z Newsweeka. Potem nadeszła gameplay’owa recenzja od HubertTalera, a tym, co ostatecznie przekonało mnie, że po prostu muszę się z tym albumem zapoznać były niezwykle pochlebne wypowiedzi samego Marka Niedźwieckiego. Skoro „Niedźwiedź” mówi, że coś jest dobre (albo nawet i bardzo dobre), to wypadałoby się chociaż z tym zapoznać i wyrobić własne zdanie. I tak machina marketingowa dopadła i mnie – poszedłem posłusznie do sklepu, nabyłem płytę i ją odsłuchałem. Teraz, kilka dni po pierwszym odsłuchu czekam na przesyłkę z kolekcjonerską edycją tego krążka, bo, sam chyba nie wierzę, że to mówię, jest on naprawdę bardzo dobry. Dokładnie tak, jak mówił „Niedźwiedź”.

Z Laną, z tego co zdążyłem się już zorientować, fani mają nie lada  problem. Chociaż znane jest nam jej prawdziwe nazwisko (Elizabeth Woolridge Grant), jej „nielanowe” płyty i prawdziwy debiut, to de facto nikt o nie za dużo nie wie. Nie wiadomo czy rzeczywiście jest skrzywdzoną dziewczyną o trudnej przeszłości jak sama deklaruje, czy też jej bogaty tata sfinansował jej całą karierę i rozkręcił cały ten biznes. Nie wiadomo czy jej szczere wypowiedzi (np. ta o chęci zakończenia życia) naprawdę takie są, czy może jest to sztuczne tworzenie pewnej osobowości, która przy takim marketingu sprzeda bez wątpienia więcej płyt. Mnie, prawdę mówiąc (chociaż sprawy te są bez wątpienia ciekawe), niewiele to obchodzi, póki jej muzyka jest w tym wszystkim szczera i broni się sama. A trzeba przyznać, że tak jest. Już od pierwszej piosenki Lana wprowadza nas w odpowiedni klimat, zachwyca głosem (trochę ciemnym, jakby urwała się z innej epoki) oraz dobrze przemyślanymi piosenkami. Kolejne utwory są dalszym pokazem jej wysokich umiejętności, a takie kawałki jak tytułowy Ultraviolence czy Brooklyn Baby od razu zostają w głowie.

Chociaż płytę Ultraviolence powinno się chyba zaliczać do gatunku pop, to zdecydowanie nie jest to ten pusty, durny gatunek muzyki, który relatywnie niedawno uprawiała np. nasza polska Mandaryna. Piosenki są bardzo dojrzałe, znakomicie zaśpiewane i, co chyba sprawia, że album ten jest tak bardzo udany, szalenie dobrze przemyślane. Mamy więc tutaj miejsce np. na Shades of Cool, czyli piosenkę żywcem wyciągniętą z pierwszych Bondów (skojarzenia z Adele, która nagrała przecież znakomity kawałek do Bonda nawiązujący do starszych brzmień, są jak najbardziej wskazane), która płynnie przechodzi w znakomite, popowe hity, które bez wątpienia będą królować w radiach tego lata, na czele z świetnym West Coast. Następnie Lana nie boi uderzyć się w zdecydowanie smutniejsze tony (bardzo fajne Sad Girl), by potem bardzo przekonująco oznajmić, że coś spierdoliła (Fucked My Way to the Top). Chociaż każda piosenka, każdy kawałek są do siebie podobne w klimacie i stylu, to album mimo wszystko jest bardzo różnorodny i nie pozwala się nudzić nawet na chwilę. W pozytywnym odbiorze płyty pomaga również jej przemyślana realizacja. Nie wiem czy to zasługa Dana Auerbacha z The Black Keys, który pomagał Lanie przy produkcji tego krążka, ale chociaż jest to mocno skompresowana muzyka (jak to w nagraniach popowych jest), to brzmi ona zaskakująco przyjemnie, a różne triki mające na celu „przybrudzić” brzmienie całości zdecydowanie zdają egzamin. Jest brudno, jest gęsto, jest ciężko.

Żeby jednak tak nie słodzić – parę bardziej gorzkich słów. Przede wszystkim płyta jest za długa. 50 minut w wersji „zwykłej” i 70 w wersji „deluxe” to odrobinę za długo. Szczególnie, że te końcowe piosenki (z naprawdę mocno średnim Guns and Roses) nie zachwycają tak bardzo i bez żalu można by było się ich pozbyć. Na dodatek, muszę to wspomnieć z raczej z kronikarskiego obowiązku niż z faktycznej chęci pastwienia się nad tym, Ultraviolence nie jest szczególnie genialnie nagraną płytą. Nie uświadczymy żadnej sceny czy holografii, o innych „bajerach” nawet nie wspominając. Wszystko jest tutaj dość mocno płaską ścianą dźwięku, jednak to (jak już wspomniałem) nieszczególnie przeszkadza w ogólnym odbiorze płyty, który jest bardzo dobry.

Na sam koniec warto jeszcze powiedzieć kilka miłych słów odnoszących się do sposobu wydania tej płyty. Można ją nabyć w dwóch wersjach różniących się zawartością (wersja Deluxe Edition zawiera dodatkowe cztery kawałki, w tym jeden raczej zabawny – Florida Kilos – który powinien znaleźć się na podstawowej wersji płyty), a także na różnych nośnikach. Tak więc do wyboru mamy wersję cyfrową, CD (jak to ładnie ujął Empik – w wersji „lokalnej”, a także zwykłej oraz Deluxe) winylową oraz wersję Super Deluxe Limited Box, która ma w sobie i LP, i CD oraz kilka innych ciekawych rzeczy. Każdy więc może sobie wybrać co go interesuje i nabyć – szczególnie, że cena najtańszej wersji jest śmiesznie niska.

Ultraviolence to kawał dobrego albumu. Naprawdę. Jest super zaśpiewany, świetnie przemyślany, zawierający w sobie kilka murowanych hitów, do których na pewno (chcąc nie chcąc, bo radio znając życie nas tym zakatuje) będziemy wracać, a jako całość nie nudzi ani na chwilę. Zachęcam każdego by dał Lanie szasnę – bo naprawdę warto. Żyjemy obecnie w czasach, gdzie obok rzeczy naprawdę słabych pojawiają się również (art)popowe perełki takie jak Sabina, Lorde czy właśnie Lana. I grzechem byłoby tego chociaż nie spróbować.

PS. Mam do rozdania jeden egzemplarz płyty Lany Born to Die. Żeby go zdobyć proszę w komentarzu lub na maila ([email protected]) wysłać króciutki tekst o tym jakiej artyski/jakiego artysty popowego słuchamy, ale wolimy się do tego nie przyznawać. Na zgłoszenia czekam do następnego piątku (11.07) do godziny 23.59.

Mój fanpage Music to the People

Poprzednie recenzje:

Archive – Axiom

Tuomas HolopainenMusic Inspired by the Life and Times of Scrooge  

Bartek Pacuła
3 lipca 2014 - 14:00
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
04.07.2014 13:55
Sasori666
Sasori666
143
Korneliusz

Ale twarz tej pani jest plastikowa, koszmar!

04.07.2014 13:59
kluha666
👍
odpowiedz
kluha666
141
See you space cowboy

Autor dodany do ignorowanych.

04.07.2014 14:04
Xinjin
😊
odpowiedz
Xinjin
133
MYTH DEEP SPACE 9

Literówka w tytule.

PS. Tekścik wysyłam na mejla. Jeśli się da to proszę o potwierdzenie że doszło.

04.07.2014 14:57
adam11$13
odpowiedz
adam11$13
84
Phantom Thief

Odpaliłem sobie ten kawałek West Coast. Strasznie średnie. Dobre żeby leciało w tle, ale w życiu nie kupiłbym płyty.

Ty pewnie kupiłeś wersję ''audiofilską'' za 200 zł.

04.07.2014 15:07
odpowiedz
Dukato
0
Pretorianin

Sasori666---> Dla mnie jest piękna ;)

"Ultraviolence" przesłuchałem z niekrytą przyjemnością. Trzeba powiedzieć sobie szczerze, że Lana ma pewne wokalne ograniczenia i sklecenie nowej, dobrej płyty było nie lada wyzwaniem. Udało się? Udało! Jest różnorodnie i ciekawie, miało być mroczniej i jest. Widać to choćby po samych tekstach, które są czasami bardzo mocne (Fucked My Way Up To The Top). Szczególnie przypadł mi do gustu "oldschoolowy" Cruel World. Zresztą, ja wszelkie nawiązania i "smaczki" lubię i cenię. Lana wydała dopiero... niech będzie - dwie płyty, a niemal każdy jej kawałek nadaje się na singiel i wielki "radiowy" przebój (hmm, może już trochę mniej w przypadku drugiej płyty, bo jest bardziej specyficzna). To nie lada osiągnięcie i z pewnością można nazwać ją objawieniem ostatnich lat.

Co do popowego artysty, którego w pewnym sensie się "wstydzę"... nie musiałem się długo namyślać - jest to George Michael. Chociaż "Last Christmas" wszyscy znają i kochają, to inne kawałki wymienionego wyżej wykonawcy mogłyby wywołać lekki uśmiech u niektórych osób (czy słusznie? to już inna sprawa...). Uwielbiam jego głos, kocham zarówno znane utwory pokroju np. "Careless Whisper", jak i mniej znane np. "Fastlove" - mimo tego, że jego dorobek odbiega znacznie od tego, czego słucham na codzień (szeroko pojęty rock - od Beatlesów i Rolling Stonesów, przez AC/DC, Pink Floyd, Queen, U2 i Bon Joviego do The Killers). GM zaś to przykład klasyki (chyba po... hic! 30 latach od Last Christmas możemy już nazwać to klasyką?) "kiczowatego" popu. Nie wspomnę o tym, że Michael jest gejem, a w naszym społeczeństwie, w wielu przypadkach, może go to skutecznie dyskwalifikować w oczach niektórych. Dla mnie jednak liczy się wartość twórczości artysty, a nie jego orientacja. Na zawsze zostanie symbolem pewnych czasów i muzyki, a dla mnie dużo to znaczy.

04.07.2014 15:46
Mateusz16b
odpowiedz
Mateusz16b
117
Rycerz

Kolejny dzień i nie mogę oderwać się od tych brzmień i głosu Lany. Zdecydowanie lepsza płyta od Born To Die z 2011 roku (chociaż moim zdaniem była ona dobra). Ultraviolence różni się od Born To Die zdecydowanie. Lana del Rey jest tutaj Elizabeth Grant i powraca do swoich korzeni, gdzie wiodącym instrumentem jest gitara. Również częściej śpiewa swoim naturalnym, niemodulowanym głosem, który jest o parę ton wyższy niż prezentowany na Born To Die. Ale myślę, że tego właśnie chciała - stworzyć coś od początku do końca na swoich warunkach, zgodnie ze swoja wizją. Jak sama przyznała pierwsza płyta była kompromisem pomiędzy tym czego sama chciała, a tym czego oczekiwała wytwórnia. Ultraviolence jest nią!

04.07.2014 15:50
odpowiedz
Child of Pain
143
Legend

Może to zbyt pochopna opinia ale dla mnie wokalistka ta nie wyroznia sie niczym specjalnym, od taka niby stylizacja wizualna oraz muzyczna na kilkadziesiat lat wstecz zeby ludzie sluchajacy Eski lub Radia Zet mogli się egzaltować nad twórczością jaka to ona nie jest głęboka i "wyjątkowa".
[5]
Szeroko pojęty rok i poleciałeś oczywiscie najbardziej popularnymi pozycjami.

04.07.2014 15:55
claudespeed18
odpowiedz
claudespeed18
160
Liberty City Finest

ten teledysk powinien taki być?

04.07.2014 17:36
odpowiedz
zanonimizowany5018
15
Legend

Gosh!

04.07.2014 17:44
odpowiedz
Dukato
0
Pretorianin

Child of Pain
Sorry, ale nie wiem o co Ci chodzi. Pisz po ludzku.

04.07.2014 17:46
graczo1818
odpowiedz
graczo1818
57
Uciekinier

claudespeed18
No co teledysk jest bardzo kreatywny ;)
Co do albumu nie jest zły ,ale gorszy od Born to Die.

06.07.2014 23:15
aope
👍
odpowiedz
aope
148
Corporate Occult

Muszę się zgodzić - płytka bardzo dobra. IMO jeden z najlepszych popowych albumów w tym roku, a przynajmniej do chwili obecnej :]

07.07.2014 08:21
HubertT
odpowiedz
HubertT
45
Łowca Androidów

Bartek
Wielkie dzięki za wspomnienie o mojej recenzji w tekście.

Trzymaj się bo widzę że worek z hejtującymi snobami się rozsypał! :)

PS. Masz zamiar kupić Division Bell tą nową edycję?

07.07.2014 10:19
odpowiedz
darth16
24
Pretorianin

aope - to prawda. I myślę, że się to nie zmieni już do końca roku, chociaż kto tam tych ludzi z popu zna. Może Lorde wyskoczy z kolejną płytą nagle?

HubertT - linkować trzeba zawsze, dobrze jest rzucić więcej niż jeden pogląd (nawet jeśli zbieżny) na jakąś sprawę.

A co do Floydów - 600 zł (około) za pudło to cena dość spora, mógłbym je nabyć, ale wolałem zachować pieniądze na box od Queen (Live at Rainbow '74), który się ma ukazać za kilka miesięcy. Na szczęście takich rozterek nie miał mój tata, który box mi pożyczył i dał obfotografować/obejrzeć. Unboxing już dziś nawet :)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze