O wojowniku lewel trzydziesty którego zjadły wilki - Dateusz - 8 listopada 2013

O wojowniku lewel trzydziesty, którego zjadły wilki

Jest taki czas w życiu gracza, kiedy to problemem staje się znalezienie dla siebie gry RPG, która spełni wszystkie jego obecne zachcianki. Problem jest spory, ponieważ patrząc na dzisiejszy rozmiar rynku i ilość tytułów z których możemy dobrowolnie wybierać, każdy powinien znaleźć coś, co zaspokoi jego głód. Jeżeli masz z tym jednak problem to nadszedł czas, aby wyciągnąć rękę po tytuły roguelike.

Pierwsze spotkanie z jakimkolwiek roguelike’iem jest doświadczeniem niesamowicie bolesnym. Po pierwsze grafika, w bardzo wielu przypadkach składająca się jedynie ze znaków ASCII, przez co początkowo ciężko odróżnić postać gracza od ściany. Po drugie - jeżeli jesteście na tyle niezłomni, że grafika wam nie straszna – jest to sterowanie, niesamowicie frustrujące, zwykle oparte wyłącznie na klawiaturze, gdyż większość roguelike’ów nie posiada obsługi myszki. Po trzecie – poziom trudności. Ponieważ będziecie ginąć. Często, w głupi sposób, przez własne błędy lub przez najzwyczajniejszego pecha i do tego permanentnie. Roguelike nie wybacza błędów i stara się z całych sił was zabić. Zostaliście ostrzeżeni.

Wynagrodzenie za powyższe niedogodności jest spore. Otrzymujemy bowiem multum gier, które oferują nam ogromne światy, nierzadko bogatą mitologię i tony grywalności. Poniżej prezentuję Wam garść roguelike’ów, które moim zdaniem szczególnie warte są wyróżnienia.

 Ancient Domains of Mystery

ADOM stworzony został przez Thomasa Biskupa jeszcze w roku 1994. Trafiamy do świata Ancardii, w którym zaczynają szerzyć się siły Chaosu, a my wcielamy się w jednego z wielu awanturników, który być może świat uratuje. Tworzymy postać. 10 ras, 20 klas, jeszcze więcej umiejętności, no i do boju. Pierwszą walką jest, jak i w przypadku niemalże wszystkich roguelike’ów, walka ze sterowaniem. Niemal jak w symulatorze lotów, każdy przycisk ma swoją funkcję. Gdy tę walkę już wygramy, czas na bicie potworów. Ruszamy więc, ratujemy szczeniaczki (kiedyś się w końcu uda), staramy się nie umrzeć z głodu. Udało się? Cieszcie się, póki możecie. Nie ważne jak potężny stanie się Wasz bohater, chwila nieostrożności jest w stanie go szybko i sprawnie zabić. Głód, smok, stado wilków po ciężkiej batalii, miss-click i samospalenie fireball’em – trzeba zacząć od nowa. Nie, nie wrócimy do ostatniego ogniska bez zebranych duszyczek, które możemy odzyskać. Od. Nowa.

Polowanie na smoka

Rogue Survivor

Wielu narzeka już na tematykę zombie. Rzeczywiście, pełno jej wszędzie. Od filmu, przez książki po gry. Natłok zwłaszcza tych ostatnich jest ogromny. Jednak tych z Was, którym temat jeszcze się nie przejadł powinien zainteresować właśnie Rogue Survivor. Epidemia, miasto w płomieniach i w żywych trupach, ludzie walczą o przetrwanie nocy – to już znamy. Szybkie tworzonko bohatera i rzuceni jesteśmy w sam środek horroru. Przeżycie nocy jest osiągnięciem, dlatego każdy ranek pełni tutaj rolę level up’a. Oraz wzrostu poziomu trudności – na ulicy pojawia się więcej trupów, część ewoluuje, a miasto najeżdżają gangi w celu zabicia gracza w poszukiwaniu pożywienia. Najlepiej mieć przy sobie broń, na wypadek, gdybyśmy spotkali agresywnych ocalałych, albo tych martwych. No to szukamy, najlepiej sklepu z bronią, lub posterunku policji. Dotyka nas zmęczenie, które jest tutaj równie zabójcze jak ołów. Barykadujemy się w mieszkaniach, zaklepujemy okna i drzwi dechami, ponieważ musimy się wyspać. Musimy również jeść, z głodu również się umiera. Więc opuszczamy kryjówkę i szukamy po domach i po spożywczakach, po drodze walcząc ze stadem umarlaków. No dobrze, ale co jeżeli dosięgnęła nas wreszcie kostucha? Możemy zacząć od początku, normalka, ale możemy również wcielić się w innego ocalałego, lub nawet zmienić stronę barykady i pobawić się w umarlaka. Zombie survival w bardzo przyjemnej formie.

UnReal World

Znów trafiamy na tytuł stary, narodzony w 1992., lecz dostępny jako freeware zaledwie od roku. UnReal World jest na tyle ciekawy, że nastawiony jest bardziej na czysty survival, niż na walkę. Trafiamy do świata wzorowanego Finlandią epoki żelaza. Otrzymujemy paczkę umiejętności mających pomóc nam przeżyć w dziczy i zaczynamy zabawę w Beara Gryllsa. Na pewno widzieliście chociaż jeden odcinek programu wcześniej wymienionego pana, i jeżeli brakowało wam produkcji do pogrania w podobnym klimacie, to jesteście u siebie. Można bawić się na różne sposoby: polować pasywnie, zastawiając pułapki, albo agresywnie, biegając za zwierzyną z dzidą w ręku. Można bawić się w łowienie ryb, a nawet w uprawę pól czy hodowlę zwierząt. Każda z tych rzeczy, o ile zrobiona poprawnie(czyt. Udana) przynosi naprawdę mnóstwo satysfakcji. Jeśli już skończyliście ze zbieraniem jadła, a wasz pierwszy szałas to dla was za mało, czas zbudować dom. Następnie go umeblować. Nie, ścian nie pomalujecie. Po zapewnieniu sobie wygód najważniejszych, można pobawić się również w tworzenie broni, narzędzi i zbroi, oraz ciepłych ubrań, na pierwsze spotkanie z wyjątkowo zabójczą w niniejszym tytule zimą. Żebym nie zapomniał: chociaż UnReal World jest nastawiony na survival, znajdzie się też mnóstwo powodów do walki, więc nudzić się nie będziecie. Najeżdżanie w środku zimy na nieprzygotowane do walki wioski Njerpez może być ciekawym doświadczeniem. Poza rozgrywką czysto sandboksową, twórcy dają nam również dwa warianty samouczków. Jeden dla początkujących i drugi dla bardziej zaawansowanych graczy, które bezboleśnie zaznajamiają z mechaniką gry.

Fame

Fame może nie jest grą najwyższych lotów i brakuje mu nieco do ideału, warty jest jednak wspomnienia z przynajmniej dwóch powodów. Pierwszy powód, to przystępność. Przyjemna graficznie, prosty w obsłudze interfejs i obsługa myszki i samouczek dla tych raczkujących w temacie. Mnóstwo zadań do wykonania i choć większość z nich polega na „zabij” lub „przynieś”, to znajdzie się parę perełek, przez co produkcja prędko się nie znudzi. Drugim powodem jest to, że gra jest stworzona przez naszego rodaka, Piotra Bednaruka i poza językiem angielskim dostępna jest w całości również w języku polskim. Należy jeszcze napomknąć, że Fame jest w ciągłej fazie tworzenia, tak więc wszystko przed nami. I czy wspomniałem, że Permadeath tutaj nie obowiązuje?

Dwarf Fortress

Weźcie co najlepsze z roguelike, dorzućcie do tego strategii i dobrze wymieszajcie. Strategia, w której przegrywanie jest fajne? Zrobione. Dwarf Fortress poza mocno rozbudowanym trybem Adventurer, który jest kolejną interpretacją RPG w świecie pełnym zagrożeń, posiada również możliwość poprowadzenia swojej własnej kolonii krasnoludów ku zagładzie. Jak można dobrze się bawić w strategii, w której sterowanie jest tak kaprawe i nieintuicyjne? Jak odróżnić drzewo od jednostki? Atakują mnie literki? Co to w ogóle jest? Otóż, jest to moim zdaniem jedna z najlepszych strategii dostępnych na rynku, w dodatku zupełnie za darmo. I jeżeli naprawdę będziecie na tyle uparci, żeby nauczyć się w ten dziw grać, będziecie zachwyceni. Uprzednio generując nowy świat, początkowo jako grupa siedmiu krasnoludów zostajemy rzuceni w nieznane, z zadaniem stworzenia nowej krasnoludzkiej kolonii. Kopiemy tunele, ścinamy drzewa, hodujemy zwierzęta, polujemy, tworzymy sztukę, broń, pędzimy bimber, prowadzimy ekspedycje w głąb gór i wiele, wiele więcej. W końcu, gdy nasza kolonia kwitnie w najlepsze i myślimy, że już nic nas nie jest w stanie zniszczyć, marzenia pochłania rzeczywistość. I tak, zgadliście, przychodzi śmierć i zniszczenie. To w postaci wojny, zasadzki albo Wielkiego Zła z Dna Gór. Może to być również jeden z naszych własnych krasnoludków, który popadł w depresję, a następnie zwariował, aby w końcu chwycić za losowe narzędzie i narozbijać głów reszcie kolonistów. Kurczę, a tak dobrze szło. Spróbuję jeszcze raz. Tym razem rzucę się na pustynię i zrobię fabrykę szkła! Tak, Dwarf Fortress ma niesamowity replayability, a scenariuszy, jakie na was czekają jest dokładnie tyle, ile sami sobie ich wymyślicie. Kiedy najdzie ochota, po utracie naszej fortecy nic nie stoi na przeszkodzie, aby odwiedzić ją jako dzielny awanturnik w trybie Adventurer, lub poczytać nieco o świecie naszych przygód w trzecim oferowanym przez twórców trybie Legends. Losing is fun!

Tak więc przedstawiłem Wam pięć tytułów roguelike, które uważam za warte spróbowania i mam nadzieję, że powyższe, krótkie opisy naprawdę zachęcą was choćby do liźnięcia tematu. Jeżeli tak, to życzę Wam miłego (?) umierania i pikselowego piekła. I powodzenia! 

Dateusz
8 listopada 2013 - 15:30

Komentarze Czytelników

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
07.11.2013 19:12
maciek16180
maciek16180
54
Konsul

Dobry wpis na początek, rzadko się tu czyta o takich rzeczach, a szkoda :) A teraz do rzeczy.

Dla tych, którzy boją się ASCII, a chcieliby zagrać a ADOMa warto wspomnieć, że Thomas Biskup od dawna pracuje nad nową, bardziej przystępną wersją gry. Dotychczas była ona dostępna w formie wczesnego dostępu dla ludzi wspierających projekt finansowo (coś jak Kickstarter), ale kilka dni temu pojawiła się wersja Prelerease 18, która jest całkowicie darmowa i publiczna. Ta wersja posiada obsługę myszki, muzykę, grafikę, widoczne informacje o poziomie zdrowia przeciwników i wiele innych udogodnień (hinty!). Tak jak mówiłem, jeśli ktoś chciałby się zagłębić w ADOMa, a nie lubi walczyć z literkami, to powinien się tym zainteresować.
link: http: // www . ancientdomainsofmystery . com/2013/11/adom-120-prerelease-18-is-available-for . html

PS: do wyboru są dwie wersje, korzystająca z NotEye (ta z grafiką) i druga, w ASCII. Obie mają te same możliwości, po prostu wyglądają inaczej.

PS2: wspomniany NotEye to program stanowiący swojego rodzaju interfejs do gier rougelike i działa również z wieloma innymi grami tego typu (np. Brogue, Hydra Slayer czy NetHack).

07.11.2013 19:17
odpowiedz
zanonimizowany23874
136
Legend

Drakeling lvl36, posiadajacy amulet wskrzeszenia oraz na uslugach mistrza dżinów zdolnego pokonac wieksze demony oraz smoki za pomoca pstrykniecia palcami. Przyczyna smierci: paraliż spowodowany atakiem małego robaczka a nastepnie powolna smierc...

log smierci zajal okolo 15 stron A4. Cholerny claw bug przebil mi pancerz pierwszym atakiem, zadal 1 punkt obrazen (na jakies 300 punktow zycia) i sparalizowal. Nastepnie trafial raz na 10 atakow, zabierajac 1 punkcik zycia i tak do usr* smierci mojej postaci. Amulet wskrzeszenia odnowil mi zycie tylko po to, abym zostal ponownie sparalizowany i zginal na zawsze. Mistrz dżinów? Nie mogl mi pomoc, gdyz znajdowalem sie w ciasnym korytarzu i nie mogl zamienic sie ze mna miejscami (a w miedzyczasie zabil kilka smokow, ktore staraly sie zajesc mnie od tylu)

Najsmutniejsza smierc mojej postaci w jakiejkolwiek grze roguelike... ot caly ADOM.

07.11.2013 20:16
zmudix
😁
odpowiedz
zmudix
157
Professor Fate

Asmodeusz, piękna śmierć, taka bohaterska.

07.11.2013 20:47
dateusz
odpowiedz
dateusz
14
Chorąży

@maciek16180: dzięki, będę się starał trzymać poziom, a w przyszłości pewnie skrobnę coś więcej o rogalikach :) wiem również o nowym przystępniejszym ADOMie. Dla bojących się ASCII jest również pełno grafik do Dwarf Fortress, żeby było raźniej, aczkolwiek obciąża to bardzo system.

@Asmodeusz: cały urok roguelike :) Moja do tej pory najgłupsza śmierć to samospalenie w ADOMie. Najciekawsze przegrane zaliczam zwykle w Dwarf Fortress, ale ciężko wyliczać :)

08.11.2013 10:40
HUtH
odpowiedz
HUtH
120
kolega truskawkowy

[2] z tego da się napisać co najmniej opowiadanie, niebywałe :P

dobry art, ale żeby mieć czas na granie w te gry...

09.11.2013 00:35
Kajdorf
odpowiedz
Kajdorf
60
Konsul

Huth - w rogue czasami to jest pół godziny jedna partia, a czasami tylko 5 min. Zależy jak dużego masz pecha. :D W ADOMe kiedyś się godzinami zagrywałem, straciłem jedna postać brałem następną i tak w kółko, nic nie było lepsze od tej gry. :)
Dzięki za przypomnienie, bo szczerze zapomniałem akurat tej konkretnej nazwy tej wersji rogue :P

12.11.2013 10:31
HubertT
odpowiedz
HubertT
45
Łowca Androidów

Dzięki za artykuł o roguelike'ach, uwielbiam ten gatunek od dawna (grałem na początku lat 90-tych w oryginalnego rogue'a, morię, angbanda, serię ZZT i serię Kroz!)

12.11.2013 10:59
odpowiedz
roman75
15
Legionista

Daaaawno, daaaaawno temu, jeszcze w ubiegłym wieku, w czasach przedinternetowych ;) pracowałem w dziekanacie. W wakacje mieliśmy dyżury po kilka godzin dziennie. Mi trafiły się dyżury w sierpniu. Jak się domyślacie w sierpniu do dziekanatu nie przychodzi nikt (no dobra, jedna osoba dziennie może się pojawiła i ze trzy telefony odebrałem). A coś trzeba robić, żeby nie uświerknąć z nudy. Komputer był jakiś padaczny (nawet na ówczesne standardy) ale był - więc rano odpalałem rzęcha, uruchamiałem ADOMa i te 5 godzin siedziałem w grze. I tak dwa tygodnie... Piękne czasy, dzięki za przypomnienie :D

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze