Czego słuchaliśmy w dzieciństwie - Słowo na niedzielę(26). - Bartek Pacuła - 9 marca 2014

Czego słuchaliśmy w dzieciństwie - Słowo na niedzielę(26).

Kiedyś, w jednym z krakowskich pubów, gadałem z kolegą o muzyce. W pewnym momencie wyskoczył temat rzeczy, których słuchaliśmy jak byliśmy młodsi. Na początku byłem z siebie dumny – wśród płyt, którymi się zachwycałem za dzieciaka można było znaleźć prawie wszystko od Queen, Revolver Beatlesów, Led Zeppelin II czy nawet The Wall Floydów. Nieźle jak na 10-latka. Jednak im więcej piosenek i płyt sobie przypominałem, tym bardziej robiłem się blady na twarzy. Skończyło się na moim wyznaniu, że kiedyś przez moje kolumny leciały takie zespoły oraz hity jak Crazy Frog, Relax, Take It Easy, Sacrum Mezo i Kasi Wilk czy Ich Troje. Ale jak to właściwie jest z tym czego słuchamy gdy jesteśmy bardzo młodzi? Czy ma to jakiś wpływ na nasze muzyczne „ja” w przyszłości?

Wpis ten, prócz dobrej zabawy i przypomnienia kilu hitów, traktuję trochę w kategorii swojego (i nie tylko – ale o tym za chwilę) katharsis.  Przyznam szczerze, że część z tego gówna, które moje młodociane uszy pragnęły wyparłem ze swojego mózgu i przywołałem to dopiero teraz. W tym całym oczyszczeniu nie wziąłem udział sam – takie rozwiązanie budziłoby co najwyżej politowanie. Zaprosiłem więc autorów Gameplay’a do opisania czego słuchali, gdy byli mali. Kilku nawet odpisało (w tym g40st!), a ich mniej lub bardziej wstydliwe wyznania będziecie mogli przeczytać poniżej. A więc do dzieła!

Freud we własnej osobie.

Obecnie w psychologii rywalizują między sobą dwie szkoły (w hiper dużym uproszczeniu) – szkoła behawioralna oraz szkoła psychoanalizy. Nie wiem kto zwycięża pośród specjalistów, ale to właśnie freudowska psychoanaliza zwycięża w Hollywood. Stąd też w każdej filmowej historii możemy przyglądać się dzieciństwu głównego bohatera, które rzutuje potem na jego psychikę, a w efekcie na całe życie. Czy w naszej muzycznej edukacji też odnajdziemy potwierdzenie słuszności postulatów Freuda?

Jako kurdupelek nie słuchałem zbyt dużo muzyki świadomie, choć tata atakował zewsząd masą ciekawych nagrań. Z mojego bycia kilkulatkiem najbardziej zapamiętałem Pata Metheny'ego nazywanego przeze mnie Capem Methenym (oł je, dobry żart). Muzyka zaczęła mi grać bardziej w okolicach 6 roku życia - zacząłem od małego Voo Voo i szybko przeskoczyłem do Michaela Jacksona. W późniejszej podstawówce ukształtowały się moje obecne upodobania - od 3, 4 klasy zacząłem słuchać Heya, potem doszło The Prodigy, a pod koniec podstawówki (ok. 1998) Marilyn Manson i Nine Inch Nails. – FSM

Niestety, ale...

Przygodę z muzyką zacząłem, chcąc - nie chcąc, bardzo wcześnie. Moja rodzina żyła ze znajomości rynku muzycznego i audio, więc i do mnie od najmłodszych lat dolatywały różne ciekawe i dobre zespoły jak Floydzi czy Depeche Mode. Jednak moja własna pierwsza płyta była odrobinę gorsza… mówię o największym płytowym dziele zespołu Ich Troje o tytule Ad.4. Mając siedem lat katowałem tę płytę niemiłosiernie, szczególnie ceniąc sobie takie dzieła jak Powiedz, Zawsze z Tobą chciałbym być oraz Lecz to nie to.

Akurat jak byłem mniejszy dużo czasu spędzałem z siostrą. A ta miała zajawkę na Eminema i to w dużej ilości, dochodzili jacyś wykonawcy jak Crazy Town - Drowning, Gorillaz, Caesars, Chumbawamba i Evanescence - Bring Me To Life. Dużo też w stylu Hakuna Matata, repertuar z Herkulesa, Mulan i cała masa z bajek Disneya. A co do konsekwencji to do dziś słucham wszystko związane z bajkami i taką szeroką pojętą muzykę rockową. ­badwolf

Niestety, ale... vol. 2

Następnym etapem, który dobrze pamiętam to ten, gdy miałem lat 10. Wtedy z jednej strony poznałem Queen, Beatlesów i Floydów, a z drugiej na długie godziny zatracałem się przy takich nutach jak Dolly Song, Relax, Take It Easy czy Sextasy. Te ostatnie dwie wspominam szczególnie dobrze – były to stałe numery na szkolnych dyskotekach, a ja ze znajomymi chętnie do tych melodii tańczyliśmy, co, swoją drogą, dla nauczycieli musiało wyglądać zabawnie.

Zaczęło się od Fasolek i Majki Jeżowskiej. Potem pamiętam jeszcze jakieś piosenki śpiewane przez żabę Monikę i Kulfona. Drugim etapem słuchania muzyki, miałem już z jakieś 7 lat pewnie, było Mrągowo i country. Oj, jakie hołubce ja przy tym wywijałem...
Etap wczesnego rozwoju muzycznego zakończyłem hard rockiem lat osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych. O ile dobrze pamiętam zaczęło się od Bon Jovi, potem pudle w rodzaju Poison, Cinderella, Skid Row, Def Leppard i ze cztery tuziny innych bogów soft metalu plus coniedzielne nocne oglądanie Headbangers Ball w MTV. Wtedy MTV było stacją muzyczną, jakby ktoś nie zdawał sobie dzisiaj z tego sprawy.
A potem usłyszałem
Master of Puppets i już nic nie było takie samo... – g40st

Kolejnym etapem było przejście z średniego jakościowo popu do muzyki lepszej, choć równie lekkiej. ABBA, Modern Talking, Bee Gees czy Michael Jackson – to królowało u mnie, gdy miałem lat 14. Równocześnie rozwijałem dalej swoje rockowe zainteresowania, wgłębiałem się powoli w temat rocka progresywnego, a także liznąłem odrobinę klasyki. Jednak i tutaj miałem kilka piosenek, których z szafy lepiej nie wyciągać – wspomniane już Sacrum, Where Do You Go autorstwa No Mercy czy kilka hitów od gwiazdeczki Cindy Lauper.

Będąc maluchem, często słuchałem przed snem Bony Taylor, Michaela Jacksona, Depeche Mode, Phila Collinsa, Modern Talking. Głównie najbardziej znane hity i albumy. Jaki wywarły na mnie wpływ? Przede wszystkim sentyment, dzięki któremu do dziś uwielbiam stare hity. Nawet starsze, niż te słuchane za dzieciaka.   - razziel88ck

Yes - jakoś udało się dotrzeć do tego zespołu, choć początki były trudne.

Ostatni, najbardziej dynamiczny i zdecydowanie najlepszy etap trwa od kilku lat i z powodzeniem jest kontynuowany. Sukcesywne ogarnianie wielu wykonawców grających przeróżną muzykę, od metalu, przez rocka, a na jazzie skończywszy. To podczas tego etapu zakochałem się w dziełach Milesa Davisa, odsłuchałem ponad 40 różnych wykonań Requiem Mozarta, obskoczyłem całą dyskografię King Crimson, a także wszedłem w awangardę i granie w żaden sposób nieklasyfikowalne (jak np. Devil Doll, o których pisał kiedyś Maurycy).

Kolekcja mojego kolegi, którą sobie uzbierał jak był młodszy. Jak sam potem przyznał: "To daje jakąś nadzieję".

Choć, jak już wspomniałem, tekst ten jest raczej oczyszczeniem, przypomnieniem sobie lat dziecięcych i prowokacją byście i Wy zrobili to samo, to wypadałoby jednak rozważyć czy muzyka, której słuchamy w dzieciństwie kształtuje nas bardzo, tylko trochę, czy też w ogóle? Ten sam kolega, z którym gadałem o tym nad piwem wysłał mi potem zdjęcia swojej kolekcji, którą zbierał jako dziecko. Można tam zauważyć takie dzieła jak Tiesto, Basshunter czy Mikę (to ten od Relax…). Obecnie ten sam człowiek jest totalnym maniakiem doskonałego Nicka Cave’a, a jego horyzonty muzyczne są naprawdę szerokie i dobre. Mój tata przez wiele lat nie słuchał praktycznie niczego, a swoje muzyczne ścieżki zaczął przemierzać relatywnie późno (np. w porównaniu do mnie), a dziś słucha rzeczy tak głębokich, wymagających i dziwnych (by daleko nie szukać –  od roku zgłębia się w temat niemieckiej elektronicznej muzyki eksperymentalnej z przełomu lat 60. i 70.), że czasami odpadam już po samym opisie. Podobnie było i jest ze mną – bez problemu i bardzo płynnie przeskoczyłem z Ich Troje do Davisa, od Cindy Lauper do Kate Bush, a także od Dolly Song do krautrocka. Czy zatem muzyka, której słuchamy i która poznajemy w dzieciństwie ma na nas jakikolwiek wpływ?

Moim zdaniem, uwarunkowanym doświadczeniami moimi oraz osób, które „siedzą” mocniej w muzyce – nie, a przynajmniej nie negatywny. To trochę jak z czytaniem książek – nie można zacząć przygody czytelniczej od poznawania Jamesa Joyce’a, bo człowiek się zniechęci w mgnieniu oka. Już lepiej zacząć romans z książkami nawet od sagi Zmierzch. Bo to wyrabia w człowieku pewne nawyki, z tymi podstawowymi jak zwykłe sięganie po książkę w ramach odprężenia, na czele. Tak samo jest, a przynajmniej tak mi się wydaje, z muzyką. Lepiej słuchać rzeczy przeciętnych w dzieciństwie, ale słuchać. Od tej miernoty człowiek odrobinę bardziej zainteresowany tematem przejdzie do rzeczy, które można sklasyfikować jako przyzwoite. A z przyzwoitych już krótka droga do rzeczy fajnych. A z fajnych…

PS. No i jak fajnie wraca się do nut ze swojego dzieciństwa po latach! Coś pięknego.

Blogi osób, które pomogły mi swoimi wypowiedziami:

FSM: https://gameplay.pl/fsm

g40st: https://gameplay.pl/g40st

razziel88ck: https://gameplay.pl/raziel88ck

badwolf: https://gameplay.pl/badwolf

Poprzednie wpisy niedzielne:

Najgłupsze piosenki, jakie kiedykolwiek powstały: https://gameplay.pl/news.asp?ID=83632

O nadrabianiu muzycznych zaległości: https://gameplay.pl/news.asp?ID=83492

Tekst Maurycego o Devil Doll: https://gameplay.pl/news.asp?ID=81837

Mój fanpage na FB: https://www.facebook.com/musictothepeoplemagazine

Bartek Pacuła
9 marca 2014 - 23:27
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
10.03.2014 13:06
zcaalock
104
Pretorianin

W moim dzieciństwie nie miałem za bardzo dostępu do muzyki, a w domu w radiu leciała tylko nudna jedynka. Więc każde odkrycie zespołu typu deep purple, marillion czy led zeppelin powodowało absolutny opad szczęki i uzależnienie na długie miesiące. Cieszę się, że poznałem muzykę później, a nie we wczesnym dzieciństwie, dzięki temu mogłem się rozkoszować każdym nowym odkryciem. Jak wiadomo dzieci mają dużą wyobraźnię, która potęguje doznania więc odkrywanie zespołów w tamtym czasie było wielkim przeżyciem, nie to co teraz, kiedy bardzo rzadko mi coś przypada do gustu za pierwszym usłyszeniem. Już nie mówiąc o tym, że jak byłem dzieckiem to nie znałem angielskiego, a wyśpiewywane głupoty, które teraz mogę zrozumieć mogą skutecznie zepsuć fają muzę.