Muzyczne podsumowanie roku - najlepsze płyty AD 2017 - fsm - 19 grudnia 2017

Muzyczne podsumowanie roku - najlepsze płyty AD 2017

Oto nadszedł ten piękny czas w roku, kiedy można stworzyć kilka fajnych podsumowań. Moim pierwszym "the best of" będzie zestawienie najlepszych albumów roku 2017. I jak zawsze nacisk stawiam na gitary, łomot, elektronikę i alternatywę, ale przecież powtarzam to co roku, więc na pewno dobrze wiecie co i jak.

Wow, jaki piękny kolaż okładek najlepszych albumów!

Tegoroczne podsumowanie podzieliłem na trzy części, bo ciekawych płyt było naprawdę dużo. Na start pójdą płyty dobre, interesujące, których słuchanie zajęło mi sporo czasu, ale z różnych względów nie są to takie petardy, jak bym sobie tego życzył. Druga część to płyty bardzo dobre, które zaczarowały mnie na długo i zasługują na maksymalny rozgłos (tutaj kolejność chronologiczna zgodna z grafikiem wydawniczym). A na sam koniec zaprezentuję Wam ten jeden, jedyny album roku 2017.

CZĘŚĆ 1 - Jest dobrze

Gone is Gone - Echolocation [recenzja]

Dobry, gitarowy album, który jednak powinien być lepszy, zważywszy na elementy składowe (Mastodon + Queens of the Stone Age!). Na pewno warto go zapamiętać za świetny cover Roads zespołu Portishead i jeden numer, który jest bardziej "qotsa-owski" niż całe Villains.

Frank Carter & The Rattlesnakes - Modern Ruin

Zespół, którego lider wywodzi się z wyspiarskich hardkorów, stworzył mocno uzależniający album łączący dosyć chwytliwe melodie i dziką rockową furię. Najlepszy utwór - God Is My Friend.

Soen - Lykaia

Nieco krzywdzące ten zespół określenia w stylu "nie ma nowego Toola, ale jest nowy Soen" nie są wcale tak dalekie od prawdy. Głos wokalisty i muzyczny klimat zdecydowanie przypominają dokonania Amerykanów. Dobra płyta!

Black Map - In Droves

Nikt z Was pewnie tej ekipy nie zna, a szkoda, bo w kategorii "niczym niewyróżniający się anglojęzyczny zespół rockowy" są strasznie fajni. In Droves to drugi album grupy, a zamykający go utwór Coma Phase to solidna petarda.

Mastodon - Emperor of Sand

Wiadomo, potęga. Ja sam nigdy wielkim fanem Mastodona nie byłem, ale ostatnie albumy do mnie trafiły. Ten również. Dobra wypadkowa między chrzęszczącym w uchu metalem a wpadającym w ucho rockiem. Steambreather robi taką robotę, że aż się gęba sama cieszy.

Ulver - The Assassination of Julius Caesar

Ulver to jeden z tych zespołów, które mają bardzo oddanych fanów lubiących mówić, że panowie to mistrze, a ich płyty to arcydzieła. Nie wypowiem się, bo słabo znam dyskografię tej ekipy (słuchałem w zasadzie tylko Perdition City, ale znam groźne i mroczne początki kariery panów), ale tegoroczny album to prawdziwa perełka - ambitny, progresywny, mroczny, gitarowy, perkusyjny pop.

Seether - Poison the Parish [recenzja]

Spore zaskoczenie, bo Seether zawsze był dla mnie totalnym średniakiem z kilkoma rozpoznawalnymi hitami. Tymczasem nowa płyta okazała się być wystarczająco zadziorna i wściekła, bym chciał jej słuchać dużo i często. Nic rewolucyjnego, ale otwierający album utwór Stoke the Fire będę pamiętał długo.

Ho99o9 - United States of Horror

Ta płyta wleciała tu totalnym rzutem na taśmę - znaleziona na jakieś liście "the best of 2017" zaciekawiła mnie na tyle, by spróbować. Punkt wyjścia - czarne rapy i mocne riffy. Horror (bo tak się czyta nazwę) to dwóch raperów, którzy w tle maja albo tłuste, brudne bity, albo solidną gitarowo-perkusyjną naparzankę. Dziwna, kontrastowa płyta. Warto!

The Afghan Whigs - In Spades

Drugi album po reaktywacji - To Do The Beast było fajne, In Spades jest jeszcze fajniejsze. Dla fanów mocniejszych Pixies. Polecam szczególnie Copernicusa.

Royal Blood - How Did We Get So Dark? [recenzja]

Brytyjski duet długo kazał czekać na drugi album, ale na szczęście nie ma wstydu. Nie ma też żadnego objawienia, to po prostu więcej tego samego, chwytliwego, energetycznego gitarowego grania. Dodatkowy plus za teledysk z króliczkami.

Queens of the Stone Age - Villains [recenzja]

Dosyć długo czekaliśmy na nowy album ekipy pana Homme'a i można było oczekiwać prawdziwej rewelacji. Z jednej strony Villains jest doskonałą płytą, bo kompozycje wywołują uśmiech, głowa się buja, bioderka chodzą. Niestety pan taneczny producent Mark Ronson strasznie spłaszczył dźwięk i mało jest tutaj mięcha, więc u mnie Villains jest tylko dobre.

Lunatic Soul - Fractured

Mariusz Duda ma w sobie tyle progresywności i kompozycji, że Riverside to dla niego za mało. Mówią, że nowy album Lunatic Soul jest genialny, ale chyba potrzeba więcej czasu, by ten prawdziwy geniusz dostrzec. Fractured to bardzo porządna płyta, ale nie umiem się nią prawdziwie zachwycić.

Nothing More - The Stories We Tell Ourselves

Nie znałem ich wcześniej. Spotify poleciło. Dobre! Jakieś delikatne echa nu-metalu, ale głównie alternatywne rockowe granie, sporo elektroniki, ciekawy głos wokalisty i całkiem rozbudowane kompozycje. Dajcie im szansę.

Specjalne wyróżnienie dla nowego Stone Sour (hardrockowe to, dobre!), nowego Foo Fighters (bo to fajna płyta jest), nowego Incubusa (ślady dawnej magii jak najbardziej obecne), nowego Triggerfingera (bo lepszy niż poprzedni), Chelsea Wolfe (mrok i ciężar wysokiej próby), Algiers (egzotycznie!) i nowego Papa Roach (zespół na nowo zaistniał dla mnie po 17 latach przerwy. Mogłem tę listę wydłużać w nieskończoność, ale gdzieś trzeba postawić granicę, stąd tylko wyróżnienia.

CZĘŚĆ 2 - Jest świetnie

Depeche Mode - Spirit

Fanem depeszów nie jestem, ale umiem docenić muzyczne dziedzictwo i sporo solidnych numerów. Jeśli chodzi o pełne albumy, to słucham właściwie tylko jednego - Playing the Angel. Aż tu nagle wjeżdża Spirit i zapewnia mi kilka tygodni intensywnego słuchania. Brawo, panowie!

The Beta Machine - All This Time EP

Tylko EPka, ale za to jaka! Założyciele zespołu są jednocześnie basistą i perkusistą Puscifera i A Perfect Circle, więc muzyczne zaplecze mają potężne. Oto 5 bardzo dobrych numerów pozostających nieco w poetyce tych dwóch zespołów, ale jednak rozpoznawalnych na pierwszy rzut ucha.

Carpenter Brut - CARPENTERBRUTLIVE

Koncertówka gościa tworzącego tzw. darksynth i będącego jednym z popularniejszych twórców tego typu, bardzo modnej ostatnio, muzyki. Jego wybuchowa mieszanka elektroniki, retro, horroru i metalu brzmi na żywo jeszcze lepiej, niż w wersji studyjnej. No i tylko wersji koncertowej istnieje cudowny cover utworu Maniac. Bomba!

Nine Inch Nails - Add Violence EP [recenzja]

Ach, takie podsumowanie roku bez Nine Inch Nails dla mnie nie istnieje. Druga z trzech planowanych EPek to rozwinięcie hałaśliwego zestawu sprzed roku. Utwory stały się spokojniejsze, bardziej złożone i w dużej mierze jeszcze lepsze. Nawet kręcący nosem na ostatnie dokonania Reznora kolega został tym wydawnictwem zaspokojony. Coś jest na rzeczy.

Unkle - The Road, Part 1

Kolejny album, na który trzeba było chwilę poczekać. Trip-hopowe korzenie "wujka" słuchać bardzo wyraźnie i cała nowa płyta jest niezwykle relaksująca. Do geniuszu War Stories nie doskakuje i może nie jest jakaś bardzo odważna czy nowatorska, ale jest to najlepszy możliwy Massive Attack zaraz po tym oryginalnym. No i ten numer z Markiem Laneganem... Poezja!

Death From Above - Outrage! Is Now

Od ostatniego albumu tego amerykańskiego duetu minęło 13 lat. Panowie się postarzeli na papierze, ale muzyczny wigor mają taki, że wielu dwudziestolatków może im go pozazdrościć. Punk! Elektronika! Groove! Rock! Wykrzykników ochoczo używam, bo w tytule taki jeden jest. I cała płyta to taki jeden wielki wykrzyknik. Świetnie nagrana i dobrze wyprodukowana mała bombka.

Marilyn Manson - Heaven Upside Down [recenzja]

Związek Mansona z kompozytorem Tylerem Batesem jest bardzo zdrowy muzycznie. The Pale Emperor z 2015 był powrotem do bezdyskusyjnie dobrej formy, a nowy album - mimo opóźnień - trzyma bardzo dobry poziom. Co prawda miejscami zbytnio stara się przywoływać echa hałaśliwych lat 90-tych, ale i tak jest super.

CZĘŚĆ 3 - Album roku

Arcane Roots - Melancholia Hymns [recenzja]

Od wrześniowej premiery tego albumu byłem przekonany, że znajdzie się na podium. Z czasem wyszło, że wskoczy na sam szczyt - wszystko, o czym napisałem w recenzji, nadal jest aktualne, a moja miłość do tej płyty ciągle kwitnie z pełną mocą. Rewelacyjny, różnorodny, odważny album. Polecam okropnie!


Tym oto sposobem zamykam podsumowanie mojej muzycznej przygody z rokiem 2017. Ostatnio stworzyłem dla chętnych playlistę na Spotify zawierającą zbiór najciekawszych utworów roku 2016. Do tej listy dorzucam teraz garść piosenek z ostatnich 12 miesięcy, byście mogli rozgrzać swoje głośniki ku uciesze rodzin i sąsiadów (utwory niekoniecznie są związane z tą lista, także rzućcie uchem).

fsm
19 grudnia 2017 - 10:14

Komentarze Czytelników (43)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
16.01.2018 19:34
2
odpowiedz
3 odpowiedzi
Lemur80
57
Fear is the mind killer

Pisałem, że postaram się trzasnąć swoje podsumowanie i trzasnąłem. Gdzieś się jednak pogubiłem w pogoni za zeszłorocznymi premierami i parciem na znalezienie jak największej ilości fajnego materiału. Mimo przesłuchania sporej ilości płyt, nadal czuję niedosyt i mam świadomość, że wiele mnie ominęło (Incubus, Ho99o9, Fireball Ministry, DJ Krush, Monster Magnet, Five Horse Johnson, Thievery Corporation itd.)

No ale nie mam już siły:-D, przedawkowałem sobie ten muzyczny stuff i muszę sobie zrobić przerwę w tym ataku dzikiej grafomanii:-) Nie wspominałem już o dobrych płytach, o których cosik bazgrałem wcześniej (Mastodon, Gone is Gone). Dźwiękowe ćpanie przypłaciłem też brakiem weny do opisania naprawdę dobrych płyt od chociażby Bonobo, Carbon Based Lifeforms, albo jak zwykle pokręconego Melvins.

Przed samym podsumowaniem wklejam jeszcze tylko listę kapel, które w zeszłym roku wydały nowe płyty i które są dość znane w metalowym światku, ale niekoniecznie mieszczą się w ramach mojego "lubię/nie lubię". Może komuś się przyda:

- Converge, 'The Dusk in Us'
- Enslaved, 'E'
- Immolation, 'Atonement'
- Obituary, 'Obituary'
- Paradise Lost, 'Medusa'
- Satyricon, 'Deep Calleth Upon Deep'

---

4 Poligon - "Flashback" [polski grunge:-]]:

Można pomyśleć, że grunge, to gatunek który od dawna nie żyje, a kapele grające neo-grunge, takie jak Nickelback to czysta aberracja i skutek skarłowacenia, skomercjalizowania gatunku.

Tym bardziej dziwne wydawać się może, że to właśnie w Polsce ukazała się właśnie druga płyta warszawskiej kapeli, która czerpie garściami z dokonań Wielkiej Czwórki z Seattle.

Tak, wszystko się zgadza. 4 Poligon nie jestem zespołem w rodzaju Silverchair, Creed, albo wspominanego Nickelback. Brzmieniowo najbliżej jest im do Alice in Chains, czyli do zmetalizowanego, depresyjnego brudnego rocka z punkowymi naleciałościami. Natomiast wokalnie... Uwaga, tu się robi jeszcze ciekawej! Gutek, czyli wokalista nie stara się śpiewać w manierze "kozła", czyli ś.p. Layne'a Staleya. Eddie Vader i ś.p. Chris Cornell to raczej też dalekie echa. Najbliżej jest mu do... no tak, do ś.p. Kurta "dubeltówka i heroina to na pewno dobre połączenie" Cobaina. I jeżeli napisałem, że wokalne podobieństwo istnieje, to istnieje ono naprawdę. Gutka i Cobaina łączy podobna maniera, chrypa i to charakterystyczne, niedbałe "memłanie", przez które teksty są nierzadko raczej trudne do zrozumienia.

No i wiecie? Nie ma w tym nic złego. Pewnie pojawią się (albo już się pojawiły), głosy, że 4 Poligon to marna podróba Nirvany i Alice in Chains. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Chłopaki i dziewczyny (tak, gra tu na basie dziewczyna - Aga Bot-)), mają na tyle dużo autorskich pomysłów, że trudno ich zespół uznać za próbę skoku na kasę poprzez wykorzystanie popularności dawno przebrzmiałych legend.

Jak to bywa pewnie zbyt często, to trochę bardziej skomplikowane, bo kawałek "Negative" to oczywiste połączenie paru różnych numerów Nirvany i wręcz bezpośrednie nawiązanie do śmierci Cobaina, postrzeganej prawdopodobnie (i jakże skromnie), przez swoją własną optykę. Zakrawa to na gruby i to parokrotny plagiat. Takich rzeczy można pewnie znaleźć więcej, ale to nie moje zadanie. Nadal uważam, że 4 Poligon ma prawo do takiego podejścia, dopóki nie gra coverów z jednym autorskim akordem.

Cóż, Ci warszawiacy to ekipa z potencjałem. "Flashbacka" słucha się bez zgrzytania zębów, to 12 niezłych kompozycji, ale niedorastających do wielkości swoich protoplastów. Takie porównanie jest rzecz jasna wysoce niesprawiedliwie, no ale jeżeli człowiek bierze się za taki kaliber, to musi być przygotowany na najróżniejsze oceny, także i miażdżącą krytykę.

W przypadku "Flashbacka" jest tak, że lepsze kompozycje towarzyszą tym bardziej wtórnym. Brakuje tu mocniejszych uderzeń w stylu fajnego, punkowego "No Past - No Future", przedostatniego na płycie "Live For Nothing or Die for Something" i całkiem przebojowego "Under 25". Płyta stara się być zróżnicowana, ale traci przez to trochę na "pazurzastym" charakterze, rozmienia się na drobne, staje się mało przejrzysta. 50 minut muzyki to dużo i uważam, że "Flashback" powinien być krótszy, lub być "uposażony" w bardziej dopracowany materiał.

Tak czy inaczej, czuć, że Ci młodzi muzycy potrafią grać, mają talent i chęci do tworzenia autentycznej muzyki. Kibicuję im i mam nadzieję, że ich następna płyta nadal będzie opierać się na brzmieniu z Seattle, ale doświadczenie przyniesie im więcej własnego charakteru i dźwięków silniej zapadających w pamięć. Dobrze by też było, gdyby nikt nie popełnił samobójstwa, to może raczej negatywnie odbić się na ich karierze;-)

https://www.youtube.com/watch?v=hsvfqaYec0A

---

Atomic Bitchwax - "Force Field" [stoner-rock]:

"Atomowy Sukowosk" to weterani stoner rocka i choć nigdy nie byłem ich hardkorowym fanem, to trzeba przyznać, że odkąd pamiętam zawsze grali swoje i robili to solidnie.

Ostatni raz zetknąłem się z tą kapelą w okolicach roku 2006 i płyty pt. "3". Najwyższy czas bym częściowo nadrobił zaległości, stąd bez wahania wziąłem na celownik ich najnowsze dokonanie - longplej pt. "Force Field".

Okazało się, że na szczęście panowie jak grali rasowego stoner-rocka, tak robią to nadal. Chris Kosnik śpiewa tak ja to drzewiej bywało, choć zdaje się nabawił się lekkiej chrypki. Gitary, rzecz u Atomic Bitchwax charakterystyczna, nadal są przyjemnie zfuzzowane, przywodzące na myśl Black Sabbath i ogólnie lata 70'

Nowy materiał jest zaskakująco szybki (szczególnie jak na taki gatunek, jakim jest stoner rock). Ta kapela zawsze grała dynamicznie, ale tym razem tempo jest wręcz punk-rockowe. Może to przesada, ale jeżeli Sukowoski czymś "zamiatają" to właśnie bardziej szybkością, niż ciężkością brzmienia.

"Force Field" to płyta nagrana z biglem i serduchem. Dominują tu numery energetyczne: "Hippie Speedball", "Alaskan Thunder Fuck", czy "Crazy". Wszystkie pozostałe są jak mała czarna. Gorące i stawiające na nogi, nie ma tu miejsca na ballady, czy nadmierne i przydługie psychodeliczne odjazdy. To jest czysty rock'n'roll.

Przyjemna płyta i typowa dla Atomic Bitchwax. Domyślam się, że słowo "solidne" jest odmieniane przeze mnie w tym tekście przez wszystkie możliwe przypadku, ale właśnie ono naprawdę dobrze charakteryzuje "Force Field". Ten longplej nie przejdzie do historii stoner-rocka, nie ma tu kompozycji wybitnych. Jest za to tupanie nóżką i dobra zabawa. Nie potrzeba niczego więcej.

https://www.youtube.com/watch?v=yrnqkiWfk2A

---

Body Count - "Bloodlust" [rap-metal]:

Są kapele które z biegiem lat łagodzą swoje brzmienie, są też takie, które wraz z upływem czasu nabierają coraz to więcej "masy". Patrzę na okładkę "Bloodlust" i widzę zamaskowanego typa z Desert Eagle w łapie, od razu wiadomo o co chodzi. Okładka szóstej płyty ekipy ICE'a-T jest zresztą adekwatna do jej muzycznej zawartości. Nie, nie chodzi o składankę dla graczy Counter Strike'a (a może?). Tak, przemoc, gangsterka, bieda, śmierć, nierówności społeczne i rasizm, to jak zwykle główne tematy komentowane przez frontmana Body Count. Coś się jednak zmieniło, ICE-T uderza z "Bloodlust" ciężej i mocniej niż zwykle. "Liczba Ofiar" stała się właściwie kapelą metalową i rapowanie ICE'a w niczym nie przeszkadza właśnie w takim odbiorze tego materiału.

Już na "Manslaughter" z 2014 r dało się słyszeć zagęszczenie brzmienia, a "Bloodlust" idzie o krok dalej, chwilami zahaczając wręcz o thrashową i heavy metalową stylistykę. Podwójna stopa, gitary ESP, to nie mogło brzmieć jak Linkin Park i nie brzmi. To samo dotyczy tekstów, ICE-T próbował przebić samego siebie i osiągnął w pełni zamierzony efekt w postaci karykaturalnie przerysowanej przemocy, godnej momentami rapera o ksywie Necro.

To wszystko niestety nie oznacza, że "Bloodlust" to płyta wybitna, albo "chociaż" naprawdę dobra. Efekt "wow" można osiągnąć dzięki chwytliwości i melodiom, albo poprzez przeciągnięcie słuchacza przez trzy długości opuszczonego toru szutrowego dla motocrossu w Rudzie Śląskiej. Body Count nie robi tym razem ani tego, ani tego, choć słychać, że panowie się napracowali i swoje w studiu wygrzali. Dave Mustaine zapiernicza na gitarce w "Civil War", ale to nadal tylko (?) niezły kawałek. W "The Ski Mask Way" ICE-T prawi o wypłacie w swoim (gangsterskim of corz) stylu i jest zauważalnie lepiej, ale do "Talk Shit, Get Shot" z poprzedniego długograja jest daleko (nie mówiąc już o klasycznym i nieśmiertelnym "Born Dead"). "This Is Why We Ride" to następny dość przyzwoity numer z fajną, mocno "strzelającą" podwójną stopą i przeplatany dwoma spokojniejszymi fragmentami.

Obecność Maxa Cavalery w "All Love is Lost" jest zupełnie niepotrzebna. Wątpię by akurat ten kawałek coś zyskał, lub coś stracił z powodu jego feature'ingu. Cover Slayera? "Raining Blood" w wykonaniu Body Count jest tak potrzebny tej płycie, jak gangsterowi zbyt duża zawartość ołowiu w diecie;-> 7 numer to jakby nie było następne zaskoczenie, bo gościnnie pojawia się tu Randy Blythe z Lamb of God. No i znowu, mamy tu thrashową, gęstą patajnię z zupełnie miałkim refrenem i nic nie znaczącym występem Randy'ego. "Here i Go Again" to w warstwie tekstowej ewidentnie horrorcore w gitarowym wydaniu i zarazem jeden z lepszych utworów na "Bloodlust".

Z kolei "No Lives Matter" to polityczny komentarz do aktualnych napięć w USA. To numer z potencjałem, zupełnie niezły, ale brakuje mu tego "czegoś", boskiej iskry wprost od Morgana Freemana. Koniec płyty to singlowo - teledyskowe "Black Hoodie", trafnie podsumowujące całe "Bloodlust". Numer raczej mocny i ciężki brzmieniowo, ale niekoniecznie porywający w jakiejkolwiek warstwie.

https://www.youtube.com/watch?v=a_0xYamFYYI

---

Bloodclot - "Up in Arms" [hardcore crossover]:

Bloodclot to prawdziwa hardcore'owa supergrupa. Na wokalu wydziera się John Joseph ze sławnego Cro-Mags, a towarzyszą mu byli członkowie QoTSA - Nick Olivieri (bas), Joey Castillo (bębny), oraz Todd Youth z Danziga (gitara).

Każdy kto spodziewa się po tej płycie sympatycznego college-rocka, albo stonerowych fuzzujących gitarek i radiowego potencjału - szczerze się zawiedzie. Ze współczesnego punktu widzenia "Up in Arms" to klasyczny i oldschoolowy hardcore wprost inspirujący się "złotą dekadą" tego gatunku - latami 80'. Dalekie echa crossover thrashu są nieistotne, kapela brzmi rasowo i tyle.

Jak przystało na prawdziwy hardcore, kawałki są raczej krótkie, rzadko który przekracza czas 3 i tylko jeden trwa 4 minuty. Nikt tutaj nie próbuje wynaleźć koła na nowo. Dominują szybkie tempa i agresywne, krzyczące wokale. Hardcore-punkowa stylistyka po całości.

Kapele i płyty tego rodzaju rodzaju potrzebują zwykle dość dużo czasu. Bandy jak Maximum Penalty ze swoją wrodzoną chwytliwością należą do mniejszości. Sama łupanina może nie wystarczyć, dlatego wymagają one parokrotnego przesłuchania, by wyłapać detale i prawdziwe perełki.

Tak właśnie jest z "Up in Arms". Wrażenie z pierwszej chwili - solidność, utrzymuje się przez cały czas trwania albumu, aczkolwiek trudno tu znaleźć numery które staną się modelowymi przedstawicielami gatunku. W pierwszym rzucie wyróżnia się oczywiście krótki i brutalny "Kali", oraz dwie piguły: "Kill the Beast" i "Prayer".

Udany "Slow Kill Genocide" jest jedynym numerem na "Up in Arms", który może pochwalić się cro-magsowymi melodyjnymi wokalami, natomiast następny - "Slipping into Darkness" ma je (także ku mojej uciesze) wściekle zbrutalizowane.

Ostatni na tej płycie "You'll Be the Death of Me" zaczyna się świetną linią basu (która na szczęście powraca). John śpiewa tu w stylu Jello Biafry, co nadaje kawałkowi oryginalnego charakteru.

Z pozostałymi utworami jest pewien zgryz, bo tytułowy "Up in Arms" jest ostry, szybki i ma w połowie fajną sekcję rytmiczną, ale nie jest to kawałek, który można polubić od razu. "Fire" to wybuchowa krótka piguła w stylu Slapshot, choć pozbawiona aż takiego ognia jak w "Kill it Fire" bostońskiej konkurencji:-)

"Up in Arms" to płyta niełatwa w odbiorze, nawet na taki gatunek jakim jest hardcore. Z drugiej strony weteran sceny nie mógł sobie pozwolić na wtopę i druga płyta Bloodclot wtopą nie jest. Takie wydawnictwa wymagają jednego - ślęczenia nad nimi aż do dokładnego poznania każdej piosenki.

Nowy LP Bloodclot jest co najmniej dobry. Wydaje się początkowo mało "efektowny", ale wielokrotny odsłuch w końcu pozwala ją docenić. Warto go przesłuchać, chociażby dla czystej wścieklizny jaką jest "Kali":-)

https://www.youtube.com/watch?v=npG8hjAc9x4
https://www.youtube.com/watch?v=5k9t_-a-TOQ

---

Cannibal Corpse - "Red Before Black" [death]:

Nie jestem wielkim fanem Kanibali, przesłuchałem sobie, bo jednak parę ich kawałków nadaje się jako soundtrack dla fermy krwiożerczych, zmutowanych kurczaków chowanych na wolnym wybiegu i karmionych skarpetami Pudziana. Płyta oczywiście (?) bez zaskoczenia, ot death do jakiego jesteśmy (?) przyzwyczajeni (?) od wielu lat. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że Kanibale działają jak dobrze naoliwiona maszyna i młócą aż miło. Problemem większości deathowych kapel jest nuda, która w moim przypadku wkrada się gdzieś po trzecim kawałku.

---

Danzig - "Black Laden Crown" [doom rock]:

Nowy Danzig nie jest tak efektownym zaskoczeniem jak "Deth Red Sabaoth" sprzed 7 lat. Zaczyna się niemrawo, pierwszy numer - "Black Laden Crown" nie ma choćby w najmniejszym stopniu takiego kopa jak analogicznie - "Hammer of the Gods". Do tego praktycznie od razu można wychwycić uchem typowo "danzigową" produkcję. "Gdańszczanin" wielbi stare wzmacniacze lampowe, nagrywa na taśmie i jest generalnie bardzo oldschoolowy w kwestiach produkcji. Rozumiem to, bo w erze Pro Toolsów wszyscy chcą być głośniejsi od wszystkich pozostałych. Oldschoolowość może dodać sznytu i charakteru, ale Danzig ma tendencje do nagrywania materiału w meliniarskich kiblach, w których pęknięte rury i sączący się z nich płyn ma chyba w jakiś sposób motywować całą ekipę do bardziej wytężonej pracy. W każdym razie efekt jest taki, że co jakiś czas wybijają się w perkusji, wokalu i gitarach sybilanty, a wokal jest jak z jakiegoś taniego karaoke, nienaturalnie zawieszony zbyt wysoko ponad pozostałymi instrumentami.

Na szczęście "Black Laden Crow" w końcu się zaczyna. Od trzeciego kawałka robi sympatycznie i bardzo... "danzigowo". Tak, można powiedzieć, że chłop się powtarza po raz nie wiadomo który. Wszak "Deth Red Sabaoth" było naprawdę dobrą i całkiem świeżą płytą, a "nówka sztuka" korzysta ze schematu opracowanego na początku lat 90'. Mamy tu więc do czynienia z ciężkim, mrocznym bluesem i doom-rockiem, czyli wzorcem, który Danzig opatentował i ubezpieczył gdzieś w okolicach wakacyjnej wizyty w Tartarze.

Szczerze mówiąc nie ma w tym nic złego. Problem polega na tym, że nowa płyta jest po prostu niemrawa, jakby zanurzona w metrze mułu. Ma się chwilami wrażenie, że jakaś czarna maź zalewa kibel Danziga i nikt nie ma już siły grać. Z drugiej strony "BLC" ma naprawdę momenty! "Devil on Hwy 9" i "Last Ride" to typowa danzigowa, dość solidna robota."But a Nightmare" ma fajną końcówkę, a "Skull & Daisies" chwytliwe harmonie wokalne. W "Blackness Falls" za to wyraźniej słychać Tommy'ego Victora (Prong), który wręcz wzorowo przyłożył się do riffowania. Zresztą moc końcówki "Black Laden Crow", silną stroną jej jest :-) "Pull the Sun" ma riff, którego szybko zapomnieć nie można, a Danzigowi śpiewa się w tym dość refleksyjnym kawałku wyraźnie lżej.

6 dobrych/niezłych kawałków i 3 niespecjalne? Mimo, że LP z 2010 r. był dużo lepszy (tam każdy kawałek był udany), to nadal jest to akceptowalny wynik. Martwi jednak kondycja wokalna Glena, bo choć nie jest aż tak źle jak na "Skeletons", to nie jest to forma (też przecież nienajlepsza) z "Deth Red Sabaoth".

https://www.youtube.com/watch?v=lu1UVwwNbWo

---

DJ CAM - "Thug Love" [hip-hop/turntablism]:

Tego francuskiego didżeja pamiętam głównie z pierwszej płyty, o wiele mówiącym tytule "Mad Blunted Jazz". Później rzecz jasna był światowy hit w postaci "Summer in Paris", ale nie śledziłem jego twórczości tak jak jego japońskiego kolegi po fachu - DJ Krusha.

"Thug Love" to hiphopowy turntablism bez wokalnych udziałów MC. Kawałki są tu tylko i wyłącznie "instrumentalne". "Sunset Harbour" to przyjemny, lekko ambientowy numer, choć ciężki basowy beat nieco rozprasza chilloutowy nastrój. Zresztą właśnie ciężkim beatem "Thug Love" stoi. Tak właśnie jest w "Tempus Fugit", dubującym "Ganjaman Remix" czy niepokojącym, niespokojnym "Conforce". Dotyczy to w mniejszym lub większym stopniu wszystkich 9 utworów.

Zresztą "Thug Love" wydaje się pewnym powrotem do korzeni. Dominuje tu oldschoolowa produkcja, wolne tempa, pełne soczyste beaty i zadymiona atmosfera. Nie ma tu żadnych "nowoczesnych" rozwiązań, które mnie osobiście we współczesnym hip-hopie drażnią.

Francuz nie zjadł żaby i nie zawiódł, choć "Thug Love" przypomina trochę seryjniaka w stylu: "Ok, zostało mi trochę materiału z tego setu, no to zrobię z tego płytę". Nie ma tu mowy o niczym specjalnym, ani tym bardziej wybitnym, ale nowego materiału słucha się przyjemnie. Jest po prostu w miarę "OK", ni mniej, ni więcej.

https://open.spotify.com/album/6wfeJ42ERi716JrXjTRRTK

---

Dreadzone - "Dread Times" [cyber-dub]:

Brytyjski Dreadzone reprezentuje dość niszowy podgatunek jakim jest cyber-dub. Jest to nic innego jak dubowa przestrzeń wypełniona elektronicznymi samplami i beatem.

Po flircie z popem, czy ogólnie pojmowaną "przebojowością" (vide hit w rodzaju "Gangster"), londyńczycy powrócili do charakterystycznego brzmienia, które zapewniło im na początku lat 90' stosunkowo duży sukces.

"Dread Times" to comeback w stylu "Second Light" i "Biological Radio", płyt których jakość można porównać do najbardziej znamienitych wydawnictw Ninja Tune.
Pulsujący, oparty na linii basu, właściwie "klasyczny" dub jest tu okraszony przez głębokie, nisko schodzące beaty i perkusyjne sample. Dzięki temu dub, jako gatunek "napowietrzony", pełny przestrzeni, ale pierwotnie dość "usypiający" zyskuje więcej dynamiki, nie tracąc nic ze swojego "rootsowego" charakteru. Dreadzone nie zawodzi i jak za swoich najlepszych lat stosuje bogaty zakres dźwiękowych ozdobników: big-beatowy rytm perkusji, trzon utworów oparty na nisko schodzącym oscylującym basie, jungle'owe wstawki i najróżniejsze sample przywodzące na myśl produkcje hip-hopowe. Tak, to wszystko tu jest i to w idealnych proporcjach!

"Rootsman" to odwołanie do "klasycznego" Dreadzone. Kawałek jest zbudowany wokół lekko buczącego dubu, pojawiają się też klawisze, zsamplwowana harmonijka i dźwięk sonaru. Do tego mamy tu oczywiście refren zaśpiewany w stylu rasta i nieodzowny tajemniczy klimat. Opis pierwszej piosenki chyba nieźle ilustruje zawartość i styl całego albumu. 4 w kolejce "Escape" wyróżnia się jednak wyjątkowo melodyjnym refrenem, a "16 Hole" (nie wiem czy trafnie) kojarzy mi się w swojej mrocznej atmosferze z "16 man till no man left" Cypress Hill i "Mutant Message" Juno Reactor.

"Black Deus" mógłby zaś z powodzeniem znaleźć się na którejś ze ścieżek dźwiękowych do nowych Deus Exów. Skojarzenia z twórczością Michaela McCanna wydają się w pełni uzasadnione, choć cyber-dub w wykonaniu Dreadzone nie jest aż tak zimny jak ambienty z "Human Revolution".

Cieszę się, że płyta mimo (?) opisu z 4 akapitu jest całkiem zróżnicowana. Prócz szalenie chwytliwych piosenek jak "Music Army", "Keep it Blazing" i potencjalnego radiowego hitu w postaci zainspirowanego Kosheen "Never Going Back", znalazło się tu miejsce dla typowo zabawowego, dynamicznie klubowego numeru pt. "Area Code". Domówka, czy klub, to bez różnicy, przy "Area Code" każdy będzie dobrze się bawił i wyśpiewywał zaraźliwy refren.

"Dread Times" to bardzo udana płyta, nie ma na niej ani jednego słabego utworu. Jedyne zastrzeżenia mam do początku i końca, które mogłoby być bardziej charakterystyczne, łatwiej zapamiętywalne. Nie chodzi o żaden potencjał komercyjny, ostatnie szlify mogłyby uczynić z 12 płyty Dreadzone rzecz jeszcze lepszą, wręcz klasyczną.

https://www.youtube.com/watch?v=ASgXgJGwoSg
https://www.youtube.com/watch?v=HAxHz-lmCA4
https://www.youtube.com/watch?v=__lytCYvbUs

---

Foo Fighters - "Concrete & Gold" [rock]:

Lubię Dave'a Grohla. To rockowy król, milioner i kumpel, który potrafi pomóc jak trzeba. Przykładowo, dzięki niemu Corrosion Of Conformity mogło swego czasu nagrać płytę.

Fajnie, że Dejw jest prawdopodobnie spoko gościem. Muzycznie to już zupełnie inna para kaloszy. Przyznam, że nie śledzę twórczości Foo Fighters od lat 90'. Lubiłem ich pierwszą płytę, to było sympatyczne połączenie postpunkowego jazgotu i odrobiny popu. Po drodze zdarzały się single, które ceniłem ("Everlong", "Low"), lub za nimi nie przepadałem ("Pretender"). Nigdy jednak nie ciągnęło mnie do przesłuchania całej płyty w całości. Spodziewałem się częściowo popeliny, więc jak to mówił Wściekły Wąż - "unikałem niepotrzebnych walek".

"Conrete & Gold" z jednej strony częściowo potwierdza moje obawy, z drugiej strony... im zaprzecza, no przynajmniej w pewnym sensie. Pierwsze chwile spędzone z nową płytą Foo Fighters, to wrażenie, że Grohl chce być trochę nowym Bono, takim któremu jeszcze chce się grać i śpiewać. Dźwiękowo nowa płyta przypomina wszystkie, absolutnie WSZYSTKIE mainstreamowe rockowe i hardrockowe kapele lat 70', 80' i 90'. Nie żartuję, tu się można dosłuchać encyklopedii rocka. Większość numerów na "Conrete & Gold" jest uszyta pod machanie łapkami, nucenie z wokalistą i świecenie smartfonami, tak jak kiedyś ludzie świecili zapalniczkami przy Scorpionsach.

Mi się to osobiście nie podoba, rockowe, stadionowe hymny świadomie obliczone na publikę od 12, do 70 roku życia zalatują gwiazdorstwem i grubym wyrachowaniem, kalkulacją. Rock ma mnie przeciągnąć po skałach, sponiewierać, a nie kalkulować. Można by było więc pomyśleć, że ta płyta jest dla mnie skreślona. Tymczasem... oferuje ona tyle chorobliwie zaraźliwych melodii, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Każdy, naprawdę każdy kawałek dysponuje chwytliwym refrenem. Co ważniejsze te melodie wydają się zupełnie naturalne, niewymuszone.

Każdy kto trochę kojarzy moje muzyczne posty, wie że ja potrzebuję krwi, mięsa, adrenaliny, nonkonformizmu. Ma być ogień, żadnych skrótów, żadnego pójścia na łatwiznę, wystarczy, że codzienność jest jednym wielkim kompromisem. Dlatego z całego "Concrete & Gold" zostają dla mnie dwa kawałki - "Run", oraz "La Dee Da", no i może druga część "Dirty Waters".

Tyle subiektywizm. Obiektywnie każda inna piosenka na tym albumie daje radę. Wyróżnić tu należy potwornie melodyjne, White Stripes'owe, stadionowe "The Sky is a Neighbourhood". Problem jest z wyraźną charakterystyką pozostałych utworów, bowiem w jednym bardziej słychać Dire Straits, w innym Pink Floyd, ale wszystkie mają ten stadionowy, lekko balladowy, mainstreamowy mianownik i wszystkie raczą słuchacza typowo "grohlowymi" i jak wcześniej zaznaczyłem - całkiem udanymi melodiami.

To płyta dla gustujących w spokojniejszym, "radiowym" rocku. Taka propozycja może okazać się dla nich strzałem blisko środka tarczy. Dla mnie? Cóż, doceniam i szanuję solidną pracę, wolę jednak zawał serca od śpiączki.

https://www.youtube.com/watch?v=ifwc5xgI3QM

https://www.youtube.com/watch?v=TRqiFPpw2fY

---

J.D. Overdrive - "Wendigo" [southern metal]:

J.D. Overdrive to kapela, która powstała 10 lat temu w Katowicach. Od samego początku panowie starają się w tworzonej przez siebie muzyce składać hołd dla (ewidentnie) wielbionych przez siebie zespołów jak Black Label Society, Down, czy Pantera.

Polski southernowy metal odniósł raczej umiarkowany sukces. Trochę szkoda, bo J.D. Overdrive to solidna ekipa. Do nowej płyty podszedłem bardzo entuzjastycznie mając w pamięci kawałki z poprzednich longplejów, które jak mi się wydawało poziomem nie odbiegały od najlepszych dokonań zza wielkiej kałuży.

Po odpaleniu "Wendigo" musiałem wyglądać jak umierający król Julian, uśmiech na japie gasł z każdą chwilą. Właściwie nie wiem co się stało, wróciłem więc do starych kawałków i okazało się, że one "nagle" także przestały być aż tak dobre, jak to drzewiej podpowiadała mi moja zasrana, krótka pamięć.

Nagle J.D. Overdrive przestało być czymś świeżym, czymś co szerzy "southern-metalową wiarę" na polskiej ziemi. Za zastany stan rzeczy odpowiadają prawdopodobnie dwie kwestie. Po pierwsze jestem osłuchany z południowym metalem, jak kelner z politykami w "Sowie i Przyjaciołach". Ten specyficzny gatunek bywa jak uroboros, trudno o coś oryginalnego. Z tego chociażby powodu musiało wystąpić u mnie zmęczenie materiału i zwyczajne znużenie powtarzaniem w kółko właściwego tego samego.

No i rzeczywiście, poczułem się podczas przesłuchiwania "Wendigo" jak fabryce klonów Zakka Wilde'a i Philla Anselmo. Nie powinienem się tak poczuć, bo J.D. Overdrive serwuje totalnie autorski materiał. Nie ma tu bezpośredniego zżynania z mniej. lub bardziej znanych kompozycji. A jednak odniosłem wrażenie, że Jacki to szalenie odtwórcza i mało oryginalna kapela. "Po co wymyślać koło na nowo?" - mógłby ktoś zapytać i... miałby rację. Southern metal składa się praktycznie zawsze z tych samych składników, sztuka polega na podaniu ich w odpowiedni sposób i umiejętnym doprawieniu.

Potencjalnie i teoretycznie J.D. Overdrive ma wszystko. "Suseł" dysponuje potężnym głosem, potrafi się solidnie wydrzeć, "Stempel" riffuje rasowo, sabbathowo jak Bozia przykazała, a sekcja rytmiczna nie pozostaje ani na krok w tyle. Co się więc stało? Chyba znów zabrakło tego "bożego pieprznięcia", spotkania z jakąś siłą sprawczą, która zamienia przeciętne kawałki w czystą platynę (lub jak ktoś woli w przyrdzewiałą, ale ryczącą V8-semkę).

Nie chcę przez to powiedzieć, że "Wendigo" to płyta zła. Początkowo wydaje się, że wszystko jest tu na miejscu. Dopiero za drugim przesłuchaniem okazało się, że żaden z 10 kawałków na tej płycie nie wyróżnia się niczym szczególnym. No dobrze, "Protectors Of All That is Evil" ma zarówno fajny riff, jak i niezły refren i przyjemne krótkie "strzały" na dwóch stopach. "New Blood" może się pochwalić stonerowym drive'em, melodyjną zwrotką i "anselmowym" wrzaskiem. Super, tylko ja to słyszałem setki razy i to w (obawiam się) jednak nieco lepszym wykonaniu. Chłopaki starają się nie powtarzać, rzeźbią, stosują najróżniejsze patenty i chwilami są blisko osiągnięcia jakiegoś bardziej niezwykłego, zapadającego w pamięć efektu. To jest niejaki paradoks, bowiem przy pierwszym kontakcie (a pewnie drugim i trzecim) J.D. Overdrive brzmi charakternie, jak klasa sama dla siebie. Dopiero po dłuższej obecności na słuchawkach okazuje się, że goście nie za bardzo potrafią postawić kropkę pod czymś, co w założeniu miało być wyraźnym sonicznym wykrzyknikiem. Szmatan zapewniający radosny headbanging gdzieś umyka, a muzyka staje się przewidywalna, nijaka, odtwórcza i nieco nużąca.

Fajnie, że ta ekipa z Katowic chce grać tak jak podziwiani przez nich Bogowie bagien, władcy miotający południowymi, bluesowymi i mięsistymi riffami wprost z pachnącej bimbrem i siarą piwnicy prastarego Kozła Headbangera. Technicznie rzecz biorąc ci katowiczanie są jak najbardziej kompetentni, wyraźnie jednak brakuje tu czarnej magii, która spowodowałaby, że Kozioł tupnie z zadowolenia kopytkiem.

Życzę J.D. Overdrive jak najlepiej, ale wbrew szczerym chęciom nie mogę wystawić tej płycie pozytywnej oceny (jakby to kogokolwiek obchodziło:-)). Jest oczywiście szansa, że to wszystko przez przesyt tą muzyką. Odpocznę, posłucham jeszcze raz i mam nadzieję, że zmienię zdanie.


https://www.youtube.com/watch?v=oTlxUrKs3Ik
https://www.youtube.com/watch?v=LRE7EE7Vhj8


---

Polkadot Cadaver - "Get Possessed" [alt metal/metalcore]:

Todd Smith to wokalista awangardowej, rockowej kapeli Dog Fashion Disco, łączącej ze sobą klimaty Faith No More i Mr. Bungle. Jest on znany z muzycznego ADHD i uczestniczenia w wielu projektach pobocznych. Jednym z nich jest właśnie Polkadot Cadaver - kapela będąca nieco mniej pokręcona od Dog Fashion Disco, za to grająca mocniejszy alt metal/oldschoolowy metalcore ze sporym dodatkiem elektroniki.

"Get Possessed" to druga płyta "Trupa w Kropki". Stylistycznie nie różni się ona znacząco od pierwszego LP pt. "Last Call in Jonestown". Mamy tu więc do czynienia z alternatywnym metalem kręcącym się wokół starego metalcore'a gdzieś z połowy lat 90'. Różnice dotyczą głównie gitar, które nie brzmią już tak "archaicznie" jak na pierwszej płycie i klawiszy, które wyewoluowały ze stylu Faith No More w stronę... Carpenter Bruta.

Papuzia, czy też "jarzeniowo-oczojebna" zieleń okładki jest ściśle adekwatna do tego co się tu dźwiękowo wyrabia. Ton płycie nadaje elektronika, a ściślej rzecz biorąc "kwaśne", nieco odjechane klawisze w stylu lat 80', zjeżdżających ku latom 90' po dużej dawce LSD i amfetaminy. Okazjonalnie pojawiają się też beaty, które są kontrolowane i trzymają się się posłusznie "pod" gitarami. "Nawiedzona kwaśność" to stylistycznie niezbyt udana fraza, ale za to dość dobrze oddająca klimat "Get Possessed".

W przeciwieństwie do wspominanej pierwszej płyty, "Get Possessed" nie oferuje tak morderczo melodyjnych, chwytliwych i zarazem wybitnie niepokojących kawałków jak czadowy "Last Call in Jonestown", czy doskonały toolowaty "Touch You Like Caligula".

Płyta zaczyna się od tajemniczego "Dead Beats", który jest czymś w rodzaju 4-minutowego intra. Początek mrozi, retrowave'owe syntezatory przynoszą na myśl brudny cyberpunk. Melodeklamacji i mruczeniu Smitha towarzyszą rzecz jasna raczej mocne gitary i stanowcze uderzenia perkusji, jednak to właśnie elektronika (drum&bassowe beaty!) generuje specyficzny klimat, charakterystyczny zresztą także dla 9 pozostałych kawałków. Zdaje się, że właśnie o to chodzi na tej płycie - o klimat, a mniej o to, co jest niejako znakiem firmowym Todda - czyli umiejętności wyczarowania niewiarygodnie zręcznych melodii, nawet gdy do dyspozycji ma on jedynie mało muzykalnego bąka cichacza. Owszem, melodie są na "Get Possessed" obecne, ale uznałbym je za nieoczywiste i nie aż tak "wzorcowe" jak w przypadku co najmniej dwóch tuzinów innych kawałków z ponad dwudziestoletniej historii Dog Fashion Disco.

Przy "Couldn't Move Far Enough Away" wiemy, że "Kropkowany Trup" przyjechał do miasta. Piosenka przez pierwsze parę sekund atakuje metalcore'owym riffem i szybkim waleniem w gary. Wydaje się, że będzie to czad od początku do końca, ale szybko przekonujemy się, że różnorodność to drugie imię tej kapeli. Zmiany tempa, wykrzyczany refren i "chora" elektronika nie czyni z kawałka nr. 2 hitu, który będzie nadawać się do śpiewania pod prysznicem. Numer wymaga parokrotnego przesłuchania (zresztą tak i jak i cała płyta). co w końcu skutkuje więcej niż umiarkowaną satysfakcją.

Następne dwa utwory; "Powder Pink Baby Coffin" i "Robot Assisted Suicide", to numery utrzymane w podobnej stylistyce co "Get Possessed". Pierwszy jest chorą humorystyczną makabreską okraszoną chyba pierwszym na tym longpleju harmonijnym, typowo "toddowym" refrenem. Drugi pod każdym względem idzie tą samą drogą, poruszając przy okazji tematyką zwykle zarezerwowaną dla Fear Factory.

Najmocniejszym, najbardziej wściekłym numerem jest tutaj 5 w kolejności, galopujący tytułowy "Get Possessed". To udany utwór, podczas 3 minut i 41 sekund, nie dzieje się tu tak dużo jak w innych dokonaniach Todda Smitha, ale ilość sonicznych kopów jakie trzeba przyjąć na uszy, jest w zupełności wystarczającym powodem do późniejszego zapisania się do laryngologa, nie wspominając już o czystej przyjemności wynikającej z lekkiego skoku adrenaliny.

"Brain Eating Amoeba" to przede wszystkim fenomenalny klimat i koronkowe, wysokiej klasy elektroniczne tło. Kawałek byłby właściwie idealny, gdyby nie ta przebrzydła "melodia", którą trzeba wyciskać trochę na siłę, jak starą cytrynę. Może to i lepiej, że "Żrąca mózg ameba" nie ma potencjału czołówki listy przebojów? Dzięki temu powinna nudzić się wolniej, co niewątpliwie jakąś tam zaletą jest:-)

Po kawałku, którego tytuł mógłby pojawić się na dowolnym longpleju jakichkolwiek grindcore'owych szmatanów, nadjeżdża następny, o uroczym tytule "Stewards of a Syphilitic Empire". Ten utwór łączy z syfilisem jedno, jest paskudnie zaraźliwy, fejfnołmorowo melodyjny! "Cocaine's Gone, Party's Over" to mistrzostwo świata w operowaniu przedziwną, ostro przyćpaną i niepokojącą atmosferą hacjendy upadłego barona narkotykowego. Spokojnie nadawałby się do następnego filmu Michaela Manna, lub do trzeciej części Hotline Miami.

Końcowe "Gasoline Enema, Bend and Light" jest rozbudowane, a słodko brzmiący refren ciekawie kontrastuje z jego powabną i przesympatyczną tematyką.

"Get Possessed" to płyta początkowo nie dająca się lubić. Wymaga skupienia, cierpliwości i konsekwencji w chęci jej dokładnego poznania. Z pewnymi trudnościami, ale w końcu i ja dałem się jej "opętać". Nie jest to przywiązanie bezwarunkowe, ale silne, wynikające z akceptacji i 4 pełnych przesłuchań.

https://www.youtube.com/watch?v=_ZHSXDsqvts
https://www.youtube.com/watch?v=rjW8UWMXZx8
https://www.youtube.com/watch?v=2q7HtgtaF3o

---

Powerflo - "S.T." [nu-metal/rap-metal]:

Ostatnimi czasy obrodziło w różnego rodzaju supergrupy, Powerflo jest dobrym przykładem współpracy znanych i doświadczonych muzyków. Sen Dog (Cypress Hill), wielokrotnie udzielał się w rap-rockowych, tudzież rap-metalowych projektach i tak jak B-Real, dobrze czuje się w różnych gatunkach muzycznych. Nowy projekt Sen Doga zasilili m.in. Christian Olde Wolbers (bas), oraz Billy Graziadei (git/voc), co w sposób ostateczny zdecydowało o jego brzmieniu (o czym więcej później).

Pierwszą płytę Powerflo można lubić, albo nienawidzić. Od jej samego początku dokładnie wiadomo z czym mamy do czynienia. Jeżeli ktoś kojarzy Biohazard z okresu "New World Disorder", to z całą pewnością znajdzie podobieństwa między Powerflo, a ekipą Evana Seinfelda. Zresztą na tej jednej płycie podobieństwa się nie kończą, bez względu na to jaki utwór Powerflo włączymy, pierwsze skojarzenie będzie jedno - Biohazard!

Starzy fani powinni się ucieszyć, wszak Biohazard to kapela z pokaźnym dorobkiem i mająca wpływ na wielu współczesnych wykonawców. Tak wesoło jednak nie jest. Od dawna nie przesłuchałem żadnej płyty, która byłaby jakoś mocniej powiązana z nu-metalem, ale po spędzeniu czasu z Powerflo, muszę przyznać, że czegoś tak generycznego i mało oryginalnego maje uszy nie uświadczyły od wielu, wielu lat.

Mimo muzyków z Downset, Fear Factory i Worst, to właśnie Billy Grazadiei zdaje się determinować całe brzmienie Powerflo, od początku do końca. Ta kapela po prostu brzmi jak Biohazard, z lekkimi wpływami jakiejś innej niedookreślonej kapeli nu-metalowej z lat 90' Tutaj wszystko przypomina "stare dobre bajohajo". Jest to nic innego jak jeden powtarzający się w kółko przez 30 minut kawałek pt. "How it Is". Gościnnie udzielał się w nim Sen Dog, a sama piosenka pochodzi z płyty pt. "State Of the World Adress" z roku (1994 r.). Na tamte czasy było to nadal świeże, ciekawe i na pewno jeszcze całkiem oryginalne, dziś ociera się o lekką śmieszność.

Mimo tego co napisałem powyżej LP Powerflo nie jest nudny. Paradoksalnie nie ma tutaj kawałków obsesyjnie się powtarzających, przez co całość nie zlewa się w nieprzejrzystą dźwiękową masę. Płyta jest zróżnicowania, subiektywnie chodzi o bliską nu-metalowi manierę, która bywa okropnie nieznośna. Panowie spokojnie mogliby odebrać analogiczną do Złotych Malin nagrodę za najmniej oryginalny krążek roku.

Nu-metal był modą która przeminęła, a tutaj panowie wchodzą do studia i grają jak 20 lat temu. Oczywiście można się spierać czy ta kapela jest bardziej nu-metalowa, czy bardziej podchodząca pod alt metal, czy rap-metal. To bez znaczenia, to zwykła terminologia. Ja mam tylko jedno skojarzenie, to po prostu jest nu-metal, a panowie też nie starają się tego specjalnie ukryć. Rock, albo hardcore są gatunkami, które okazały się w porównaniu do nu-metalu nieśmiertelne i zależnie od kapeli, mogą wzbudzić podziw, albo chociaż brak żeny. To też gatunki, które o wiele lepiej nadawałaby się dla takiej kapeli jak Powerlo.

Udowadnia to poprzedni duży rock-metalowo-rapowy projekt Sen-Doga, czyli SX-10. To była bardzo ciekawa mieszanka klasycznego hard rocka, metalu spod znaku Pantery i lekkich punkowych naleciałości. Do dziś brzmi to dużo lepiej niż najnowsze dokonanie Sen Doga i spółki.

Sprawa nie jest jednak tak prosta jak mogłoby się wydawać. Jeżeli odejmiemy Powerflo tą nieznośną manierę nad którą się pastwię od paru akapitów, to okaże się, że materiał z jakim mamy do czynienia jest przemyślany i dobrze napisany. Tak, to są po prostu zupełnie niezłe kompozycje. Oczywiście zdarzają się wtopy, jak fatalnie zasysające chórki na początku "Resistance", ale ogólnie rzecz biorąc jest to punktu z widzenia jakości kompozycji płyta co najmniej poprawna. Nie ma na niej kawałka, który jest wyraźnie słaby i powinien polecieć do śmieci. To kwestia aranżacji, która jak już wspominałem jest arcybanalna, rutyniarska i ociera się o kicz.

Osobiście mam do tej płyty stosunek ambiwalentny. Nie ma chyba nic gorszego niż taka ocena materiału, który jako taki potencjał ma.

https://www.youtube.com/watch?v=SNruqzUWkyA
https://www.youtube.com/watch?v=vnJrWvZirkU
https://www.youtube.com/watch?v=41LBegOuzyk

---

Power Trip - "Nightmare Logic" [crossover thrash]:

Po usłyszeniu singla - "Executioner's Tax (Swing of The Axe)", zajarałem się. To był (i jest) surowy, wysokoenergetyczny i raczej oldschoolowy crossover thrash. Cała płyta tych teksańczyków jest dokładnie właśnie taka - dla jednych zwykła jebanka, dla innych kopalnia riffów i wysokooktanowe paliwo.

Pewne jest to, że to... trudna płyta. Nie jest zaskoczeniem, że jest całkowicie pozbawiona wokalnych melodii. Nie tego się oczekuje od crossover thrashu:-) Mogłaby za to trochę rozpieścić słuchacza chwytliwym riffem, albo konkretnie wywrzeszczanym refrenem. Dzieje się tak we wcześniej wpomnianym singlu, oraz "Nightmare Logic" i ewentualnie w mniejszym stopniu w "Waiting Around to Die" i "If Not Us Then Who".

Paradoksalnie trochę rozczarowałem się takim poziomem "nieprzysiadalności" tej płyty. Cóż, przesłucham ją jeszcze raz, może dwa razy i zobaczymy czy zostanie, czy nie za bardzo.

Klip "Executioner's Tax (Swing of The Axe)" jest fajny, ale uwaga na wyjątkowo wysokie stężenie retardo - kuców na m2:

https://www.youtube.com/watch?v=FOWf8uqGf8A

---

Prophets of Rage - "S.T" [rap-rock]:

Sen Dog ze wspomnianego wyżej Powerflo, ma zdecydowanie większe predyspozycje wokalne do udzielania się w ostrzej grających, gitarowych kapelach, niż jego kolega z Cypress Hiil - B-Real. Wystarczy posłuchać/obejrzeć koncert ich macierzystej kapeli pt. "Live at Fillmore", żeby obiektywnie stwierdzić kto tutaj ma mocniejszy głos.

Tymczasem to właśnie B-Real, a nie Sen Dog wygrał w cuglach muzyczny rok Anno Domini 2017. Wszystko dzięki projektowi Prophets of Rage, do którego należą także Tom Morello (R.A.T.M.), oraz Chuck D (Public Enemy).

Prophets of Rage nie posiada mocy ani wściekłości pierwszej płyty Rage Against the Machine, ani basowego jamującego groove'u drugiej. Posiada za to dojrzałość i dobry że tak powiem "vibe". Chuck D i B-Real nie próbują wydzierać się jak Zack de la Rocha, a mimo, że Tom Morello nadal traktuje gitarę jak stół didżejski, to wszyscy zdają się znać swoje miejsce. Panowie nie starają się podrabiać nikogo i niczego, słychać że dobrze się bawią i robią swoje.

Porównania do R.A.T.M. są oczywiście nieuniknione i tak, P.o.R. brzmi jak "Wściekłość Przeciwko Maszynie". Brzmi jednak jak kapela dojrzała, bez parcia na szkło i bez zbyt częstego oglądania się za siebie. W konsekwencji nie uświadczymy tu minutowych wrzasków i naparzania w co się da. 50-latek nie jest 20-latkiem i fajnie, że cała ekipa P.o.R. to rozumie.

"Prorocy Wściekłości" nie mają ambicji grać mocno, tak jak 25 lat temu. Pamiętają jednak o przeszłości i w efekcie wyszła im płyta dynamiczna, wypełniona świeżą, funkową energią i niegłupimi pomysłami.

Pierwszy numer, "Radical Eyes" bawi się grami słownymi i jest dobrym przykładem na to, jak na nowo (i dobrze) wykorzystać starą formułę R.A.T.M. Luzacki "Legalize Me" robi w sferze tekstowej dokładnie to samo i buja aż miło. "Living On The 110" przypomina brzmieniem gitar "The Battle of Los Angeles". Natomiast "Hail to the Chief" to mocny numer z politycznym komentarzem i zapadającym w pamięć refrenem, który zapewne świetnie sprawdza się na koncertach.

"Take Me Higher" zaczyna się akordami zagranymi prawie jak na... bałałajce, po czym przechodzi w bujająco funkowo-hip-hopowymy flow z cowbellem na szczycie tortu. Tekstowo też jest tu dość oryginalnie, bo przekorna zwrotka dotyczy dronów, niekoniecznie palenia dobrego stuffu:-)

8 numer - "Strenght in Numbers" wyróżnia się ostrzejszym riffem i napięciem rosnącym prawie jak za starych dobrych czasów. Basowy "Fired a Shot" to następny dynamiczny numer, ze świetnym funkowym basem i gitarami przywodzącymi na myśl policyjne syreny.

Końcowa część płyty to też strzały padające jeżeli nie w obręb sylwetki, to w sam środek masy. "Who Owns Who" przypomina bardzo udane "Hail to the Chief", ale w żadnym wypadku nie jest żadną jego smutną powtórką. "Hands Up" zaś, ma zaraźliwy refren idealny do darcia się na koncertach. Ostatni na płycie "Smashit" znów zaskakuje, tym razem niemal klasycznie rage'owskim, ale oryginalnym riffem.

Cóż, starzy fani R.AT.M. (a przynajmniej ci oczekujący nie wiadomo tak naprawdę czego), pewnie poczują się zawiedzeni. Ja oceniam, że P.o.R. targnęło się na tytuł jednej z lepszych rockowych płyt roku 2017. Myślę, że tak dobry efekt osiągnięto przez parę czynników. Przede wszystkich słychać, że panowie świetnie się bawią, między B-Realem i Chuckiem D jest chemia niemal taka, jak w ich macierzystych składach, a sekcja rytmiczna gra jakby dostała szansę na nowe nerki. Zresztą także Morello jakby złapał drugi oddech. Jest on oczywiście nadal szalenie rozpoznawalny, ale nie słychać w jego grze znurzenia i rutyniarstwa.

Warto na sam koniec wspomnieć, o czymś co w tym przypadku jest (niestety) dość ważne. "Prorocy.." uważają się kogoś w rodzaju muzycznych buntowników, czy wręcz powstańców. Chcą walczyć z biedą, niesprawiedliwiością społeczną i wreszcie "odjebać świat". Czyli robią to, co dawno temu robiło... no wiadomo co i kto. Kwestią sporną jest to, czy to jest dobrze obrany kierunek, czy nie. Pomijając tą kwestię, zostaje sama muzyka, a tak bez dwóch broni się skutecznie!

Płyta na szkolną piątkę!

https://www.youtube.com/watch?v=asP2BHnyUTo
https://www.youtube.com/watch?v=QR5L5UfPmH4

---

Tricky - "Ununiform" [trip-hop]:

Nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego Tricky w przeciągu dwóch lat wydał dwie płyty. Jakieś powody z całą pewnością miał.

Może po innym artyście niż Tricky można by się spodziewać wydania zapełniaczy, albo odrzutów z poprzedniej płyty. Na szczęście chłop nie poszedł na skróty, "Ununiform" jest jak na Adriana Thawsa krążkiem przystępnym, dobrze wyprodukowanym i zarazem przemyślanym, wypełnionym intrygującymi dźwiękami.

Ominąłem "Skilled Mechanics" z 2016 r. więc nie wiem czy gość bawił się synthwave'em już wcześniej. Na "Ununiform" słychać sporo syntezatorów, ale jest to po prostu następny element budowli, narzędzie, a nie cel sam w sobie. "Klasyczny" trip-hop można już uznać za dość oldschoolowy i cieszę, że Tricky nie zreygnował z tego brzmienia. Piosenki są tu zbudowane na beacie, wypełnione (najczęśćiej) mroczną, lekko zeschizowaną lub melancholijną ambientową przestrzenią. Tu i uwdzie pojawia się pianino, czasem moog, skrzypce i gitara akustyczna. Skromne instrumentarium, ale chyna nikt nie spodziewa się po tym Brytyjczyku "barokowej" produkcji.

Druga na "Ununiform" piosenka pt. "Same as It Ever Was" to modelowy Tricky. Zgliczowane, kwaśne brzękadła, zdecydowany beat i wpadająca w ucho melorecytacja, czy też niby-śpiew, czynią z niego materiał na hit. Może nie aż tak wielki jak choćby "Hell is Round the Corner", ale ze sporym potencjałem komercyjnym.

Od trzeciego kawałka zaczyna się atak pań, bo to kobiety właśnie nadają ton tej płycie. Francesca Belmonte wśród niepokojących furkotów niezydentyfikowanych przeszkadzajek śpiewa pewnym, pięknym i pełnym soulowym głosem. Asia Argento dla kontrastu prowadzi z Tricky'm intymny dialog w delikatnym "Wait for a Signal". Rogata dusza i zamiłowanie do dźwiękowego okultyzmu odzywa się w Tricky'm w demonicznym "It's Your Day", by znów zmienić maskę w gorzkim "Blood of My Blood". "Dark Days" rozpoczyna się od rozprzężonej gitary, uderza ekstrawaganckim electropopowym beatem i łagodzi głosem Miny Rose. Po raczej przeciętnym "The Only Way" nadchodzi "Armor", który brzmi jakby Moloko spotkało Tricky'ego w latach 80'. "Doll" to zaś spokojniejszy niż w oryginale cover kawałka Courtney Love w wykoaniu Avon Lurks.

Być może ten opis brzmi jak przykład klinicznej muzycznej schizofrenii, ale jest w tym szaleństwie sens i metoda. To cały Tricky, przy nim Massive Attack to tylko przestraszone dzieciaki. Ta kontrolowana świrownia objawia się chociażby w skicie "Bang Boogie", w którym rapuje Rosjanin - Smoky Mo. Powrót Miny Rose w "Running Wild" to świetny pomysł, na myśl nasuwa się tylko jedno słowo - piękno.

Na samym końcu mądry producent umieścił prawdziwy rodzynek. W "When We Die" pojawia się długo nie słyszana Martina Topley-Bird, znana fanom Tricky'ego z "Black Steel". Jej cudny, słodki śpiew rozświetla niespecjalnie wesołą "metę" "Ununiform".

Może się nie znam, może nie wiem kiedy Tricky jest dobry, a kiedy nie jest. 13 płyta brystolczyka zebrała mieszane recenzje i zgodzę się, że to pewnie nie jest najlepszy materiał w jego karierze, ale doceniam jej urozmaicenie, syntezatorowe żywe quasi-popowo-vintage'owo-klubowe elementy, jak i te, w których dominuje wzorcowy dla Tricky'ego smutek, niepokój i entropiczny klimat paranoi.

https://www.youtube.com/watch?v=rpeqbKs-tpA
https://www.youtube.com/watch?v=6K2ikonaCPQ

---

Zeal & Ardor - "Devil is Fine" [gospel/black]:

Czarny grający black metal powoduje, że jest on (black metal, nie czarny) jeszcze czarniejszy:-)))

Delikatnie rzecz ujmując "Devil is Fine" to przedziwna płyta. Chwilami intrygująca, chwilami wprawiająca w konkretne osłupienie. Mówiąc szczerze nie przekonały mnie szczególnie te fragmenty, w których pojawiają się klawisze. Natomiast sam pomysł połączenia gospelu, bluesa i black metalu wydaje się tyle niezwykły, co w sumie w takim samym stopniu dość oczywisty. "Blood in the river", "In Ashes", albo "What is a Killer Like You Gonna Do Here?" i "Devil is Fine" to najmocniejsze punkty te albumu. Bronią się albo "korzennym" śpiewem i gospelowo-bluesowym drive'em, albo nieortodoksyjnym blackującym łupnięciem. Traktuję tą płytę jako ciekawostkę, jest świeża, ale nierówna. Z drugiej strony z miłą chęcią posłucham podobnych eksperymentów jeżdżących po ostrej gatunkowej bandzie. Po (jeszcze) czarniejszym black-metalu i ruskim black-hopie jestem (chyba) gotowy na wszystko:-)

https://www.youtube.com/watch?v=jlGBer0VoF8

---

post wyedytowany przez Lemur80 2018-01-16 20:10:08
20.12.2017 09:21
odpowiedz
1 odpowiedź
sekret_mnicha
185
fsm

GRYOnline.plTeam

Villains to kawał dobrego albumu. Ale uważam, że byłby lepszy, gdyby producenckie czary (które często są naturalną konsekwencją megagwiazdorstwa) przełożyły się na coś bardziej "tłustego" brzmieniowo. Oczekiwania lub przyzwyczajenia często wchodzą w drogę, niestety :)

20.12.2017 09:38
odpowiedz
1 odpowiedź
Aen
166
Anesthetize

Mój typ to "To The Bone" Stevena Wilsona, potem "Fractured" Lunatic Soul, potem...hm...może "Spirit" Depechów?

20.12.2017 10:19
odpowiedz
2 odpowiedzi
g40st
118
Big Bad Wolf

GRY-Online.plAdmin forum

Carpenter Brut mną w tym roku pozamiatał, jeśli chodzi o twpje zestawienie, więc przy okazji dzięki za rekomendację sprzed paru miesięcy :)

20.12.2017 11:11
odpowiedz
lipt0n
60
Atlas zbuntowany

Nowy Ulver zostawił resztę stawki daleko w tyle.

20.12.2017 16:57
odpowiedz
Cyber Rekin
97
So Fabulous

Z racji mojej pracy też stworzyłem ostatnio zestawienie moich 10 najlepszych płyt tego roku więc podzielę się z wami. Przy czym są to rzeczy głównie rockowe i około rockowe.

Kolejność przypadkowa.
1. Foo Fighters - Concrete and Gold
2. Wolf Alice - Visions of a Life
3. The War on Drugs - A Deeper Understanding
4. Ratboys - GN
5. Sleepy Sun - Private Tales
6. Robert Plant - Carry Fire
7. Queens of the Stone Age - Villians
8. The Stargazer Lillies - Lost
9. The Black Angels - Death Song
10. All Them Witches - Sleeping Through The War

post wyedytowany przez Cyber Rekin 2017-12-20 16:57:30
20.12.2017 17:00
2
odpowiedz
3 odpowiedzi
Blackthorn
104
Senator

Czemu nie ma na tej liście Deep Purple : Infinite? Płyta jest świetna :)

20.12.2017 18:44
odpowiedz
2 odpowiedzi
Amazing_Maurice
82
Pretorianin

Długo myślałem nad płytą roku, wybór padł bardzo subiektywnie: Pain of Salvation - The Passing Light of Day. Powrót do starszego grania w znakomitym wydaniu. Trochę pretensjonalna tematyka, ale podłoże konceptu mające źródło w osobistych przeżyciach frontmana daje popalić. I ktoś bardzo ładnie napisał: im dłużej jesteś w związku tym mocniej odbierzesz płytę. O tak. PoS w najlepszym wydaniu przy którym płakałem jak bóbr (ej serio).

Poza tym: Morbid Angel wydaje najlepszy album od lat (Kingdoms Disdained).
-83 minuty funeral doomowego transu, czyli kilkuminutowy riff bez cienia nudy (Bell Witch - Mirror Reaper).
-Depeche Mode nagrywają najlepszy album w swojej dyskografii... a nie, sorry, to Ulver (Assassination...).
-Soul, gospel i rockowe zacięcie w blenderze zajebistości (Algiers - The Underside of Power).
-Sludge/Stonerowy DVNE debiutuje od razu na wyżynach jakości (Asheran).
- Tu jest miejsce na coś, o czym na pewno zapomniałem.

I coś, czego zabrakło mi w zestawieniu FSM'a: POLSKA W NATARCIU! (ok, jest Lunatic Soul):
-Dwa lata temu metale pany smarowały chleb Near Death Revelations od Blaze of Perdition. W tym roku brakuje miejsca na chleb (Conscious Darkness).
-Lepiej umrzeć będąc na szczycie (pożegnalny Let's Die od The Stubs).
-Myślałeś, że Lotto skończy się na Elite Feline? A takiego! (VV). Oj, w ogóle Instant Classic znów obrodził w kapitalną muzykę, bo prócz Lotto mamy znakomitego Zimpel/Ziołek, BNNT, Merkabah, albo So Low.

Najlepszy cover? Ulver - the Power of Love (w ogóle nie wiem, czy nie jest to najlepszy cover ever i jednocześnie najlepsza piosenka o miłości jaką słyszałem na żywo i na nieżywo).

Największe rozczarowanie? Nowy QOTSE i przehypowany nowy Wintersun.

20.12.2017 18:50
😊
odpowiedz
.kNOT
168
Progresor

Ja z tych wymienionych płyt kupiłem w tym roku tylko Porubę...

20.12.2017 18:57
odpowiedz
1 odpowiedź
kluha666
118
See you space cowboy

Jeśli to są najlepsze płyty tego roku, to módlmy się, żeby tak słaby rok nie powrócił. Wszystkie utwory niemal identyczne. Takie garażowe granie.

20.12.2017 20:41
odpowiedz
1 odpowiedź
Amazing_Maurice
82
Pretorianin

kluha666, z czystej ciekawości: Jakie są Twoje typy? Wiesz, jeśli Ulver, Carpenter Brut, Mastodon i np. Lunatic Soul (niezależnie od jakości muzyki) brzmią niemal identycznie to ja nie wiem które są różnorodne ;)

21.12.2017 14:46
odpowiedz
elemeledudek
169
Senator

Dla mnie król w tym roku jest tylko jeden: LUNATIC SOUL. Dla mnie plyta idealna w każdym względzie.

21.12.2017 22:53
odpowiedz
1 odpowiedź
Lemur80
57
Fear is the mind killer

Wczoraj przeglądałem sobie Spotify'a i znowu stwierdziłem, że mam gigantyczne zaległości w ogarnięciu tegorocznych premier. Jak przesłucham chociaż część, to postaram się coś o tym tu skrobnąć.

Odwołam się więc na razie tylko do podsumowania sekretu mnicha, a raczej tego, co z tej listy udało mi się przerobić:

- Gone is Gone - "Echolocation": nie miałem wobec tego projektu absolutnie żadnych oczekiwań, a tu miłe zaskoczenie. Płyta może i nie jest rewelacyjna, ale słucha się tego przyjemnie. Rzeczywiście warto spróbować.

- Soen - "Lykaia": porównania do Toola są jakąś pomyłką. Skojarzenia są oczywiste, ale naprawdę to nie ta liga. I nie, nie jestem psychofanem Toola;-)

- Black Map - "In Droves": całej płyty nie przesłuchałem, więc trudno mi ten materiał sprawiedliwie ocenić. Pierwsze skojarzenie, nie wiem czy trafne - Chevelle.

- Mastodon - "Emperor of Sand": polubiłem Mastodona od momentu usłyszenia "Oblivion" z płyty "Tzar" bodajże. Wcześniejsze ich dokonania były dla mnie - co tu dużo mówić - popieprzone (prócz petardy "Blood & Thunder" rzecz jasna). "Emperor of Sand" to bardzo sympatyczna płyta, na poziomie "Once More 'Round The Sun", choć do geniuszu "The Hunter" sporo jej brakuje.

- Lunatic Soul - "Fractured": moja pierwsza styczność z tą konkretną kapelą. Nie moje klimaty, podobnie jak pozostała twórczość Pana Dudy. Rozumiem jednak, że ta płyta może się podobać. Jest dość hmm, eteryczna, refleksyjna, ocieka lekko melancholijnym klimatem i jest sprawna, ale nie natarczywa instrumentalnie. Zastrzeżenia mam jedynie do wokalu, który gra tu "pierwsze skrzypce", a mógłby nieco bardziej "schować się" za samą muzyką...

A Arcane Roots? O Boziu, to taki indyk, który za długo napatrzył się na Coldplay i nasłuchał zbyt wiele metalcore'a:->> No, lepiej żebym więcej nie pisał:-)

post wyedytowany przez Lemur80 2017-12-21 23:01:28
21.12.2017 23:10
odpowiedz
1 odpowiedź
Amadeusz ^^
131
SHADOWS DIE TWICE

Carpenter Brut bardzo fajny, ale raczej wyczekuję prawdziwego releasu a nie koncertówki - większość dobrych utworów to 2013 albo wcześniej, chyba czas najwyższy na coś nowego.

W tych klimatach całkiem fajny był Perturbator (chociaż dupy mi nie urwał, bardzo nietypowa płyta, trzeba przesłuchać kilka razy) z trochę mniej znanych radę dało też NightStop (Dancing Killer), Dance with the Dead (B-sides). Lazerhawk (Dreamrider) wobec którego miałem nadzieję trochę meh, utwory klimatyczne ale bez mocy.

Ulver fajny, QOTSA fajne, Arcade Fire trochę zawiodło (po ŚWIETNYCH singlach reszta płyty - dla mnie nuda). Zaskakująco podobało mi się CDN od Hey, biorąc pod uwagę że to staaare utwory które znam na pamięć nagrane w trochę inny sposób.

22.12.2017 09:47
odpowiedz
3 odpowiedzi
Medico della Peste
27
Generał

Dla mnie z polskiej muzyki albumem roku jest Czarna Madonna Organka.

23.12.2017 20:01
😊
odpowiedz
Deser
196
neurodeser

Algiers - The Underside of Power - płyta roku jak dla mnie. Dawno nic nie stało tak blisko Joy Division i zarazem było tak inne.

Laibach - Also Sprach Zarathustra - inne, dziwne, poważne - niepoważne - Laibachowe. Instytucja, która mnie nie zawodzi.

Z kraju - Guantanamo Party Program – III - Cult of Luna w tym roku milczy, Swans milczy to sobie z hałasu to wybrałem - recka nie moja - http://www.violence-online.pl/recenzje/guantanamo-party-program-iii-antena-krzyku/

Najczęściej słuchane top trzy roku, inne znam. Podobają się bardziej lub mniej. NiN jak zwykle świetny ale ja tutaj w ogóle omijam wszelkie klasyfikacje.

06.01.2018 16:40
odpowiedz
Wolfheart
6
Pretorianin

Ja już mogę podać moją najlepszą dziesiątkę AD 2017. Jak dla mnie tytuł albumu roku przypada islandzkiemu Sólstafir za piękny krążek Berdreyminn. Chyba najbardziej dojrzały w twórczości kapeli, w całości w klimatycznym islandzkim, mroczny, ale i wszechstronny, kalejdoskop wielkich emocji w rocku i metalu. Zresztą kto nie zna...

https://www.youtube.com/watch?v=L3o5RcU5Ds0
https://www.youtube.com/watch?v=4nkljmJVLxg

Oprócz tego chciałbym wyróżnić:
- Sepultura "Machine Messiah" (...zmietli Cavalerów w proszek)
- Lunatic Soul "Fractured"
- Ulver "The Assasination Of Julius Caesar"
- Trivium "The Sin and The Sentence"
- Threshold "Legends Of The Shires"
- Bullet Height "No Atonement" (...bardzo miłe zaskoczenie i zarazem odkrycie)
- John Garcia "The Coyote Who Spoke In Tongues"
- Moonspell "1755"
- Jorn "Life On The Death Road"
- Anathema "The Optimist"

Dobry rok. Dużo zajebistego grania. Rock i metal mają się naprawdę nieźle. Sporo klasycznego grania, a przy okazji też przecierania szlaków. Cieszę się, że muzyka - tak jak w przypadku Sólstafir - wciąż nie boi się swojego korzennego, naturalnego brzmienia i klimatu. Tożsamość Islandczyków jest od tego roku także moją tożsamością. Życzę sobie podobnych wrażeń w przyszłym roku.

Wszystkiego z wyjątkiem odchodzenia wielkich, którzy mogli jeszcze wiele nagrać. Żegnaj Warrel Dane!

06.01.2018 16:46
odpowiedz
sekret_mnicha
185
fsm

GRYOnline.plTeam

O patrz, Solstafira też sporo słuchałem, ale po zajebistym otwierzaczu, jakim jest Silfur-Refur, reszta płyty już nie doskoczyła. Ale skoro mi o tym wydawnictwie przypomniałeś, dorzuciłem wspomniany utwór na moją spotifajową playlistę :)

Bullet Height też posłuchałem sporo razy, po forumowej rekomendacji, i jest to bardzo spoko płyta, ale brakuje mi w niej czegoś. Nie wiem w sumie czego, ale tylko momenty sprawiały, że gęba się uśmiechała. Reszta rzetelna, ale bez wyjątkowości.

16.01.2018 19:34
2
odpowiedz
3 odpowiedzi
Lemur80
57
Fear is the mind killer

Pisałem, że postaram się trzasnąć swoje podsumowanie i trzasnąłem. Gdzieś się jednak pogubiłem w pogoni za zeszłorocznymi premierami i parciem na znalezienie jak największej ilości fajnego materiału. Mimo przesłuchania sporej ilości płyt, nadal czuję niedosyt i mam świadomość, że wiele mnie ominęło (Incubus, Ho99o9, Fireball Ministry, DJ Krush, Monster Magnet, Five Horse Johnson, Thievery Corporation itd.)

No ale nie mam już siły:-D, przedawkowałem sobie ten muzyczny stuff i muszę sobie zrobić przerwę w tym ataku dzikiej grafomanii:-) Nie wspominałem już o dobrych płytach, o których cosik bazgrałem wcześniej (Mastodon, Gone is Gone). Dźwiękowe ćpanie przypłaciłem też brakiem weny do opisania naprawdę dobrych płyt od chociażby Bonobo, Carbon Based Lifeforms, albo jak zwykle pokręconego Melvins.

Przed samym podsumowaniem wklejam jeszcze tylko listę kapel, które w zeszłym roku wydały nowe płyty i które są dość znane w metalowym światku, ale niekoniecznie mieszczą się w ramach mojego "lubię/nie lubię". Może komuś się przyda:

- Converge, 'The Dusk in Us'
- Enslaved, 'E'
- Immolation, 'Atonement'
- Obituary, 'Obituary'
- Paradise Lost, 'Medusa'
- Satyricon, 'Deep Calleth Upon Deep'

---

4 Poligon - "Flashback" [polski grunge:-]]:

Można pomyśleć, że grunge, to gatunek który od dawna nie żyje, a kapele grające neo-grunge, takie jak Nickelback to czysta aberracja i skutek skarłowacenia, skomercjalizowania gatunku.

Tym bardziej dziwne wydawać się może, że to właśnie w Polsce ukazała się właśnie druga płyta warszawskiej kapeli, która czerpie garściami z dokonań Wielkiej Czwórki z Seattle.

Tak, wszystko się zgadza. 4 Poligon nie jestem zespołem w rodzaju Silverchair, Creed, albo wspominanego Nickelback. Brzmieniowo najbliżej jest im do Alice in Chains, czyli do zmetalizowanego, depresyjnego brudnego rocka z punkowymi naleciałościami. Natomiast wokalnie... Uwaga, tu się robi jeszcze ciekawej! Gutek, czyli wokalista nie stara się śpiewać w manierze "kozła", czyli ś.p. Layne'a Staleya. Eddie Vader i ś.p. Chris Cornell to raczej też dalekie echa. Najbliżej jest mu do... no tak, do ś.p. Kurta "dubeltówka i heroina to na pewno dobre połączenie" Cobaina. I jeżeli napisałem, że wokalne podobieństwo istnieje, to istnieje ono naprawdę. Gutka i Cobaina łączy podobna maniera, chrypa i to charakterystyczne, niedbałe "memłanie", przez które teksty są nierzadko raczej trudne do zrozumienia.

No i wiecie? Nie ma w tym nic złego. Pewnie pojawią się (albo już się pojawiły), głosy, że 4 Poligon to marna podróba Nirvany i Alice in Chains. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Chłopaki i dziewczyny (tak, gra tu na basie dziewczyna - Aga Bot-)), mają na tyle dużo autorskich pomysłów, że trudno ich zespół uznać za próbę skoku na kasę poprzez wykorzystanie popularności dawno przebrzmiałych legend.

Jak to bywa pewnie zbyt często, to trochę bardziej skomplikowane, bo kawałek "Negative" to oczywiste połączenie paru różnych numerów Nirvany i wręcz bezpośrednie nawiązanie do śmierci Cobaina, postrzeganej prawdopodobnie (i jakże skromnie), przez swoją własną optykę. Zakrawa to na gruby i to parokrotny plagiat. Takich rzeczy można pewnie znaleźć więcej, ale to nie moje zadanie. Nadal uważam, że 4 Poligon ma prawo do takiego podejścia, dopóki nie gra coverów z jednym autorskim akordem.

Cóż, Ci warszawiacy to ekipa z potencjałem. "Flashbacka" słucha się bez zgrzytania zębów, to 12 niezłych kompozycji, ale niedorastających do wielkości swoich protoplastów. Takie porównanie jest rzecz jasna wysoce niesprawiedliwie, no ale jeżeli człowiek bierze się za taki kaliber, to musi być przygotowany na najróżniejsze oceny, także i miażdżącą krytykę.

W przypadku "Flashbacka" jest tak, że lepsze kompozycje towarzyszą tym bardziej wtórnym. Brakuje tu mocniejszych uderzeń w stylu fajnego, punkowego "No Past - No Future", przedostatniego na płycie "Live For Nothing or Die for Something" i całkiem przebojowego "Under 25". Płyta stara się być zróżnicowana, ale traci przez to trochę na "pazurzastym" charakterze, rozmienia się na drobne, staje się mało przejrzysta. 50 minut muzyki to dużo i uważam, że "Flashback" powinien być krótszy, lub być "uposażony" w bardziej dopracowany materiał.

Tak czy inaczej, czuć, że Ci młodzi muzycy potrafią grać, mają talent i chęci do tworzenia autentycznej muzyki. Kibicuję im i mam nadzieję, że ich następna płyta nadal będzie opierać się na brzmieniu z Seattle, ale doświadczenie przyniesie im więcej własnego charakteru i dźwięków silniej zapadających w pamięć. Dobrze by też było, gdyby nikt nie popełnił samobójstwa, to może raczej negatywnie odbić się na ich karierze;-)

https://www.youtube.com/watch?v=hsvfqaYec0A

---

Atomic Bitchwax - "Force Field" [stoner-rock]:

"Atomowy Sukowosk" to weterani stoner rocka i choć nigdy nie byłem ich hardkorowym fanem, to trzeba przyznać, że odkąd pamiętam zawsze grali swoje i robili to solidnie.

Ostatni raz zetknąłem się z tą kapelą w okolicach roku 2006 i płyty pt. "3". Najwyższy czas bym częściowo nadrobił zaległości, stąd bez wahania wziąłem na celownik ich najnowsze dokonanie - longplej pt. "Force Field".

Okazało się, że na szczęście panowie jak grali rasowego stoner-rocka, tak robią to nadal. Chris Kosnik śpiewa tak ja to drzewiej bywało, choć zdaje się nabawił się lekkiej chrypki. Gitary, rzecz u Atomic Bitchwax charakterystyczna, nadal są przyjemnie zfuzzowane, przywodzące na myśl Black Sabbath i ogólnie lata 70'

Nowy materiał jest zaskakująco szybki (szczególnie jak na taki gatunek, jakim jest stoner rock). Ta kapela zawsze grała dynamicznie, ale tym razem tempo jest wręcz punk-rockowe. Może to przesada, ale jeżeli Sukowoski czymś "zamiatają" to właśnie bardziej szybkością, niż ciężkością brzmienia.

"Force Field" to płyta nagrana z biglem i serduchem. Dominują tu numery energetyczne: "Hippie Speedball", "Alaskan Thunder Fuck", czy "Crazy". Wszystkie pozostałe są jak mała czarna. Gorące i stawiające na nogi, nie ma tu miejsca na ballady, czy nadmierne i przydługie psychodeliczne odjazdy. To jest czysty rock'n'roll.

Przyjemna płyta i typowa dla Atomic Bitchwax. Domyślam się, że słowo "solidne" jest odmieniane przeze mnie w tym tekście przez wszystkie możliwe przypadku, ale właśnie ono naprawdę dobrze charakteryzuje "Force Field". Ten longplej nie przejdzie do historii stoner-rocka, nie ma tu kompozycji wybitnych. Jest za to tupanie nóżką i dobra zabawa. Nie potrzeba niczego więcej.

https://www.youtube.com/watch?v=yrnqkiWfk2A

---

Body Count - "Bloodlust" [rap-metal]:

Są kapele które z biegiem lat łagodzą swoje brzmienie, są też takie, które wraz z upływem czasu nabierają coraz to więcej "masy". Patrzę na okładkę "Bloodlust" i widzę zamaskowanego typa z Desert Eagle w łapie, od razu wiadomo o co chodzi. Okładka szóstej płyty ekipy ICE'a-T jest zresztą adekwatna do jej muzycznej zawartości. Nie, nie chodzi o składankę dla graczy Counter Strike'a (a może?). Tak, przemoc, gangsterka, bieda, śmierć, nierówności społeczne i rasizm, to jak zwykle główne tematy komentowane przez frontmana Body Count. Coś się jednak zmieniło, ICE-T uderza z "Bloodlust" ciężej i mocniej niż zwykle. "Liczba Ofiar" stała się właściwie kapelą metalową i rapowanie ICE'a w niczym nie przeszkadza właśnie w takim odbiorze tego materiału.

Już na "Manslaughter" z 2014 r dało się słyszeć zagęszczenie brzmienia, a "Bloodlust" idzie o krok dalej, chwilami zahaczając wręcz o thrashową i heavy metalową stylistykę. Podwójna stopa, gitary ESP, to nie mogło brzmieć jak Linkin Park i nie brzmi. To samo dotyczy tekstów, ICE-T próbował przebić samego siebie i osiągnął w pełni zamierzony efekt w postaci karykaturalnie przerysowanej przemocy, godnej momentami rapera o ksywie Necro.

To wszystko niestety nie oznacza, że "Bloodlust" to płyta wybitna, albo "chociaż" naprawdę dobra. Efekt "wow" można osiągnąć dzięki chwytliwości i melodiom, albo poprzez przeciągnięcie słuchacza przez trzy długości opuszczonego toru szutrowego dla motocrossu w Rudzie Śląskiej. Body Count nie robi tym razem ani tego, ani tego, choć słychać, że panowie się napracowali i swoje w studiu wygrzali. Dave Mustaine zapiernicza na gitarce w "Civil War", ale to nadal tylko (?) niezły kawałek. W "The Ski Mask Way" ICE-T prawi o wypłacie w swoim (gangsterskim of corz) stylu i jest zauważalnie lepiej, ale do "Talk Shit, Get Shot" z poprzedniego długograja jest daleko (nie mówiąc już o klasycznym i nieśmiertelnym "Born Dead"). "This Is Why We Ride" to następny dość przyzwoity numer z fajną, mocno "strzelającą" podwójną stopą i przeplatany dwoma spokojniejszymi fragmentami.

Obecność Maxa Cavalery w "All Love is Lost" jest zupełnie niepotrzebna. Wątpię by akurat ten kawałek coś zyskał, lub coś stracił z powodu jego feature'ingu. Cover Slayera? "Raining Blood" w wykonaniu Body Count jest tak potrzebny tej płycie, jak gangsterowi zbyt duża zawartość ołowiu w diecie;-> 7 numer to jakby nie było następne zaskoczenie, bo gościnnie pojawia się tu Randy Blythe z Lamb of God. No i znowu, mamy tu thrashową, gęstą patajnię z zupełnie miałkim refrenem i nic nie znaczącym występem Randy'ego. "Here i Go Again" to w warstwie tekstowej ewidentnie horrorcore w gitarowym wydaniu i zarazem jeden z lepszych utworów na "Bloodlust".

Z kolei "No Lives Matter" to polityczny komentarz do aktualnych napięć w USA. To numer z potencjałem, zupełnie niezły, ale brakuje mu tego "czegoś", boskiej iskry wprost od Morgana Freemana. Koniec płyty to singlowo - teledyskowe "Black Hoodie", trafnie podsumowujące całe "Bloodlust". Numer raczej mocny i ciężki brzmieniowo, ale niekoniecznie porywający w jakiejkolwiek warstwie.

https://www.youtube.com/watch?v=a_0xYamFYYI

---

Bloodclot - "Up in Arms" [hardcore crossover]:

Bloodclot to prawdziwa hardcore'owa supergrupa. Na wokalu wydziera się John Joseph ze sławnego Cro-Mags, a towarzyszą mu byli członkowie QoTSA - Nick Olivieri (bas), Joey Castillo (bębny), oraz Todd Youth z Danziga (gitara).

Każdy kto spodziewa się po tej płycie sympatycznego college-rocka, albo stonerowych fuzzujących gitarek i radiowego potencjału - szczerze się zawiedzie. Ze współczesnego punktu widzenia "Up in Arms" to klasyczny i oldschoolowy hardcore wprost inspirujący się "złotą dekadą" tego gatunku - latami 80'. Dalekie echa crossover thrashu są nieistotne, kapela brzmi rasowo i tyle.

Jak przystało na prawdziwy hardcore, kawałki są raczej krótkie, rzadko który przekracza czas 3 i tylko jeden trwa 4 minuty. Nikt tutaj nie próbuje wynaleźć koła na nowo. Dominują szybkie tempa i agresywne, krzyczące wokale. Hardcore-punkowa stylistyka po całości.

Kapele i płyty tego rodzaju rodzaju potrzebują zwykle dość dużo czasu. Bandy jak Maximum Penalty ze swoją wrodzoną chwytliwością należą do mniejszości. Sama łupanina może nie wystarczyć, dlatego wymagają one parokrotnego przesłuchania, by wyłapać detale i prawdziwe perełki.

Tak właśnie jest z "Up in Arms". Wrażenie z pierwszej chwili - solidność, utrzymuje się przez cały czas trwania albumu, aczkolwiek trudno tu znaleźć numery które staną się modelowymi przedstawicielami gatunku. W pierwszym rzucie wyróżnia się oczywiście krótki i brutalny "Kali", oraz dwie piguły: "Kill the Beast" i "Prayer".

Udany "Slow Kill Genocide" jest jedynym numerem na "Up in Arms", który może pochwalić się cro-magsowymi melodyjnymi wokalami, natomiast następny - "Slipping into Darkness" ma je (także ku mojej uciesze) wściekle zbrutalizowane.

Ostatni na tej płycie "You'll Be the Death of Me" zaczyna się świetną linią basu (która na szczęście powraca). John śpiewa tu w stylu Jello Biafry, co nadaje kawałkowi oryginalnego charakteru.

Z pozostałymi utworami jest pewien zgryz, bo tytułowy "Up in Arms" jest ostry, szybki i ma w połowie fajną sekcję rytmiczną, ale nie jest to kawałek, który można polubić od razu. "Fire" to wybuchowa krótka piguła w stylu Slapshot, choć pozbawiona aż takiego ognia jak w "Kill it Fire" bostońskiej konkurencji:-)

"Up in Arms" to płyta niełatwa w odbiorze, nawet na taki gatunek jakim jest hardcore. Z drugiej strony weteran sceny nie mógł sobie pozwolić na wtopę i druga płyta Bloodclot wtopą nie jest. Takie wydawnictwa wymagają jednego - ślęczenia nad nimi aż do dokładnego poznania każdej piosenki.

Nowy LP Bloodclot jest co najmniej dobry. Wydaje się początkowo mało "efektowny", ale wielokrotny odsłuch w końcu pozwala ją docenić. Warto go przesłuchać, chociażby dla czystej wścieklizny jaką jest "Kali":-)

https://www.youtube.com/watch?v=npG8hjAc9x4
https://www.youtube.com/watch?v=5k9t_-a-TOQ

---

Cannibal Corpse - "Red Before Black" [death]:

Nie jestem wielkim fanem Kanibali, przesłuchałem sobie, bo jednak parę ich kawałków nadaje się jako soundtrack dla fermy krwiożerczych, zmutowanych kurczaków chowanych na wolnym wybiegu i karmionych skarpetami Pudziana. Płyta oczywiście (?) bez zaskoczenia, ot death do jakiego jesteśmy (?) przyzwyczajeni (?) od wielu lat. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że Kanibale działają jak dobrze naoliwiona maszyna i młócą aż miło. Problemem większości deathowych kapel jest nuda, która w moim przypadku wkrada się gdzieś po trzecim kawałku.

---

Danzig - "Black Laden Crown" [doom rock]:

Nowy Danzig nie jest tak efektownym zaskoczeniem jak "Deth Red Sabaoth" sprzed 7 lat. Zaczyna się niemrawo, pierwszy numer - "Black Laden Crown" nie ma choćby w najmniejszym stopniu takiego kopa jak analogicznie - "Hammer of the Gods". Do tego praktycznie od razu można wychwycić uchem typowo "danzigową" produkcję. "Gdańszczanin" wielbi stare wzmacniacze lampowe, nagrywa na taśmie i jest generalnie bardzo oldschoolowy w kwestiach produkcji. Rozumiem to, bo w erze Pro Toolsów wszyscy chcą być głośniejsi od wszystkich pozostałych. Oldschoolowość może dodać sznytu i charakteru, ale Danzig ma tendencje do nagrywania materiału w meliniarskich kiblach, w których pęknięte rury i sączący się z nich płyn ma chyba w jakiś sposób motywować całą ekipę do bardziej wytężonej pracy. W każdym razie efekt jest taki, że co jakiś czas wybijają się w perkusji, wokalu i gitarach sybilanty, a wokal jest jak z jakiegoś taniego karaoke, nienaturalnie zawieszony zbyt wysoko ponad pozostałymi instrumentami.

Na szczęście "Black Laden Crow" w końcu się zaczyna. Od trzeciego kawałka robi sympatycznie i bardzo... "danzigowo". Tak, można powiedzieć, że chłop się powtarza po raz nie wiadomo który. Wszak "Deth Red Sabaoth" było naprawdę dobrą i całkiem świeżą płytą, a "nówka sztuka" korzysta ze schematu opracowanego na początku lat 90'. Mamy tu więc do czynienia z ciężkim, mrocznym bluesem i doom-rockiem, czyli wzorcem, który Danzig opatentował i ubezpieczył gdzieś w okolicach wakacyjnej wizyty w Tartarze.

Szczerze mówiąc nie ma w tym nic złego. Problem polega na tym, że nowa płyta jest po prostu niemrawa, jakby zanurzona w metrze mułu. Ma się chwilami wrażenie, że jakaś czarna maź zalewa kibel Danziga i nikt nie ma już siły grać. Z drugiej strony "BLC" ma naprawdę momenty! "Devil on Hwy 9" i "Last Ride" to typowa danzigowa, dość solidna robota."But a Nightmare" ma fajną końcówkę, a "Skull & Daisies" chwytliwe harmonie wokalne. W "Blackness Falls" za to wyraźniej słychać Tommy'ego Victora (Prong), który wręcz wzorowo przyłożył się do riffowania. Zresztą moc końcówki "Black Laden Crow", silną stroną jej jest :-) "Pull the Sun" ma riff, którego szybko zapomnieć nie można, a Danzigowi śpiewa się w tym dość refleksyjnym kawałku wyraźnie lżej.

6 dobrych/niezłych kawałków i 3 niespecjalne? Mimo, że LP z 2010 r. był dużo lepszy (tam każdy kawałek był udany), to nadal jest to akceptowalny wynik. Martwi jednak kondycja wokalna Glena, bo choć nie jest aż tak źle jak na "Skeletons", to nie jest to forma (też przecież nienajlepsza) z "Deth Red Sabaoth".

https://www.youtube.com/watch?v=lu1UVwwNbWo

---

DJ CAM - "Thug Love" [hip-hop/turntablism]:

Tego francuskiego didżeja pamiętam głównie z pierwszej płyty, o wiele mówiącym tytule "Mad Blunted Jazz". Później rzecz jasna był światowy hit w postaci "Summer in Paris", ale nie śledziłem jego twórczości tak jak jego japońskiego kolegi po fachu - DJ Krusha.

"Thug Love" to hiphopowy turntablism bez wokalnych udziałów MC. Kawałki są tu tylko i wyłącznie "instrumentalne". "Sunset Harbour" to przyjemny, lekko ambientowy numer, choć ciężki basowy beat nieco rozprasza chilloutowy nastrój. Zresztą właśnie ciężkim beatem "Thug Love" stoi. Tak właśnie jest w "Tempus Fugit", dubującym "Ganjaman Remix" czy niepokojącym, niespokojnym "Conforce". Dotyczy to w mniejszym lub większym stopniu wszystkich 9 utworów.

Zresztą "Thug Love" wydaje się pewnym powrotem do korzeni. Dominuje tu oldschoolowa produkcja, wolne tempa, pełne soczyste beaty i zadymiona atmosfera. Nie ma tu żadnych "nowoczesnych" rozwiązań, które mnie osobiście we współczesnym hip-hopie drażnią.

Francuz nie zjadł żaby i nie zawiódł, choć "Thug Love" przypomina trochę seryjniaka w stylu: "Ok, zostało mi trochę materiału z tego setu, no to zrobię z tego płytę". Nie ma tu mowy o niczym specjalnym, ani tym bardziej wybitnym, ale nowego materiału słucha się przyjemnie. Jest po prostu w miarę "OK", ni mniej, ni więcej.

https://open.spotify.com/album/6wfeJ42ERi716JrXjTRRTK

---

Dreadzone - "Dread Times" [cyber-dub]:

Brytyjski Dreadzone reprezentuje dość niszowy podgatunek jakim jest cyber-dub. Jest to nic innego jak dubowa przestrzeń wypełniona elektronicznymi samplami i beatem.

Po flircie z popem, czy ogólnie pojmowaną "przebojowością" (vide hit w rodzaju "Gangster"), londyńczycy powrócili do charakterystycznego brzmienia, które zapewniło im na początku lat 90' stosunkowo duży sukces.

"Dread Times" to comeback w stylu "Second Light" i "Biological Radio", płyt których jakość można porównać do najbardziej znamienitych wydawnictw Ninja Tune.
Pulsujący, oparty na linii basu, właściwie "klasyczny" dub jest tu okraszony przez głębokie, nisko schodzące beaty i perkusyjne sample. Dzięki temu dub, jako gatunek "napowietrzony", pełny przestrzeni, ale pierwotnie dość "usypiający" zyskuje więcej dynamiki, nie tracąc nic ze swojego "rootsowego" charakteru. Dreadzone nie zawodzi i jak za swoich najlepszych lat stosuje bogaty zakres dźwiękowych ozdobników: big-beatowy rytm perkusji, trzon utworów oparty na nisko schodzącym oscylującym basie, jungle'owe wstawki i najróżniejsze sample przywodzące na myśl produkcje hip-hopowe. Tak, to wszystko tu jest i to w idealnych proporcjach!

"Rootsman" to odwołanie do "klasycznego" Dreadzone. Kawałek jest zbudowany wokół lekko buczącego dubu, pojawiają się też klawisze, zsamplwowana harmonijka i dźwięk sonaru. Do tego mamy tu oczywiście refren zaśpiewany w stylu rasta i nieodzowny tajemniczy klimat. Opis pierwszej piosenki chyba nieźle ilustruje zawartość i styl całego albumu. 4 w kolejce "Escape" wyróżnia się jednak wyjątkowo melodyjnym refrenem, a "16 Hole" (nie wiem czy trafnie) kojarzy mi się w swojej mrocznej atmosferze z "16 man till no man left" Cypress Hill i "Mutant Message" Juno Reactor.

"Black Deus" mógłby zaś z powodzeniem znaleźć się na którejś ze ścieżek dźwiękowych do nowych Deus Exów. Skojarzenia z twórczością Michaela McCanna wydają się w pełni uzasadnione, choć cyber-dub w wykonaniu Dreadzone nie jest aż tak zimny jak ambienty z "Human Revolution".

Cieszę się, że płyta mimo (?) opisu z 4 akapitu jest całkiem zróżnicowana. Prócz szalenie chwytliwych piosenek jak "Music Army", "Keep it Blazing" i potencjalnego radiowego hitu w postaci zainspirowanego Kosheen "Never Going Back", znalazło się tu miejsce dla typowo zabawowego, dynamicznie klubowego numeru pt. "Area Code". Domówka, czy klub, to bez różnicy, przy "Area Code" każdy będzie dobrze się bawił i wyśpiewywał zaraźliwy refren.

"Dread Times" to bardzo udana płyta, nie ma na niej ani jednego słabego utworu. Jedyne zastrzeżenia mam do początku i końca, które mogłoby być bardziej charakterystyczne, łatwiej zapamiętywalne. Nie chodzi o żaden potencjał komercyjny, ostatnie szlify mogłyby uczynić z 12 płyty Dreadzone rzecz jeszcze lepszą, wręcz klasyczną.

https://www.youtube.com/watch?v=ASgXgJGwoSg
https://www.youtube.com/watch?v=HAxHz-lmCA4
https://www.youtube.com/watch?v=__lytCYvbUs

---

Foo Fighters - "Concrete & Gold" [rock]:

Lubię Dave'a Grohla. To rockowy król, milioner i kumpel, który potrafi pomóc jak trzeba. Przykładowo, dzięki niemu Corrosion Of Conformity mogło swego czasu nagrać płytę.

Fajnie, że Dejw jest prawdopodobnie spoko gościem. Muzycznie to już zupełnie inna para kaloszy. Przyznam, że nie śledzę twórczości Foo Fighters od lat 90'. Lubiłem ich pierwszą płytę, to było sympatyczne połączenie postpunkowego jazgotu i odrobiny popu. Po drodze zdarzały się single, które ceniłem ("Everlong", "Low"), lub za nimi nie przepadałem ("Pretender"). Nigdy jednak nie ciągnęło mnie do przesłuchania całej płyty w całości. Spodziewałem się częściowo popeliny, więc jak to mówił Wściekły Wąż - "unikałem niepotrzebnych walek".

"Conrete & Gold" z jednej strony częściowo potwierdza moje obawy, z drugiej strony... im zaprzecza, no przynajmniej w pewnym sensie. Pierwsze chwile spędzone z nową płytą Foo Fighters, to wrażenie, że Grohl chce być trochę nowym Bono, takim któremu jeszcze chce się grać i śpiewać. Dźwiękowo nowa płyta przypomina wszystkie, absolutnie WSZYSTKIE mainstreamowe rockowe i hardrockowe kapele lat 70', 80' i 90'. Nie żartuję, tu się można dosłuchać encyklopedii rocka. Większość numerów na "Conrete & Gold" jest uszyta pod machanie łapkami, nucenie z wokalistą i świecenie smartfonami, tak jak kiedyś ludzie świecili zapalniczkami przy Scorpionsach.

Mi się to osobiście nie podoba, rockowe, stadionowe hymny świadomie obliczone na publikę od 12, do 70 roku życia zalatują gwiazdorstwem i grubym wyrachowaniem, kalkulacją. Rock ma mnie przeciągnąć po skałach, sponiewierać, a nie kalkulować. Można by było więc pomyśleć, że ta płyta jest dla mnie skreślona. Tymczasem... oferuje ona tyle chorobliwie zaraźliwych melodii, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Każdy, naprawdę każdy kawałek dysponuje chwytliwym refrenem. Co ważniejsze te melodie wydają się zupełnie naturalne, niewymuszone.

Każdy kto trochę kojarzy moje muzyczne posty, wie że ja potrzebuję krwi, mięsa, adrenaliny, nonkonformizmu. Ma być ogień, żadnych skrótów, żadnego pójścia na łatwiznę, wystarczy, że codzienność jest jednym wielkim kompromisem. Dlatego z całego "Concrete & Gold" zostają dla mnie dwa kawałki - "Run", oraz "La Dee Da", no i może druga część "Dirty Waters".

Tyle subiektywizm. Obiektywnie każda inna piosenka na tym albumie daje radę. Wyróżnić tu należy potwornie melodyjne, White Stripes'owe, stadionowe "The Sky is a Neighbourhood". Problem jest z wyraźną charakterystyką pozostałych utworów, bowiem w jednym bardziej słychać Dire Straits, w innym Pink Floyd, ale wszystkie mają ten stadionowy, lekko balladowy, mainstreamowy mianownik i wszystkie raczą słuchacza typowo "grohlowymi" i jak wcześniej zaznaczyłem - całkiem udanymi melodiami.

To płyta dla gustujących w spokojniejszym, "radiowym" rocku. Taka propozycja może okazać się dla nich strzałem blisko środka tarczy. Dla mnie? Cóż, doceniam i szanuję solidną pracę, wolę jednak zawał serca od śpiączki.

https://www.youtube.com/watch?v=ifwc5xgI3QM

https://www.youtube.com/watch?v=TRqiFPpw2fY

---

J.D. Overdrive - "Wendigo" [southern metal]:

J.D. Overdrive to kapela, która powstała 10 lat temu w Katowicach. Od samego początku panowie starają się w tworzonej przez siebie muzyce składać hołd dla (ewidentnie) wielbionych przez siebie zespołów jak Black Label Society, Down, czy Pantera.

Polski southernowy metal odniósł raczej umiarkowany sukces. Trochę szkoda, bo J.D. Overdrive to solidna ekipa. Do nowej płyty podszedłem bardzo entuzjastycznie mając w pamięci kawałki z poprzednich longplejów, które jak mi się wydawało poziomem nie odbiegały od najlepszych dokonań zza wielkiej kałuży.

Po odpaleniu "Wendigo" musiałem wyglądać jak umierający król Julian, uśmiech na japie gasł z każdą chwilą. Właściwie nie wiem co się stało, wróciłem więc do starych kawałków i okazało się, że one "nagle" także przestały być aż tak dobre, jak to drzewiej podpowiadała mi moja zasrana, krótka pamięć.

Nagle J.D. Overdrive przestało być czymś świeżym, czymś co szerzy "southern-metalową wiarę" na polskiej ziemi. Za zastany stan rzeczy odpowiadają prawdopodobnie dwie kwestie. Po pierwsze jestem osłuchany z południowym metalem, jak kelner z politykami w "Sowie i Przyjaciołach". Ten specyficzny gatunek bywa jak uroboros, trudno o coś oryginalnego. Z tego chociażby powodu musiało wystąpić u mnie zmęczenie materiału i zwyczajne znużenie powtarzaniem w kółko właściwego tego samego.

No i rzeczywiście, poczułem się podczas przesłuchiwania "Wendigo" jak fabryce klonów Zakka Wilde'a i Philla Anselmo. Nie powinienem się tak poczuć, bo J.D. Overdrive serwuje totalnie autorski materiał. Nie ma tu bezpośredniego zżynania z mniej. lub bardziej znanych kompozycji. A jednak odniosłem wrażenie, że Jacki to szalenie odtwórcza i mało oryginalna kapela. "Po co wymyślać koło na nowo?" - mógłby ktoś zapytać i... miałby rację. Southern metal składa się praktycznie zawsze z tych samych składników, sztuka polega na podaniu ich w odpowiedni sposób i umiejętnym doprawieniu.

Potencjalnie i teoretycznie J.D. Overdrive ma wszystko. "Suseł" dysponuje potężnym głosem, potrafi się solidnie wydrzeć, "Stempel" riffuje rasowo, sabbathowo jak Bozia przykazała, a sekcja rytmiczna nie pozostaje ani na krok w tyle. Co się więc stało? Chyba znów zabrakło tego "bożego pieprznięcia", spotkania z jakąś siłą sprawczą, która zamienia przeciętne kawałki w czystą platynę (lub jak ktoś woli w przyrdzewiałą, ale ryczącą V8-semkę).

Nie chcę przez to powiedzieć, że "Wendigo" to płyta zła. Początkowo wydaje się, że wszystko jest tu na miejscu. Dopiero za drugim przesłuchaniem okazało się, że żaden z 10 kawałków na tej płycie nie wyróżnia się niczym szczególnym. No dobrze, "Protectors Of All That is Evil" ma zarówno fajny riff, jak i niezły refren i przyjemne krótkie "strzały" na dwóch stopach. "New Blood" może się pochwalić stonerowym drive'em, melodyjną zwrotką i "anselmowym" wrzaskiem. Super, tylko ja to słyszałem setki razy i to w (obawiam się) jednak nieco lepszym wykonaniu. Chłopaki starają się nie powtarzać, rzeźbią, stosują najróżniejsze patenty i chwilami są blisko osiągnięcia jakiegoś bardziej niezwykłego, zapadającego w pamięć efektu. To jest niejaki paradoks, bowiem przy pierwszym kontakcie (a pewnie drugim i trzecim) J.D. Overdrive brzmi charakternie, jak klasa sama dla siebie. Dopiero po dłuższej obecności na słuchawkach okazuje się, że goście nie za bardzo potrafią postawić kropkę pod czymś, co w założeniu miało być wyraźnym sonicznym wykrzyknikiem. Szmatan zapewniający radosny headbanging gdzieś umyka, a muzyka staje się przewidywalna, nijaka, odtwórcza i nieco nużąca.

Fajnie, że ta ekipa z Katowic chce grać tak jak podziwiani przez nich Bogowie bagien, władcy miotający południowymi, bluesowymi i mięsistymi riffami wprost z pachnącej bimbrem i siarą piwnicy prastarego Kozła Headbangera. Technicznie rzecz biorąc ci katowiczanie są jak najbardziej kompetentni, wyraźnie jednak brakuje tu czarnej magii, która spowodowałaby, że Kozioł tupnie z zadowolenia kopytkiem.

Życzę J.D. Overdrive jak najlepiej, ale wbrew szczerym chęciom nie mogę wystawić tej płycie pozytywnej oceny (jakby to kogokolwiek obchodziło:-)). Jest oczywiście szansa, że to wszystko przez przesyt tą muzyką. Odpocznę, posłucham jeszcze raz i mam nadzieję, że zmienię zdanie.


https://www.youtube.com/watch?v=oTlxUrKs3Ik
https://www.youtube.com/watch?v=LRE7EE7Vhj8


---

Polkadot Cadaver - "Get Possessed" [alt metal/metalcore]:

Todd Smith to wokalista awangardowej, rockowej kapeli Dog Fashion Disco, łączącej ze sobą klimaty Faith No More i Mr. Bungle. Jest on znany z muzycznego ADHD i uczestniczenia w wielu projektach pobocznych. Jednym z nich jest właśnie Polkadot Cadaver - kapela będąca nieco mniej pokręcona od Dog Fashion Disco, za to grająca mocniejszy alt metal/oldschoolowy metalcore ze sporym dodatkiem elektroniki.

"Get Possessed" to druga płyta "Trupa w Kropki". Stylistycznie nie różni się ona znacząco od pierwszego LP pt. "Last Call in Jonestown". Mamy tu więc do czynienia z alternatywnym metalem kręcącym się wokół starego metalcore'a gdzieś z połowy lat 90'. Różnice dotyczą głównie gitar, które nie brzmią już tak "archaicznie" jak na pierwszej płycie i klawiszy, które wyewoluowały ze stylu Faith No More w stronę... Carpenter Bruta.

Papuzia, czy też "jarzeniowo-oczojebna" zieleń okładki jest ściśle adekwatna do tego co się tu dźwiękowo wyrabia. Ton płycie nadaje elektronika, a ściślej rzecz biorąc "kwaśne", nieco odjechane klawisze w stylu lat 80', zjeżdżających ku latom 90' po dużej dawce LSD i amfetaminy. Okazjonalnie pojawiają się też beaty, które są kontrolowane i trzymają się się posłusznie "pod" gitarami. "Nawiedzona kwaśność" to stylistycznie niezbyt udana fraza, ale za to dość dobrze oddająca klimat "Get Possessed".

W przeciwieństwie do wspominanej pierwszej płyty, "Get Possessed" nie oferuje tak morderczo melodyjnych, chwytliwych i zarazem wybitnie niepokojących kawałków jak czadowy "Last Call in Jonestown", czy doskonały toolowaty "Touch You Like Caligula".

Płyta zaczyna się od tajemniczego "Dead Beats", który jest czymś w rodzaju 4-minutowego intra. Początek mrozi, retrowave'owe syntezatory przynoszą na myśl brudny cyberpunk. Melodeklamacji i mruczeniu Smitha towarzyszą rzecz jasna raczej mocne gitary i stanowcze uderzenia perkusji, jednak to właśnie elektronika (drum&bassowe beaty!) generuje specyficzny klimat, charakterystyczny zresztą także dla 9 pozostałych kawałków. Zdaje się, że właśnie o to chodzi na tej płycie - o klimat, a mniej o to, co jest niejako znakiem firmowym Todda - czyli umiejętności wyczarowania niewiarygodnie zręcznych melodii, nawet gdy do dyspozycji ma on jedynie mało muzykalnego bąka cichacza. Owszem, melodie są na "Get Possessed" obecne, ale uznałbym je za nieoczywiste i nie aż tak "wzorcowe" jak w przypadku co najmniej dwóch tuzinów innych kawałków z ponad dwudziestoletniej historii Dog Fashion Disco.

Przy "Couldn't Move Far Enough Away" wiemy, że "Kropkowany Trup" przyjechał do miasta. Piosenka przez pierwsze parę sekund atakuje metalcore'owym riffem i szybkim waleniem w gary. Wydaje się, że będzie to czad od początku do końca, ale szybko przekonujemy się, że różnorodność to drugie imię tej kapeli. Zmiany tempa, wykrzyczany refren i "chora" elektronika nie czyni z kawałka nr. 2 hitu, który będzie nadawać się do śpiewania pod prysznicem. Numer wymaga parokrotnego przesłuchania (zresztą tak i jak i cała płyta). co w końcu skutkuje więcej niż umiarkowaną satysfakcją.

Następne dwa utwory; "Powder Pink Baby Coffin" i "Robot Assisted Suicide", to numery utrzymane w podobnej stylistyce co "Get Possessed". Pierwszy jest chorą humorystyczną makabreską okraszoną chyba pierwszym na tym longpleju harmonijnym, typowo "toddowym" refrenem. Drugi pod każdym względem idzie tą samą drogą, poruszając przy okazji tematyką zwykle zarezerwowaną dla Fear Factory.

Najmocniejszym, najbardziej wściekłym numerem jest tutaj 5 w kolejności, galopujący tytułowy "Get Possessed". To udany utwór, podczas 3 minut i 41 sekund, nie dzieje się tu tak dużo jak w innych dokonaniach Todda Smitha, ale ilość sonicznych kopów jakie trzeba przyjąć na uszy, jest w zupełności wystarczającym powodem do późniejszego zapisania się do laryngologa, nie wspominając już o czystej przyjemności wynikającej z lekkiego skoku adrenaliny.

"Brain Eating Amoeba" to przede wszystkim fenomenalny klimat i koronkowe, wysokiej klasy elektroniczne tło. Kawałek byłby właściwie idealny, gdyby nie ta przebrzydła "melodia", którą trzeba wyciskać trochę na siłę, jak starą cytrynę. Może to i lepiej, że "Żrąca mózg ameba" nie ma potencjału czołówki listy przebojów? Dzięki temu powinna nudzić się wolniej, co niewątpliwie jakąś tam zaletą jest:-)

Po kawałku, którego tytuł mógłby pojawić się na dowolnym longpleju jakichkolwiek grindcore'owych szmatanów, nadjeżdża następny, o uroczym tytule "Stewards of a Syphilitic Empire". Ten utwór łączy z syfilisem jedno, jest paskudnie zaraźliwy, fejfnołmorowo melodyjny! "Cocaine's Gone, Party's Over" to mistrzostwo świata w operowaniu przedziwną, ostro przyćpaną i niepokojącą atmosferą hacjendy upadłego barona narkotykowego. Spokojnie nadawałby się do następnego filmu Michaela Manna, lub do trzeciej części Hotline Miami.

Końcowe "Gasoline Enema, Bend and Light" jest rozbudowane, a słodko brzmiący refren ciekawie kontrastuje z jego powabną i przesympatyczną tematyką.

"Get Possessed" to płyta początkowo nie dająca się lubić. Wymaga skupienia, cierpliwości i konsekwencji w chęci jej dokładnego poznania. Z pewnymi trudnościami, ale w końcu i ja dałem się jej "opętać". Nie jest to przywiązanie bezwarunkowe, ale silne, wynikające z akceptacji i 4 pełnych przesłuchań.

https://www.youtube.com/watch?v=_ZHSXDsqvts
https://www.youtube.com/watch?v=rjW8UWMXZx8
https://www.youtube.com/watch?v=2q7HtgtaF3o

---

Powerflo - "S.T." [nu-metal/rap-metal]:

Ostatnimi czasy obrodziło w różnego rodzaju supergrupy, Powerflo jest dobrym przykładem współpracy znanych i doświadczonych muzyków. Sen Dog (Cypress Hill), wielokrotnie udzielał się w rap-rockowych, tudzież rap-metalowych projektach i tak jak B-Real, dobrze czuje się w różnych gatunkach muzycznych. Nowy projekt Sen Doga zasilili m.in. Christian Olde Wolbers (bas), oraz Billy Graziadei (git/voc), co w sposób ostateczny zdecydowało o jego brzmieniu (o czym więcej później).

Pierwszą płytę Powerflo można lubić, albo nienawidzić. Od jej samego początku dokładnie wiadomo z czym mamy do czynienia. Jeżeli ktoś kojarzy Biohazard z okresu "New World Disorder", to z całą pewnością znajdzie podobieństwa między Powerflo, a ekipą Evana Seinfelda. Zresztą na tej jednej płycie podobieństwa się nie kończą, bez względu na to jaki utwór Powerflo włączymy, pierwsze skojarzenie będzie jedno - Biohazard!

Starzy fani powinni się ucieszyć, wszak Biohazard to kapela z pokaźnym dorobkiem i mająca wpływ na wielu współczesnych wykonawców. Tak wesoło jednak nie jest. Od dawna nie przesłuchałem żadnej płyty, która byłaby jakoś mocniej powiązana z nu-metalem, ale po spędzeniu czasu z Powerflo, muszę przyznać, że czegoś tak generycznego i mało oryginalnego maje uszy nie uświadczyły od wielu, wielu lat.

Mimo muzyków z Downset, Fear Factory i Worst, to właśnie Billy Grazadiei zdaje się determinować całe brzmienie Powerflo, od początku do końca. Ta kapela po prostu brzmi jak Biohazard, z lekkimi wpływami jakiejś innej niedookreślonej kapeli nu-metalowej z lat 90' Tutaj wszystko przypomina "stare dobre bajohajo". Jest to nic innego jak jeden powtarzający się w kółko przez 30 minut kawałek pt. "How it Is". Gościnnie udzielał się w nim Sen Dog, a sama piosenka pochodzi z płyty pt. "State Of the World Adress" z roku (1994 r.). Na tamte czasy było to nadal świeże, ciekawe i na pewno jeszcze całkiem oryginalne, dziś ociera się o lekką śmieszność.

Mimo tego co napisałem powyżej LP Powerflo nie jest nudny. Paradoksalnie nie ma tutaj kawałków obsesyjnie się powtarzających, przez co całość nie zlewa się w nieprzejrzystą dźwiękową masę. Płyta jest zróżnicowania, subiektywnie chodzi o bliską nu-metalowi manierę, która bywa okropnie nieznośna. Panowie spokojnie mogliby odebrać analogiczną do Złotych Malin nagrodę za najmniej oryginalny krążek roku.

Nu-metal był modą która przeminęła, a tutaj panowie wchodzą do studia i grają jak 20 lat temu. Oczywiście można się spierać czy ta kapela jest bardziej nu-metalowa, czy bardziej podchodząca pod alt metal, czy rap-metal. To bez znaczenia, to zwykła terminologia. Ja mam tylko jedno skojarzenie, to po prostu jest nu-metal, a panowie też nie starają się tego specjalnie ukryć. Rock, albo hardcore są gatunkami, które okazały się w porównaniu do nu-metalu nieśmiertelne i zależnie od kapeli, mogą wzbudzić podziw, albo chociaż brak żeny. To też gatunki, które o wiele lepiej nadawałaby się dla takiej kapeli jak Powerlo.

Udowadnia to poprzedni duży rock-metalowo-rapowy projekt Sen-Doga, czyli SX-10. To była bardzo ciekawa mieszanka klasycznego hard rocka, metalu spod znaku Pantery i lekkich punkowych naleciałości. Do dziś brzmi to dużo lepiej niż najnowsze dokonanie Sen Doga i spółki.

Sprawa nie jest jednak tak prosta jak mogłoby się wydawać. Jeżeli odejmiemy Powerflo tą nieznośną manierę nad którą się pastwię od paru akapitów, to okaże się, że materiał z jakim mamy do czynienia jest przemyślany i dobrze napisany. Tak, to są po prostu zupełnie niezłe kompozycje. Oczywiście zdarzają się wtopy, jak fatalnie zasysające chórki na początku "Resistance", ale ogólnie rzecz biorąc jest to punktu z widzenia jakości kompozycji płyta co najmniej poprawna. Nie ma na niej kawałka, który jest wyraźnie słaby i powinien polecieć do śmieci. To kwestia aranżacji, która jak już wspominałem jest arcybanalna, rutyniarska i ociera się o kicz.

Osobiście mam do tej płyty stosunek ambiwalentny. Nie ma chyba nic gorszego niż taka ocena materiału, który jako taki potencjał ma.

https://www.youtube.com/watch?v=SNruqzUWkyA
https://www.youtube.com/watch?v=vnJrWvZirkU
https://www.youtube.com/watch?v=41LBegOuzyk

---

Power Trip - "Nightmare Logic" [crossover thrash]:

Po usłyszeniu singla - "Executioner's Tax (Swing of The Axe)", zajarałem się. To był (i jest) surowy, wysokoenergetyczny i raczej oldschoolowy crossover thrash. Cała płyta tych teksańczyków jest dokładnie właśnie taka - dla jednych zwykła jebanka, dla innych kopalnia riffów i wysokooktanowe paliwo.

Pewne jest to, że to... trudna płyta. Nie jest zaskoczeniem, że jest całkowicie pozbawiona wokalnych melodii. Nie tego się oczekuje od crossover thrashu:-) Mogłaby za to trochę rozpieścić słuchacza chwytliwym riffem, albo konkretnie wywrzeszczanym refrenem. Dzieje się tak we wcześniej wpomnianym singlu, oraz "Nightmare Logic" i ewentualnie w mniejszym stopniu w "Waiting Around to Die" i "If Not Us Then Who".

Paradoksalnie trochę rozczarowałem się takim poziomem "nieprzysiadalności" tej płyty. Cóż, przesłucham ją jeszcze raz, może dwa razy i zobaczymy czy zostanie, czy nie za bardzo.

Klip "Executioner's Tax (Swing of The Axe)" jest fajny, ale uwaga na wyjątkowo wysokie stężenie retardo - kuców na m2:

https://www.youtube.com/watch?v=FOWf8uqGf8A

---

Prophets of Rage - "S.T" [rap-rock]:

Sen Dog ze wspomnianego wyżej Powerflo, ma zdecydowanie większe predyspozycje wokalne do udzielania się w ostrzej grających, gitarowych kapelach, niż jego kolega z Cypress Hiil - B-Real. Wystarczy posłuchać/obejrzeć koncert ich macierzystej kapeli pt. "Live at Fillmore", żeby obiektywnie stwierdzić kto tutaj ma mocniejszy głos.

Tymczasem to właśnie B-Real, a nie Sen Dog wygrał w cuglach muzyczny rok Anno Domini 2017. Wszystko dzięki projektowi Prophets of Rage, do którego należą także Tom Morello (R.A.T.M.), oraz Chuck D (Public Enemy).

Prophets of Rage nie posiada mocy ani wściekłości pierwszej płyty Rage Against the Machine, ani basowego jamującego groove'u drugiej. Posiada za to dojrzałość i dobry że tak powiem "vibe". Chuck D i B-Real nie próbują wydzierać się jak Zack de la Rocha, a mimo, że Tom Morello nadal traktuje gitarę jak stół didżejski, to wszyscy zdają się znać swoje miejsce. Panowie nie starają się podrabiać nikogo i niczego, słychać że dobrze się bawią i robią swoje.

Porównania do R.A.T.M. są oczywiście nieuniknione i tak, P.o.R. brzmi jak "Wściekłość Przeciwko Maszynie". Brzmi jednak jak kapela dojrzała, bez parcia na szkło i bez zbyt częstego oglądania się za siebie. W konsekwencji nie uświadczymy tu minutowych wrzasków i naparzania w co się da. 50-latek nie jest 20-latkiem i fajnie, że cała ekipa P.o.R. to rozumie.

"Prorocy Wściekłości" nie mają ambicji grać mocno, tak jak 25 lat temu. Pamiętają jednak o przeszłości i w efekcie wyszła im płyta dynamiczna, wypełniona świeżą, funkową energią i niegłupimi pomysłami.

Pierwszy numer, "Radical Eyes" bawi się grami słownymi i jest dobrym przykładem na to, jak na nowo (i dobrze) wykorzystać starą formułę R.A.T.M. Luzacki "Legalize Me" robi w sferze tekstowej dokładnie to samo i buja aż miło. "Living On The 110" przypomina brzmieniem gitar "The Battle of Los Angeles". Natomiast "Hail to the Chief" to mocny numer z politycznym komentarzem i zapadającym w pamięć refrenem, który zapewne świetnie sprawdza się na koncertach.

"Take Me Higher" zaczyna się akordami zagranymi prawie jak na... bałałajce, po czym przechodzi w bujająco funkowo-hip-hopowymy flow z cowbellem na szczycie tortu. Tekstowo też jest tu dość oryginalnie, bo przekorna zwrotka dotyczy dronów, niekoniecznie palenia dobrego stuffu:-)

8 numer - "Strenght in Numbers" wyróżnia się ostrzejszym riffem i napięciem rosnącym prawie jak za starych dobrych czasów. Basowy "Fired a Shot" to następny dynamiczny numer, ze świetnym funkowym basem i gitarami przywodzącymi na myśl policyjne syreny.

Końcowa część płyty to też strzały padające jeżeli nie w obręb sylwetki, to w sam środek masy. "Who Owns Who" przypomina bardzo udane "Hail to the Chief", ale w żadnym wypadku nie jest żadną jego smutną powtórką. "Hands Up" zaś, ma zaraźliwy refren idealny do darcia się na koncertach. Ostatni na płycie "Smashit" znów zaskakuje, tym razem niemal klasycznie rage'owskim, ale oryginalnym riffem.

Cóż, starzy fani R.AT.M. (a przynajmniej ci oczekujący nie wiadomo tak naprawdę czego), pewnie poczują się zawiedzeni. Ja oceniam, że P.o.R. targnęło się na tytuł jednej z lepszych rockowych płyt roku 2017. Myślę, że tak dobry efekt osiągnięto przez parę czynników. Przede wszystkich słychać, że panowie świetnie się bawią, między B-Realem i Chuckiem D jest chemia niemal taka, jak w ich macierzystych składach, a sekcja rytmiczna gra jakby dostała szansę na nowe nerki. Zresztą także Morello jakby złapał drugi oddech. Jest on oczywiście nadal szalenie rozpoznawalny, ale nie słychać w jego grze znurzenia i rutyniarstwa.

Warto na sam koniec wspomnieć, o czymś co w tym przypadku jest (niestety) dość ważne. "Prorocy.." uważają się kogoś w rodzaju muzycznych buntowników, czy wręcz powstańców. Chcą walczyć z biedą, niesprawiedliwiością społeczną i wreszcie "odjebać świat". Czyli robią to, co dawno temu robiło... no wiadomo co i kto. Kwestią sporną jest to, czy to jest dobrze obrany kierunek, czy nie. Pomijając tą kwestię, zostaje sama muzyka, a tak bez dwóch broni się skutecznie!

Płyta na szkolną piątkę!

https://www.youtube.com/watch?v=asP2BHnyUTo
https://www.youtube.com/watch?v=QR5L5UfPmH4

---

Tricky - "Ununiform" [trip-hop]:

Nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego Tricky w przeciągu dwóch lat wydał dwie płyty. Jakieś powody z całą pewnością miał.

Może po innym artyście niż Tricky można by się spodziewać wydania zapełniaczy, albo odrzutów z poprzedniej płyty. Na szczęście chłop nie poszedł na skróty, "Ununiform" jest jak na Adriana Thawsa krążkiem przystępnym, dobrze wyprodukowanym i zarazem przemyślanym, wypełnionym intrygującymi dźwiękami.

Ominąłem "Skilled Mechanics" z 2016 r. więc nie wiem czy gość bawił się synthwave'em już wcześniej. Na "Ununiform" słychać sporo syntezatorów, ale jest to po prostu następny element budowli, narzędzie, a nie cel sam w sobie. "Klasyczny" trip-hop można już uznać za dość oldschoolowy i cieszę, że Tricky nie zreygnował z tego brzmienia. Piosenki są tu zbudowane na beacie, wypełnione (najczęśćiej) mroczną, lekko zeschizowaną lub melancholijną ambientową przestrzenią. Tu i uwdzie pojawia się pianino, czasem moog, skrzypce i gitara akustyczna. Skromne instrumentarium, ale chyna nikt nie spodziewa się po tym Brytyjczyku "barokowej" produkcji.

Druga na "Ununiform" piosenka pt. "Same as It Ever Was" to modelowy Tricky. Zgliczowane, kwaśne brzękadła, zdecydowany beat i wpadająca w ucho melorecytacja, czy też niby-śpiew, czynią z niego materiał na hit. Może nie aż tak wielki jak choćby "Hell is Round the Corner", ale ze sporym potencjałem komercyjnym.

Od trzeciego kawałka zaczyna się atak pań, bo to kobiety właśnie nadają ton tej płycie. Francesca Belmonte wśród niepokojących furkotów niezydentyfikowanych przeszkadzajek śpiewa pewnym, pięknym i pełnym soulowym głosem. Asia Argento dla kontrastu prowadzi z Tricky'm intymny dialog w delikatnym "Wait for a Signal". Rogata dusza i zamiłowanie do dźwiękowego okultyzmu odzywa się w Tricky'm w demonicznym "It's Your Day", by znów zmienić maskę w gorzkim "Blood of My Blood". "Dark Days" rozpoczyna się od rozprzężonej gitary, uderza ekstrawaganckim electropopowym beatem i łagodzi głosem Miny Rose. Po raczej przeciętnym "The Only Way" nadchodzi "Armor", który brzmi jakby Moloko spotkało Tricky'ego w latach 80'. "Doll" to zaś spokojniejszy niż w oryginale cover kawałka Courtney Love w wykoaniu Avon Lurks.

Być może ten opis brzmi jak przykład klinicznej muzycznej schizofrenii, ale jest w tym szaleństwie sens i metoda. To cały Tricky, przy nim Massive Attack to tylko przestraszone dzieciaki. Ta kontrolowana świrownia objawia się chociażby w skicie "Bang Boogie", w którym rapuje Rosjanin - Smoky Mo. Powrót Miny Rose w "Running Wild" to świetny pomysł, na myśl nasuwa się tylko jedno słowo - piękno.

Na samym końcu mądry producent umieścił prawdziwy rodzynek. W "When We Die" pojawia się długo nie słyszana Martina Topley-Bird, znana fanom Tricky'ego z "Black Steel". Jej cudny, słodki śpiew rozświetla niespecjalnie wesołą "metę" "Ununiform".

Może się nie znam, może nie wiem kiedy Tricky jest dobry, a kiedy nie jest. 13 płyta brystolczyka zebrała mieszane recenzje i zgodzę się, że to pewnie nie jest najlepszy materiał w jego karierze, ale doceniam jej urozmaicenie, syntezatorowe żywe quasi-popowo-vintage'owo-klubowe elementy, jak i te, w których dominuje wzorcowy dla Tricky'ego smutek, niepokój i entropiczny klimat paranoi.

https://www.youtube.com/watch?v=rpeqbKs-tpA
https://www.youtube.com/watch?v=6K2ikonaCPQ

---

Zeal & Ardor - "Devil is Fine" [gospel/black]:

Czarny grający black metal powoduje, że jest on (black metal, nie czarny) jeszcze czarniejszy:-)))

Delikatnie rzecz ujmując "Devil is Fine" to przedziwna płyta. Chwilami intrygująca, chwilami wprawiająca w konkretne osłupienie. Mówiąc szczerze nie przekonały mnie szczególnie te fragmenty, w których pojawiają się klawisze. Natomiast sam pomysł połączenia gospelu, bluesa i black metalu wydaje się tyle niezwykły, co w sumie w takim samym stopniu dość oczywisty. "Blood in the river", "In Ashes", albo "What is a Killer Like You Gonna Do Here?" i "Devil is Fine" to najmocniejsze punkty te albumu. Bronią się albo "korzennym" śpiewem i gospelowo-bluesowym drive'em, albo nieortodoksyjnym blackującym łupnięciem. Traktuję tą płytę jako ciekawostkę, jest świeża, ale nierówna. Z drugiej strony z miłą chęcią posłucham podobnych eksperymentów jeżdżących po ostrej gatunkowej bandzie. Po (jeszcze) czarniejszym black-metalu i ruskim black-hopie jestem (chyba) gotowy na wszystko:-)

https://www.youtube.com/watch?v=jlGBer0VoF8

---

post wyedytowany przez Lemur80 2018-01-16 20:10:08
16.01.2018 20:55
1
odpowiedz
1 odpowiedź
Lemur80
57
Fear is the mind killer

"Krusha znam. Ninja Tune generalnie jakoś tam kojarzę (a zaczęło się to od sensacji, że polski Skalpel lata temu podpisał kontrakt z tą wytwórnią), ale nigdy nie właziłem zbyt głęboko. Rekomendacja "że faje" mi wystarczy i jutro w pracy będzie słuchane. "

To na początek polecę Herbalisera i płytę "Very Mercenary":

https://www.youtube.com/watch?v=kxNVqhsMnRs
https://www.youtube.com/watch?v=6-3niOa5AAk
https://www.youtube.com/watch?v=YX8K56A0IjA
https://www.youtube.com/watch?v=z7r2SIZYdrU

"I faktycznie chyba Dog Fashion Disco na pierwszy ogirń pójdzie. Spotify próbował mi to wciskać już wiele razy, ale byłem nieugięty. Czas posmakować."

Najgorzej jest jak się samemu na coś nie trafi, coś o tym wiem. Powiem tak, na przestrzeni ostatnich 10 lat mocno zajarałem się szczerze może 4 - 5 nowo znalezionymi kapelami, DFD to jedna z nich:

https://www.youtube.com/watch?v=meQSUYJpPeU
https://www.youtube.com/watch?v=5ZlMOVVAHls
https://www.youtube.com/watch?v=fCuYNok7vWI
https://www.youtube.com/watch?v=cdBBCDfYZl4
https://www.youtube.com/watch?v=JSYTSeTOIKQ

17.01.2018 18:10
odpowiedz
2 odpowiedzi
Lemur80
57
Fear is the mind killer

"No dobra, Dog Fashion Disco bardzo fajne. Zeszłoroczna płyta bardzo na plus, teraz leci jedna ze starszych."

Mogę się mylić, ale jeżeli przesłuchałeś na Spotify'u "Erotic Massage", to przesłuchałeś tak naprawdę płytę nie z 2017, a z roku 1997. To po prostu wersja "redux". Spotify jak zwykle miesza i knoci.

https://en.wikipedia.org/wiki/Erotic_Massage_(album)

post wyedytowany przez Lemur80 2018-01-17 18:36:10
Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze